ROZDZIAŁ 4
LUCIA
⪼⚔︎♛⚔︎⪻
„Chyba że w worku na zwłoki, to nie”.
Jego słowa odbijały się w mojej głowie jak zacięta płyta, podczas gdy przemierzałam długość penthouse'u Dantego po raz chyba setny.
Cztery godziny.
Cztery pieprzone godziny czekałam, aż wróci i dokończy to, co zaczęliśmy. Cztery godziny patrzenia, jak zegar odmierza cenne minuty mojej ostatniej nocy wolności. Każda mijająca sekunda była kolejnym gwoździem do trumny mojego starannie zaaranżowanego planu.
Do tego czasu powinnam już być w domu, wkradać się z powrotem do sypialni z nasieniem Dantego wciąż ciepłym w moim wnętrzu. Powinnam leżeć w moim dziewiczym łóżku z tajemniczym uśmiechem, wiedząc, że jutrzejszy ślub ukaże, jaką kobietę tak naprawdę dostaje mój przyszły mąż.
Zamiast tego krążyłam jak zwierzę w klatce, ubrana w jedwabny szlafrok pachnący jego wodą kolońską, patrząc, jak moja jedyna szansa na zemstę wyślizguje mi się przez palce.
A jeśli w ogóle nie wróci? Jeśli ci ludzie z lobby go zabili? A co, jeśli w tej chwili ludzie mojego ojca przeszukują cały Dublin w moim poszukiwaniu, gotowi zawlec mnie z powrotem do domu, bym stanęła przed tym potworem, którego wybrali na mojego męża?
Ta myśl sprawiła, że zakuło mnie w klatce piersiowej.
Słyszałam dość szeptanych rozmów mojego ojca i jego współpracowników, by wiedzieć, co dzieje się z nieposłusznymi córkami. Pobicie. Izolacja. Czasami coś gorszego. A jeśli odkryją, że noc przed ślubem próbowałam zrujnować samą siebie...
Madonna mia, pewnie by mnie zabili.
Ale może to byłoby lepsze niż spędzenie całego życia w pozycji misjonarskiej z jakimś starym, śliniącym się nieznajomym, który traktowałby mnie jak inwentarz hodowlany.
Podeszłam do ogromnych okien, przyciskając dłonie do chłodnego szkła, gapiąc się na ulicę daleko w dole. Dublin wyglądał stąd tak spokojnie, tak normalnie. Ludzie spacerujący z psami, pary wytaczające się z pubów, życie toczące się dalej, jakby mój świat właśnie nie walił się w gruzy.
Cztery godziny i trzydzieści siedem minut.
Tyle czasu już czekałam. Tyle czasu mój plan był w zawieszeniu, zbierając kurz jak wszystko inne w tej żałosnej wymówce dla mojego życia.
Pieprzyć to.
Pieprzyć czekanie w nieskończoność jak jakaś bezbronna panna na mężczyznę, który może nigdy nie wrócić. Pieprzyć to, że mój ojciec kontroluje każdy aspekt mojego istnienia. I pieprzyć to, by pozwolić uciec mojej ostatniej szansie na niezależność, tylko dlatego, że bałam się podjąć działanie.
Jeśli Dante nie miał zamiaru wracać, żeby mnie zrujnować, znajdę sobie kogoś innego, kto to zrobi.
Decyzja wykrystalizowała się w moim umyśle z zaskakującą jasnością. Miałam może trzy godziny do świtu, zanim mój ojciec zacznie oczekiwać mnie w domu i przygotowywać do ślubu. Trzy godziny na znalezienie innego mężczyzny, który pomógłby mi zrealizować plan.
Nie byłoby to tak satysfakcjonujące, jak zdeprawowanie mnie przez samego Króla Dublina, ale posłużyłoby temu samemu celowi. Nasienie każdego mężczyzny byłoby dobre, pod warunkiem, że mój przyszły mąż wiedziałby, iż nie poślubia nietkniętej panny młodej.
