languageJęzyk

7. Opieka nad dziećmi

Autor: Avelina Moreau 12 mar 2026

LIAM

Był wieczór. Mama skontaktowała się ze mną mentalnie, żebym wpadł, tylko po to, bym zorientował się, że mnie oszukała.

– Ja sam z nią? – zapytałem, patrząc na małą kruszynkę.

– Jest grzeczną dziewczynką, Liam – powiedziała mama lekceważąco.

Tata uśmiechnął się złośliwie.

– Tak, prawdziwy aniołek – dodał, nie brzmiąc zbyt przekonująco. – Moglibyśmy to zrobić jutro?

– Nie, kochanie, idziemy – powiedziała stanowczo mama.

Mieli odwiedzić kilku samotnych wilków, którzy mieszkali w pobliżu terytorium naszej watahy. Biorąc pod uwagę morderstwo, mama i tata postanowili sprawdzić, co u nich, a ja utknąłem z moją małą siostrą Azurą – córką cioci Indy, którą urodziła mama.

– Wijam, będę gzecna – mrugnęła do mnie tymi swoimi wielkimi, niebieskimi oczami.

Nie, to był dzwonek alarmowy. Żadne dziecko, które mówi, że będzie grzeczne, nie będzie grzeczne… a ja widziałem diabła, Dantego. Dzieciaki były przerażające… Lepiej z nimi nie zadzierać.

– Więc skoro odwiedzacie kilku starszych wilków… powinniście być w domu koło jedenastej? – zapytałem.

Mama uśmiechnęła się złośliwie.

– Tak, miejmy nadzieję. Spokojnie, Liam, ale myślę, że wrócimy przed jedenastą. Jest dopiero szósta wieczorem – powiedziała, zerkając na zegar na ścianie.

– Coś, o czym powinienem wiedzieć…

– Nie, po prostu trzymaj ją z daleka od słodyczy. W piekarniku jest pizza. Powinna być gotowa za dwadzieścia minut. Zjedzcie, przygotuj ją do snu, opowiedz jej bajkę, a potem powinna paść – powiedziała mama, chwytając kurtkę, a następnie przytulając i całując Azurę.

Fakt, że dorastałem tylko z moją bliźniaczką, Kiarą, i nie mieliśmy młodszego rodzeństwa, sprawiał, że widok mamy w takiej roli był dziwny. Nie wspominając o tym, że nie było mnie przez całe trzy lata życia Azury.

Czy ona naprawdę zamierzała spać? Nie wyglądało na to…

– Aha, Liam, Raven mówiła, że chciałaby się przenieść do domu watahy, załatw jej coś. Chciałam ci powiedzieć wcześniej, ale po tym wszystkim, co wydarzyło się zeszłej nocy, nie byłam w odpowiednim nastroju – powiedziała mama, gdy już miała wychodzić.

– Jasne – odparłem bez emocji.

Raven w domu watahy? Kurwa, przecież ja tam mieszkałem… Nie mogłem sobie z tym poradzić, nie wtedy, gdy samo patrzenie na nią sprawiało, że chciałem do niej podejść i ogłosić ją swoją.

Gdy drzwi zamknęły się za mamą i tatą, spojrzałem na małą dziewczynkę, która teraz wpychała palec do nosa.

– Nie rób tak. To obrzydliwe – powiedziałem, kucając przed nią.

– Cego? – zapytała, wyjmując palec z nosa i… kurwa!

Zjadła to!

– Azuro, kruszynko, tego się nie je.

– Cego nie je? – zapytała.

Czy ona nie zdawała sobie sprawy z tego, co właśnie zrobiła?

– Dobra, umyjmy ręce…

Zmarszczyła brwi, gdy pociągnąłem ją do kuchni. Bogini, dzieciaki były obrzydliwe.

– Umyłam łęce po sikaniu, Wijam.

– Tak, ale dłubałaś w nosie – powiedziałem, podnosząc ją na blat.

– Och, one są pyszne – zachichotała.

Wzdrygnąłem się. Czy my też byliśmy tacy obrzydliwi jako dzieci?

– Dobra, może weźmiemy pizzę i obejrzymy film, podczas gdy będziesz jadła? – zaproponowałem.

Miałem nadzieję, że przy tym zaśnie. Wyjąłem tacę, chwyciłem to, co potrzebne, a potem wyjąłem pizzę.

– Wijam, mogę Coca-Colę? – zapytała, gdy wyjąłem puszkę z lodówki dla siebie.

Jestem pewien, że mama powiedziała: żadnego cukru…

– Nie jesteś za mała?

– Nie, mogę pół puszki – powiedziała, patrząc na mnie tymi swoimi wielkimi oczami.

To prawda. Byliśmy wilkołakami. Chyba szczeniaki były bardziej odporne na kofeinę, tak jak dorośli na alkohol i inne rzeczy.

– Aha. Okej – wzruszyłem ramionami, biorąc kolejną puszkę i kładąc ją na tacy, po czym zaniosłem wszystko do salonu.

Kładąc jedzenie, położyłem kawałek na jej talerzu i zapytałem, co chce oglądać w telewizji.

