Dzisiaj są siedemnaste urodziny Alfy Kaelena. Po przygotowaniu śniadania, miałam zamiar zostać przez cały dzień na strychu, aby wszystkich unikać. Luna Lyssandra sprowadziła firmy kateringowe i profesjonalnego organizatora imprez, który wykrzykiwał rozkazy do reszty personelu domowego.
Krzątałam się po kuchni, układając na tacach croissanty do wyniesienia do jadalni. Jajka, kiełbaski, bekon, owoce i bułeczki były już gotowe i czekały.
Nadal nie wiedziałam, co zrobić z tym, że zabrano moją skrytkę z pieniędzmi. Nie mogłam tak po prostu powiedzieć o tym Alfie Roderickowi czy Lunie Lyssandrze. Posprzątałam pokój i znalazłam nić, więc mogłam spędzić dzisiejszy dzień na zaszywaniu moich poduszek i koców. Coś wymyślę. W końcu wciąż mam 2 miesiące i 3 dni.
Nie widziałam Kaelena od czasu, gdy opatrzył mi stopy. Na szczęście, po raz pierwszy goiłam się nieco szybciej. Skaleczenia zamknęły się, a większość bólu już ustąpiła. Nadal nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego mi pomógł ani dlaczego zapytał o moje imię. Zawsze to jego z całej grupy bałam się najbardziej. Jest Alfą, co oznacza, że z natury jest silniejszy i szybszy od wszystkich. Nawet nie musi się starać. Dodatkowo trenuje każdego dnia, stając się jeszcze silniejszym i szybszym. Chcę odejść zaraz po skończeniu szkoły, ponieważ wiem, że wyrzuci mnie, jeśli tego nie zrobię. Życie z ludźmi będzie o wiele lepsze niż los samotnika.
Skończyłam załadowywać wszystkie tace. Podeszłam do zlewu, żeby umyć ręce. Teraz mogłam się wycofać i spędzić dzień w samotności. Powiesiłam fartuch i właśnie miałam wyjść przez wahadłowe drzwi kuchenne, kiedy zostałam odepchnięta do tyłu przez kogoś wchodzącego do środka. Spojrzałam w górę i zobaczyłam Vesperę przypatrującą mi się złośliwie.
"Och, to nasza mała zdrajczyni. Lepiej zacznij pakować swoje gówno. Kaelen w końcu dzisiaj zorientuje się, że to ja jestem jego przeznaczoną. Kiedy oficjalnie zostanie Alfą, pozbędziemy się twojej zdradzieckiej krwi" – powiedziała arogancko. Spuściłam wzrok, mając nadzieję, że jeśli po prostu będę siedzieć cicho, znudzi się i da mi spokój.
"Co, opuścił cię duch walki, odkąd zabraliśmy twoją małą skrytkę z pieniędzmi?" – uśmiechnęła się złośliwie. Moje oczy rozszerzyły się, gdy na nią spojrzałam.
"O tak, znaleźliśmy to. Masz bardzo przytulny pokoik. Szkoda, że wkrótce zostaniesz samotnikiem. A, i powinnam ci podziękować. Za te wszystkie pieniądze zrobiłam sobie wspaniały manicure, który pasuje do mojej dzisiejszej sukienki. Teraz będę wyglądać bezbłędnie, kiedy Kaelen zda sobie sprawę, że to ja jestem jego przeznaczoną."
Moje serce zamarło, gdy stała tam, patrząc na mnie. Nie mogłam nic zrobić. Byłam teraz absolutnie, całkowicie bezsilna.
"Jesteś żałosna" – wypluła i znienacka kopnęła mnie w bok, co wywołało cichy skowyt bólu, który wyrwał się z moich ust. Zanim zdążyłam złapać oddech, spadły na mnie kolejne ciosy. Zwinęłam się w kłębek najlepiej, jak umiałam, ale to niewiele dało. Nie przestała, dopóki kuchenne drzwi znów się nie otworzyły.
"Och, hej Kaelen. Właśnie cię szukałam!" – rzekła z nadzieją, kierując swoją uwagę na Kaelena.
Zerknęłam z ukradka i zobaczyłam, jak spogląda to na nią, to na mnie. Przysięgam, że przez ułamek sekundy w jego oczach mignęła troska. Zniknęła jednak tak szybko, że równie dobrze mogło mi się to tylko wydawać.