Problemem było wydostanie się z tej fortecy, którą Dante nazywał domem.
Już próbowałam użyć windy – wymagała karty magnetycznej, której nigdzie nie było. Schody ewakuacyjne były zamknięte z tej strony, prawdopodobnie w ramach kolejnego środka bezpieczeństwa. Nawet okna były szczelnie zamknięte, a i tak znajdowaliśmy się na czterdziestym piętrze.
Ale nie zaszłam tak daleko w życiu, by łatwo się poddać.
Zaczęłam metodycznie przeszukiwać penthouse, szukając czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc. W kuchni znalazłam szufladę pełną narzędzi – śrubokrętów, kombinerek, a nawet mały łom. W jego gabinecie odkryłam sejf, co przekraczało moje możliwości, ale znalazłam również szufladę biurka z zapasowymi kartami kluczami.
Moje dłonie drżały, gdy wzięłam do ręki jedną z plastikowych kart. Wyglądała identycznie jak te używane w hotelach, srebrna z paskiem magnetycznym. Zadziała w windzie?
Był tylko jeden sposób, by się przekonać.
Ciasno zacisnęłam szlafrok wokół siebie, podchodząc do windy. Moje bose stopy bezszelestnie poruszały się po marmurowej podłodze. Szczelina na kartę świeciła się na czerwono. Przesunęłam kartę i wstrzymałam oddech.
Zielone światło. Ciche piknięcie.
Drzwi otworzyły się niczym bramy niebios.
Byłam tak skupiona na moim małym zwycięstwie, że nie usłyszałam kroków na korytarzu, dopóki nie było za późno. Kiedy drzwi windy otworzyły się, ukazując poziom lobby, stanęłam twarzą w twarz z górą mięśni w drogim garniturze.
I to nie był byle jaki mężczyzna. To był jeden z ochroniarzy, którego widziałam wcześniej, gdy Dante wyszedł ze swoim bratem. Miał co najmniej dwa metry wzrostu, ramiona, które mogłyby zasłonić słońce i dłonie wielkości talerzy.
Jego oczy rozszerzyły się, widząc mnie ubraną w sam jedwabny szlafrok.
— Proszę pani, nie powinno pani—
Nie pozwoliłam mu dokończyć. Czysta desperacja obdarzyła mnie siłą, o której nawet nie miałam pojęcia. Zamachnęłam się małym łomem, który wzięłam z kuchni, uderzając go w bok głowy z głuchym, obrzydliwym trzaskiem.
Padł na ziemię niczym kamień.
O Boże. O Boże, co ja narobiłam?
Ale nie było czasu na żale. Przekroczyłam jego nieprzytomne ciało i rzuciłam się w stronę wyjścia, a moje bose stopy uderzały o zimny marmur w lobby. Nocne powietrze uderzyło we mnie, gdy przepchnęłam się przez szklane drzwi, ale się nie zatrzymałam.
Biegłam.
Przez puste ulice, obok zamkniętych sklepów i zaciemnionych okien, mając jedynie jedwabny szlafrok Dantego, by chronić się przed dublińską nocą. Moje stopy już broczyły krwią od szorstkiego asfaltu, ale w ogóle mnie to nie obchodziło. Liczyło się tylko znalezienie kogoś – kogokolwiek – kto pomógłby mi ukończyć moją misję.
Ale ledwo przebiegłam trzy przecznice, a wtedy ich zobaczyłam.
Światła samochodów. Kilka par, powoli przemieszczających się w dół ulicy, niczym drapieżniki polujące na swoją ofiarę. Czarne auta z przyciemnianymi szybami, takie same, jakimi zawsze jeździli ludzie mojego ojca.
Krew zamarzła mi w żyłach.
Znaleźli mnie.
Próbowałam znowu biec, ale moje nogi ważyły tonę. Samochody przyspieszyły, zamykając mnie z obu stron, aż nie miałam dokąd uciec. Ich reflektory oślepiały, zmieniając pustą ulicę w scenę, na której byłam gwiazdą wbrew mojej woli.
