languageJęzyk

Rozdział 5~ O pannie młodej

Autor: Aeliana Thorne 5 kwi 2026

ROZDZIAŁ 5

DANTE

⪼⚔︎♛⚔︎⪻

Marco Moretti siedział na moim pieprzonym krześle za moim pieprzonym biurkiem, jakby to wszystko było, kurwa, jego, a jego trzej synowie rozstawili się po moim gabinecie niczym psy obronne czekające na komendę do ataku.

— Wygodnie? — zapytałem, pozwalając każdej krztynie ledwo powstrzymywanej wściekłości przeniknąć do mojego głosu. — Bo gdybyście mnie uprzedzili, kazałbym zmienić wystrój, by wpasować się w waszą włoską wrażliwość.

Uśmiech Marco składał się tylko z zębów i zimy. — Twoja gościnność zawsze była... zadowalająca, Cummiskey. Proszę, usiądź.

Wskazał na jedno z krzeseł naprzeciwko mojego własnego biurka, jakbym to ja był gościem w swoim pieprzonym domu. Ten brak szacunku miał za zadanie wytrącić mnie z równowagi.

I to działało.

Pochwyciłem wzrok Ciana z miejsca, w którym stał przy oknie, a jego twarz wyrażała napięcie. Jego dłoń spoczywała niedbale w pobliżu marynarki – na tyle blisko jego Glocka, by mieć znaczenie, gdyby sprawy przybrały zły obrót.

Dobry chłopak. Zawsze myślał trzy ruchy w przód.

— Wspomniałeś o ostatnich wydarzeniach — powiedziałem, zajmując krzesło, które wskazał Marco, dając mu jednak wyraźnie do zrozumienia, że sam wybieram miejsce, a nie wykonuję jego rozkazy. — Zakładam, że masz na myśli niefortunną śmierć moich poruczników.

— Niefortunną. — Alessandro, średni syn Marco i obecny dziedzic, przetoczył to słowo po ustach, jakby smakował wino. — Interesujący dobór słów.

— Wolałbyś „kurwa tragiczną”? Bo takich słów też mam w cholerę i trochę.

Giovanni, najmłodszy z nich, zaśmiał się. Nie był to przyjemny dźwięk. — Ma ducha, papa. Lubię to w mężczyznach.

— Ducha — zamyślił się Marco. — Tak, zawsze to miałeś, nieprawdaż, Dante? Nawet jako chłopiec, biegający na posyłki dla Mickeya Doyle'a w slumsach Ballymun. Zawsze gotowy do bitew, których nie mogłeś wygrać.

Wzmianka o Mickeyu – moim pierwszym donie, nieżywym już od ośmiu lat – sprawiła, że moje szczęki zacisnęły się mocno. Jak dużo ci gnoje wiedzieli o mojej przeszłości?

— Te bitwy uczyniły mnie tym, kim jestem — powiedziałem. — A jestem kimś, z kim nie chcecie, kurwa, lekko zadzierać.

— Istotnie. — Marco oparł się na moim krześle, stykając opuszki palców obu dłoni. — Co sprowadza nas do powodu, dla którego tu jesteśmy. Powiedz mi, Dante, czy pamiętasz pożar magazynu we Finglas? Grudzień, cztery lata temu?

— Było sporo pożarów magazynów w Dublinie — powiedziałem ostrożnie. — Musisz być bardziej konkretny.

— W tym jednym, w którym mój syn Alejandro spłonął żywcem, podczas gdy ty postanowiłeś uratować swoich własnych ludzi.

Dłoń Ciana przesunęła się bliżej broni, a ja poczułem, jak temperatura w pomieszczeniu spada o dziesięć stopni.

— To była decyzja taktyczna w sytuacji bez wyjścia — powiedziałem. — Twój syn znał ryzyko, kiedy zdecydował się na takie życie.

— Mój syn miał dwadzieścia trzy lata. — Głos Marco pozostawał opanowany, ale w jego oczach błysnęło coś śmiercionośnego. — Miał narzeczoną. Plany dotyczące dzieci. Przyszłość.

— Podobnie jak moi ludzie.

— Twoi ludzie nie byli moją krwią.

— A twój syn nie był moją.

Wściekłość na twarzy Marco powiedziała mi, że planował ten moment dłużej, niż ja planowałem cokolwiek. Każda pozornie losowa decyzja biznesowa prowadziła do tego pokoju, tej rozmowy, tego wyrównania rachunków.