"Po prostu chodźmy" – powiedział i wyszedł za drzwi. Poszła za nim, wyraźnie załamana faktem, że nie padł przed nią na kolana z okrzykiem "Przeznaczona!".
Powoli się podniosłam, łapiąc się za bok. Z pewnością pękło mi przynajmniej jedno żebro. Trzymając się za bok, ruszyłam w stronę strychu. Będę musiała to zabandażować, zanim w ogóle będę mogła się położyć. 2 miesiące i 3 dni…
Kaelen
Ta impreza wieje nudą. Nigdzie nie wyczuwam obecności przeznaczonej, mimo że wszystkie wilczyce nieustannie mnie oblegają. Po prostu mnie to już nie obchodzi. Wymykam się do domu stada, żeby odpocząć od przyjęcia.
To nie tak, że nie pragnę przeznaczonej – wręcz przeciwnie. Moi rodzice byli wspaniali jako jednostki, ale ich więź przeznaczonych czyni z nich duet nie do powstrzymania. Tyle że oni dorastali razem, więc zakochanie przyszło im łatwo. Ja też tego chcę. Tylko że najpierw pragnę zostać Alfą. Chcę mieć za sobą pierwsze kilka lat ciężkiej pracy, zanim odnajdę moją przeznaczoną. Nie potrzebuję żadnych przeszkadzaczy, takich jak rozkochiwanie w sobie dziewczyny podczas przejmowania władzy nad stadem.
Skierowałem się do kuchni. Mama chyba by mnie zabiła, gdyby mnie teraz zobaczyła. Zacząłem przetrząsać lodówkę, samemu nie wiedząc, czego właściwie szukam. Drzwi otwierają się z impetem, ale ignoruję tego, kto właśnie wszedł.
Zamknąłem lodówkę z pustymi rękami. I wtedy we mnie to uderzyło. Najpiękniejszy, najdelikatniejszy kwiatowy zapach uderzył w moje nozdrza. Mój wilk, Vorax, zaczął poruszać się z ekscytacją. Odwróciłem się, by poszukać źródła tego wspaniałego aromatu i moje spojrzenie spoczęło na niej, stojącej obok kostkarki do lodu. Kiedy Vorax wrzasnął w mojej głowie "Przeznaczona!", z moich ust wydobyło się jedynie "Cholera".
Musiała być w swoim własnym małym świecie, bo mnie nie usłyszała. Stałem tam, zastanawiając się, czy powinienem spróbować do niej zagadać, czy nie. Więź przeznaczonych ciągnęła mnie ku niej, ale nie potrafiłem tego pojąć. Bogini Księżyca nie mogła mi tego zrobić. Nie mogła dać mi na moją przeznaczoną i przyszłą Lunę dziewczyny z krwią zdrajcy, pozbawionej wilka. Stado nigdy by tego nie zaakceptowało.
"To nasza przeznaczona, więc do niej zagadaj!" – odezwał się Vorax w mojej głowie.
"Nic nie rozumiesz. Nie mogę!" – zacząłem się z nim spierać.
Czułem zaborczość bijącą od Voraxa i mojej wilczej natury. Chciałem ją chronić. Stałem i patrzyłem, jak trzyma worek z lodem na boku. Nie potrafiłem pojąć, dlaczego to robi. Czy coś się stało? Ktoś coś jej zrobił? Ostatni raz widziałem ją dzisiaj, gdy wszedłem do kuchni, gdzie była z Vesperą, ale wyglądała w porządku, mimo że siedziała na podłodze.
Więź przeznaczonych wzięła nade mną górę, gdy się odezwałem. "Cześć, Elara" – powiedziałem łagodnie.
Wydała z siebie cichy okrzyk i upuściła worek z lodem. Gdy się odwróciła, widziałem w jej twarzy czyste przerażenie. Spoglądając w jej oczy, dostrzegłem, jak bardzo były wyblakłe. Wyglądała, jakby uszło z niej całe życie; jakby po prostu istniała. Chciałem ją pocieszyć, odpędzić łzy i posklejać zniszczone części, ale uznałem, że to nie jest dobry pomysł.