Trzasnęły drzwi samochodów. Rozległy się kroki z wielu stron.
— Nyx Lucia.
Ten głos był zimny, zawiedziony i boleśnie znajomy. Mój najstarszy brat, Mario, wyłonił się spośród snopów światła, a jego twarz stanowiła maskę kontrolowanej wściekłości.
— Coś ty zrobiła z naszym nazwiskiem rodowym?
Próbowałam znów uciekać, ale moje stopy poślizgnęły się na mokrym bruku. Silne ręce chwyciły mnie za ramiona, zanim zdołałam się odczołgać, szarpiąc mnie do pionu jak szmacianą lalkę.
— Proszę — szepnęłam, chociaż wiedziałam, że to bezcelowe. — Proszę, po prostu dajcie mi odejść. Zniknę. Nigdy nie—
Policzek spadł znikąd, odrzucając moją głowę w bok i wypełniając moje usta smakiem krwi. Pierścień mojego brata zaczepił się o mój policzek i poczułam, jak strużka ciepła spływa mi po twarzy.
— Ty głupia, samolubna mała dziwko. — Głos Mario był zabójczo cichy. — Masz ty w ogóle pojęcie, ile nas dziś kosztowałaś? Co postawiłaś na szali tą swoją małą przygodą?
Łzy paliły moje oczy, oślepiając mnie. — Nie obchodzą mnie wasze interesy. Nie obchodzi mnie żadna z tych rzeczy.
— Nie? — Chwycił mnie za podbródek, zmuszając do spojrzenia mu w oczy. — Cóż, wkrótce nauczysz się, jak bardzo twoje uczucia liczą się w tej rodzinie.
Skinął na swoich ludzi, a ja poczułam, jak wloką mnie do jednego z samochodów. Walczyłam z nimi na każdym kroku, kopiąc, drapiąc i wrzeszcząc przekleństwa, przy których marynarz zaczerwieniłby się ze wstydu, ale to na nic. Byli zbyt silni, było ich zbyt wielu.
— Wsadzić ją do wozu — rozkazał Mario. — I upewnijcie się, że rozumie, iż jeśli znów spróbuje uciec, konsekwencje nie spadną wyłącznie na nią.
Groźba zawarta w jego słowach była oczywista. Moja młodsza siostra. Moja niania. Każdy, na kim kiedykolwiek mi zależało, zapłaci za moje nieposłuszeństwo.
Wepchnęli mnie na tylne siedzenie jak kawałek ładunku, a ja w końcu pozwoliłam łzom płynąć. Potężne, urywane szlochy wstrząsały moim całym ciałem, gdy rzeczywistość mojej sytuacji zalała mnie niczym tsunami.
Miałam przejebane. Całkowicie, do reszty przejebane.
Jakikolwiek to był potwór, którego wybrali mi na męża, dostanie dokładnie to, za co zapłacił – dziewiczą pannę młodą, czystą, nietkniętą i odpowiednio złamaną, by podporządkować się jego woli. Mój plan przyniósł spektakularną porażkę, a teraz nie zostało mi nic innego, jak ślub, który czekał na mnie zaledwie za kilka godzin.
Gdy samochód odjechał od krawężnika, przyłapałam się na tym, że myślę o Dantem. Zastanawiając się, czy w ogóle żyje, czy wrócił do penthouse'u, by odkryć moje zniknięcie. Czy by go to obeszło? Czy w ogóle by zauważył?
Prawdopodobnie nie. Byłam dla niego tylko kolejną zdobyczą, kolejną nocną rozrywką, która nie potoczyła się do końca zgodnie z planem.
Drań, pomyślałam z goryczą. Gdybyś tylko dokończył to, co zacząłeś, nic z tego by się nie wydarzyło.
Bóg mi świadkiem, że nienawidzę go jeszcze bardziej, niż nienawidzę mojego męża.