– Oglądam… to! – wskazała na jakiś program, a ja go włączyłem. Usiadłem wygodnie, zaczęliśmy jeść, a moje myśli powędrowały do Raven i tego, co powiedziała wcześniej. Trudno było ją widzieć, a jednocześnie jedyne, czego pragnąłem, to widzieć ją cały, kurwa, czas. Chęć, by po prostu przyciągnąć ją w ramiona i powiedzieć, żeby, kurwa, zaakceptowała mnie i tylko mnie, była tak cholernie silna. Ale tak naprawdę na to nie zasługiwałem, nie po tym, jak odciąłem się od niej na ostatnie trzy lata.

„Jakie są wyniki autopsji? Coś już wiadomo?” – zapytałem Zacka przez mentalne połączenie.

„Trucizna, ale ślady są tak słabe, że ledwo je wykryliśmy.”

– Wijam, kola!

Otworzyłem puszkę, wkładając do niej słomkę i podałem jej, rozkojarzony.

„Jaka? Co zawierała?”

„Wciąż nad tym pracują, ale były też ślady srebra i tojadu.”

„Zrób zdjęcia okaleczeń, dokładny czas zgonu i cokolwiek jeszcze zdołasz, zanim oddasz ciało rodzinie…”

„Tak szybko?” – Zack zabrzmiał na zdziwionego.

„Jego rodzice chcieli go z powrotem... Jeśli nie możemy uzyskać od niego więcej informacji, to najlepiej uszanować ich życzenie. Było wokół niego kilka zapachów, przesłucham te wilki jutro.”

„Dobrze, Alfo.”

Zamknąłem połączenie i zobaczyłem, że Azura ssie słomkę, jakby jutra miało nie być.

Kurwa, ile ona wypiła? Wyrwałem puszkę z jej żelaznego uścisku i zobaczyłem, że jest praktycznie pusta.

No to, kurwa, pięknie.

– To było pyszne – powiedziała z podziwem, drżąc od bąbelków, po czym obdarzyła mnie szerokim uśmiechem. – Kocham kolę.

Ziarenko zwątpienia zakiełkowało w moim umyśle i zastanawiałem się, czy naprawdę mogła ją pić?

Odpowiedź dostałem dziesięć minut później…

– Chcę na dwół! Chodźmy na spacer, Wijam!

Była nadpobudliwa i zachowywała się jak wściekły pies.

– Wijam! – pociągnęła mnie za rękaw, a potem ugryzła go i pociągnęła za ramię. – Na dwół!

– Mama powiedziała do łóżka, Azuro – powiedziałem, mając zamiar ją podnieść, gdy spięła się, a ja usłyszałem jej walące serce.

Kurwa, zaraz zacznie płakać!

– Dobra, w porządku, chodźmy na spacer.

Poważnie, mam nadzieję, że to ją zmęczy. Chyba nie mogłem narzekać. Jaki idiota daje dziecku colę tylko dlatego, że powiedziało, że może..? Ja. Otóż to.

Dwie godziny później Azura wciąż się nie uspokoiła. Była strasznie rozżalona, płakała i wołała mamę. Wysłałem mamie wiadomość, a ona odpisała, że mają jeszcze kawałek drogi, ale przez wypadek utknęli w korku i nie bardzo mogli porzucić samochód.

Początkowo Azura była szczęśliwa i biegała dookoła, ale potem zaczęła się denerwować, a teraz była nie do opanowania.

– Chcę mamę! – krzyczała teraz w moich ramionach.

Cholera, dzieciaki są głośne.

– Słuchaj Azuro, może wrócimy do domu...

– MAMA!!!

Kurwa! Zaraz pękną mi bębenki.

Próbowała wyrwać mi się z uścisku, uderzając mnie w ramię i płacząc. Jeśli mama zobaczy, w jakim jest stanie, wykastruje mnie.

– Potrzebujesz pomocy? – seksowny głos Raven dobiegł zza moich pleców.

Moje serce, kurwa, zamarło, gdy odwróciłem się w jej stronę. Choć bardzo chciałem odrzucić jej pomoc, nie mogłem sobie poradzić z tym szczeniakiem w ramionach.

Nie odpowiedziałem, obserwując ją. Jej wzrok nie był utkwiony we mnie, ale w Azurze; posłała jej łagodny uśmiech, chociaż mała zbyt głośno płakała, by zwrócić na to uwagę. Raven zawsze miała ten uśmiech na twarzy. Patrząc na nią teraz, nie pomyślałbyś, że wcześniej w moim biurze na mnie warczała, ale to była jedna z rzeczy, które w niej najbardziej kochałem, gdy dorastaliśmy.

Była znacznie mniejsza od Kiary, ale zawsze trzymała ją za rękę, opiekowała się nią, upewniając się, że nigdy się nie potknie ani nie zrani. Raven zawsze była drobna, ale miała, kurwa, ogromne serce. Zawsze emanowała taką pozytywną i kochającą energią, że nawet gdy wyczuwałem jej smutek, towarzyszył mu najszerszy uśmiech.

Zaczęła podchodzić w naszą stronę, a ja z uznaniem lustrowałem ją wzrokiem. Wyglądała dobrze w za dużej, dzianinowej sukience z opadającym ramieniem, która odsłaniała jedno z nich, a pod spodem miała buty do uda.

Nie mogłem, kurwa, mówić, próbując nie patrzeć na jej uda, które przyciągały moją uwagę.

– Oczy wyżej, Westwood.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 7: 7. Opieka nad dziećmi - Roztrzaskane Bractwo | StoriesNook