Zaczęła się powoli cofać w stronę wyjścia, gorączkowo kręcąc głową i unosząc ręce, jakby chciała mnie trzymać na dystans. "Czekaj! Nie" – rzuciłem, pragnąc, aby została ze mną w tym pomieszczeniu. "Naprawdę, nic ci nie zrobię."
"P-przepraszam cię, Alfo. J-ja tylko p-potrzebowałam troszkę lodu. Więcej t-tego n-nie z-zrobię, Alfo" – jąkała się, wciąż się wycofując.
"Naprawdę, w porządku" – powiedziałem, podnosząc worek z lodem i próbując jej go podać. Z każdym moim krokiem w jej stronę, ona cofała się coraz bardziej. Zatrzymałem się, wyciągając do niej worek. "Wszystko u ciebie w porządku?"
Skinęła głową i opuściła dłonie. Teraz patrzyła w podłogę. Jej awersja do mojej osoby sprawiała, że w klatce piersiowej poczułem ogromny ból.
"Co powiesz na to, że zostawię to tutaj i po prostu wyjdę z pokoju? Będziesz mogła wrócić do tego, co robiłaś wcześniej, a ja dam ci spokój". Położyłem worek z lodem na blacie i zacząłem iść w jej stronę, ku wyjściu. Całe jej ciało zesztywniało, gdy ją mijałem.
"Zaczekaj" – szepnęła.
Zamarłem i odwróciłem się do niej; wciąż patrzyła w podłogę. Ledwie usłyszałem, jak prosi, bym zaczekał. Szczerze mówiąc, chyba nigdy nie słyszałem, żeby mówiła pełnym głosem, nawet w szkole.
"Dziękuję" – wyszeptała.
Skinąłem głową i głupio zapytałem: "Za co?"
Potrząsnęła głową. Podeszła do blatu, złapała worek z lodem, po czym błyskawicznie przemknęła obok mnie i wybiegła za drzwi. Każda część mojej zaborczej, dominującej natury Alfy chciała ją chwycić i nigdy nie wypuszczać, ale byłem mądrzejszy. Będę musiał ją odrzucić. Po prostu nie ma innego wyjścia. Gdyby mój ojciec się o tym dowiedział, naprawdę nie byłby zadowolony. Ale nie mogłem też uczynić jej samotnikiem, skazując ją na takie życie; musiałem znaleźć inne rozwiązanie.
Stałem tam, a moja klatka piersiowa rwała z bólu na widok uciekającej ode mnie przeznaczonej i na samą myśl o konieczności jej odrzucenia. Właśnie to odczuwałem od jakiegoś czasu. Moje ciało wiedziało, że jest moją przeznaczoną, zanim w ogóle byłem w stanie poczuć naszą więź.
-
Tamtej nocy nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok w moim ogromnym łóżku, próbując ułożyć się wygodnie, ale bezskutecznie. Musiałem zdecydować, co z nią zrobić. Wstałem, narzucając na siebie bluzę i sportowe spodenki.
Zacząłem wędrować po domu stada. Skierowałem się do pryszniców dla omeg, gdzie znalazłem ją tamtej nocy. Poszedłem do pralni, w której z niej kpiłem i podarłem jej książkę tylko po to, by poskładała pranie, którego nawet nie potrzebowałem. Ostatecznie zatrzymałem się u stóp małych schodów prowadzących na strych.
Trudno było się tam wspiąć kilka dni temu, kiedy zrobiliśmy bałagan w jej rzeczach. Nie należę do najdrobniejszych wilkołaków. Przecież musi tam być, prawda? Mogłem po prostu zajrzeć i upewnić się, że u niej wszystko dobrze…
Po cichu wszedłem po małych schodkach i wsunąłem się przez otwór w dachu. Rozglądając się dookoła, zobaczyłem, że posprzątała zrobiony przez nas bałagan. Poczułem ukłucie poczucia winy. Zauważyłem drobną postać na starym materacu w kącie. Słyszałem stąd jej oddech. Wydawał się ciężki. W całym pokoju czułem jej delikatny, piękny zapach. Jak to możliwe, że nigdy wcześniej go nie zauważyłem?
Ostrożnie podszedłem do jej łóżka; w miarę jak się do niej zbliżałem, spłynęło na mnie uczucie uspokojenia. Zsunęła swój połatany koc w stronę stóp i leżała lekko na boku, ściskając poduszkę. Wyglądała na taką małą i kruchą. Nigdy wcześniej nie widziałem tak drobnej wilczycy. Nigdy nie zapraszano jej na posiłki razem z resztą z nas, ale jadła w kuchni, prawda? Moja matka nie pozwoliłaby, żeby umarła z głodu.
Zauważyłem, że jej bluzka podwinęła się, lekko odsłaniając bok. Nawet w świetle księżyca widziałem ciemnego siniaka na wysokości żeber. Warczenie wyrwało się z mojej klatki piersiowej. Zaczęła się poruszać, więc natychmiast ucichłem.
"Vespera skrzywdziła przeznaczoną. Siedziała na podłodze w kuchni. To Vespera jej to zrobiła" – warknął do mnie Vorax.
"Ale co ja w ogóle mogę zrobić? Jest zdrajczynią. Nie może być naszą przeznaczoną. Gdyby miała wilka, to by się zagoiło!" – odgryzłem się.
"I co z tego? Jest naszą przeznaczoną! Została dla nas stworzona!"
"Bogini Księżyca musi się mylić. Ona nie może być moją przeznaczoną. Nie może zostać Luną. Nikt za nią nie pójdzie. Stracę swoje stado. Zbyt długo i ciężko na to pracowałem, żeby teraz nie zająć należnego mi miejsca."
"Czasami jesteś takim idiotą."
Przystanąłem na chwilę, po prostu patrząc na drobną postać leżącą na tym starym, grudkowatym materacu. "Zaczynam się z tobą zgadzać..." – odpowiedziałem w końcu z westchnieniem. Moje ciało rwało się, by wziąć ją w ramiona. Kiedy uczono nas o przeznaczonych, powiedziano nam, że dotyk partnera wywoła iskry czystej rozkoszy. Że dotyk przeznaczonego może ukoić, uspokoić, a nawet uzdrowić. Nie miała jeszcze siedemnastu lat, prawda? Naprawdę nie pamiętałem. Gdybym jej dotknął, powinienem czuć te iskry, ale ona – nie. Może mój dotyk mógłby ulżyć jej w bólu i uleczyć ten siniak.
Powoli wyciągnąłem rękę, zatrzymując ją tuż nad jej żebrami. Gdyby się obudziła, byłaby całkowicie przerażona. Naruszyłem jej prywatną przestrzeń podczas snu. Prawdopodobnie nigdy więcej by nie zasnęła, gdyby wiedziała, że tu jestem. Ale musiałem jej dotknąć. Musiałem poczuć ją chociaż ten jeden raz. Jeśli mój dotyk mógł załagodzić jej ból, byłem jej to winien. Zwłaszcza dlatego, że jutro muszę ją odrzucić i odprawić. Nie mogła tu zostać; najpewniej by mnie to wykończyło.
Powoli opuściłem dłoń i lekko dotknąłem zasinień na jej żebrach. Jej skóra była tak miękka. Wokół mojej dłoni wybuchły przyjemne iskry. To było najlepsze uczucie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Westchnęła, jakby z ulgą, ale się nie obudziła. Siedziałem tak, rozkoszując się uczuciem jej ciała opartym o moją dłoń. Musiałem iść. To będzie tylko trudniejsze.
Chciałem zabrać rękę, ale wtedy zaczęła się poruszać. Zrobiłem wtedy chyba najgłupszą rzecz, jaką mogłem w tamtej chwili. Opuściłem się na jej maleńkie łóżko, układając swoje ciało tuż przy niej. Całkowicie ją otoczyłem. Poczułem, jak jej ciało w pełni się przy mnie rozluźnia, a oddech staje się spokojniejszy. Jej twarz wciąż wydawała się blada, ale nie wyglądała na przestraszoną. Trzymałem dłoń na jej boku, a ona zdawała się we mnie wtulać.
Leżałem tak, starając się nie ruszać. Po prostu słuchałem, jak oddycha, i patrzyłem, jak śpi. Po jakimś czasie zmarszczyła nos, a na jej twarzy pojawił się dziwny wyraz. Wyciągnąłem rękę, żeby dotknąć jej twarzy, i ująłem jej policzek. Niemal od razu rozluźniła się w mojej dłoni. Wiedziałem, że jutro muszę ją stąd zabrać. Muszę ją chronić. Nie zasługiwała na to wszystko i nie mogłem narazić jej na bycie moją przeznaczoną. Niebo za jej maleńkim oknem zaczęło zmieniać kolory. Musiałem natychmiast iść. Nie mogła obudzić się w takiej sytuacji.
Musiałem iść pobiegać. Potem udam się do rodziców. W mojej głowie powoli klarował się już plan. Powoli uniosłem się z jej łóżka i ruszyłem najszybciej jak potrafiłem w dół po schodach. Nie pozwoliłem sobie obejrzeć się za siebie.
Elara
Obudziłam się, z niewiadomych przyczyn czując dojmujący chłód. To było dziwne, zupełnie jakby otaczało mnie niesamowicie przyjemne ciepło, które nagle zniknęło. Co jeszcze dziwniejsze, wokół unosił się cudowny zapach lasu.
Wstałam, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów czując się w pełni wypoczęta. Moje żebra też mnie już zbytnio nie bolały. Może moja wilczyca wciąż gdzieś tam jest. Spojrzałam na zegarek. Muszę wziąć prysznic i pójść do kuchni. Złapałam ubrania i szybko zeszłam na dół, żeby zacząć dzień.
-
Po szkole pobiegłam czym prędzej z powrotem. Chciałam dzisiaj szybko uporać się z moimi obowiązkami. Kiedy zeszłam do pralni, Luna Lyssandra czekała przy pralkach. Nie wyglądała na zadowoloną.
"Dzień dobry, Luno" – powiedziałam, kłaniając się.
"Elaro, właśnie ciebie szukałam. Musisz pójść ze mną" – oznajmiła.
"Oczywiście, proszę pani" – odpowiedziałam, kiwając głową. Ruszyłam tuż za nią, kierując się do gabinetu Alfy. Och, to nie wróży nic dobrego.
Wchodząc do środka, patrzyłam w podłogę. Stanęłam przed biurkiem Alfy Rodericka, a Luna Lyssandra obeszła biurko, by stanąć obok niego. Zerknęłam w górę i zauważyłam Kaelena stojącego obok ojca; na biurku leżała niewielka walizka.
"Witaj, Elaro. Zwrócono moją uwagę na kilka niepokojących kwestii" – przemówił Alfa Roderick. Podniosłam wzrok, zerkając to na niego, to na Kaelena. Kaelen zdawał się patrzeć prosto przed siebie, omijając mnie wzrokiem. Skinęłam głową, wciąż nie wiedząc, dokąd to zmierza.
"Wydaje się, że stałaś się zbyt dużym utrapieniem dla twoich rówieśników i innych członków stada przebywających w tym domu. Musimy podejmować decyzje, które będą najlepsze dla stada. Uważamy, że twoja obecność nie służy już jego dobru. Opuścisz to miejsce dzisiejszej nocy. Kazaliśmy Kaelenowi spakować twoje rzeczy z pokoju. Zorganizowaliśmy również transport, który zabierze cię na ludzką część terytorium. Nie zostaniesz wygnana jako samotnik, jeśli zgodzisz się pozostać na ludzkim terytorium i nie wracać do tego domu stada." Kiedy skończył mówić, poczułam, jak cała krew odpływa mi z twarzy. Nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani słowa. Spojrzałam na Lunę Lyssandrę; potrząsnęła głową z wyraźnym rozczarowaniem. Spojrzałam na Kaelena. Nadal wpatrywał się w ścianę za mną, z zupełnie pozbawioną wyrazu twarzą.
Kiwam głową, nie widząc innego wyjścia.
"Oto twoje rzeczy; Kaelen zabierze cię na ludzkie terytorium" – powiedział, wskazując na torbę na swoim biurku. Kaelen zrobił krok do przodu, chwytając torbę i kierując się do wyjścia.
"Dziękuję za wszystko, Alfo, Luno. Nie będę sprawiać więcej kłopotów. Przepraszam" – szepnęłam, wykonując ukłon. Alfa Roderick odprawił mnie machnięciem ręki, a ja odwróciłam się, by pójść za Kaelenem do wyjścia.