— Chcesz zemsty — powiedziałem. — Szanuję to. Ale jeśli myślisz, że położę się na plecach i pozwolę ci—

— Zemsty? — Śmiech Marco brzmiał jak tłuczone szkło. — Oh, figlio mio, zemstą byłoby spalenie całej twojej organizacji do ziemi i zmuszenie cię, byś na to patrzył. To, czego chcę, to interesy.

— Jaki interes wymaga tak dramatycznego wejścia?

— Taki, który zapewni ci dalszą egzystencję — powiedział Raffaele, stojący za mną. — I utrzyma cię przy życiu tak długo, byś był dla nas użyteczny.

Obróciłem się na krześle, by na niego spojrzeć, i dopiero wtedy zobaczyłem resztę ludzi Marco, którzy właśnie wchodzili do mojego gabinetu. Ośmiu uzbrojonych facetów ustawionych tak, by odciąć mi wszystkie drogi ewakuacji. Jakim cudem ich przegapiłem?

Bo byłeś rozproszony, ty głupi chuju. Rozproszony myślami o cipce, którą porzuciłeś dla tego spotkania.

— Sytuacja jest prosta — kontynuował Marco. — Moja rodzina potrzebuje sojuszu z irlandzkimi interesami. Twoja rodzina potrzebuje ochrony przed pewnymi... komplikacjami, które zbliżają się w waszym kierunku.

— Jakimi komplikacjami?

— Takimi, które nadejdą rano z ilością siły ognia zdolną spalić dubliński półświatek do ziemi. — Uśmiech Marco był czysto rekinim uśmiechem. — Ciekaw jestem, jak zareagują, kiedy przypomną sobie, jak ich wyruchałeś przy okazji sytuacji we Finglas.

Włosi nigdy nie zapominali walki, a z pewnością ich nie wybaczali.

Cian podszedł bliżej, a jego głos był cichy i naglący. — Mają na myśli Fabrizio. Z Fabrizio możemy poradzić sobie sami—

— Naprawdę tak myślisz? — odbił piłeczkę Raffaele. — Nasz wywiad sugeruje, że tym razem przyprowadzą przyjaciół. Dużo przyjaciół.

— A skąd wy to niby wszystko wiecie? — zażądał Cian.

— Musiałem oszacować, z czym przyjdzie się zmierzyć mojemu przyszłemu zięciowi.

— Zięciowi — powtórzyłem. — O kim my tu, kurwa, mówimy?

— Zanim wyrzucisz z siebie te wszystkie swoje irlandzkie przekleństwa... — Alessandro beznamiętnie piłował paznokcie. — Miej na uwadze, że cokolwiek zostanie z twoich ludzi po tym, jak moi bracia i ja skończymy z tobą, jeśli dziś odmówisz, i tak na nic ci się nie zda w walce z Fabrizio i jego batalionem.

— Nadal nie rozumiem.

— Ożenisz się z moją córką. — Uprościł Marco.

— Ożenię się — powiedziałem powoli. — O której konkretnie córce tu mowa? Bo z tego co mi wiadomo, jedna z nich jutro bierze ślub z jakimś starożytnym włoskim pierdzielem, a druga wciąż nosi warkoczyki i odrabia zadania z algebry.

— A co do tego... — powiedział Marco, nie tracąc ani na chwilę uśmiechu z twarzy. — Nastąpiła zmiana planów.

— Jaka zmiana?

— Pan młody nie będzie już potrzebował garnituru — powiedział Giovanni, a jego uśmiech rozlewał się jak plama. — Na stałe.

— Zabiliście Fabrizio.

— „Zabiliście” to takie brzydkie słowo — zamyślił się Raffaele. — Wolimy: „rozwiązaliśmy konflikt harmonogramów”.

— Jezu Chryste. — Przejechałem dłonią po włosach, gdy dotarł do mnie bezmiar ich głupoty. — Zamordowaliście Fabrizio? Człowieka mającego ośmiu synów, z których każdy mógłby sfinansować własną małą wojnę?

— Teraz już siedmiu — poprawił go radośnie Alessandro. — Jeden z nich miał niefortunny wypadek podczas naszych... negocjacji.

— Żebym dobrze zrozumiał. — Mój ton brzmiał jak u mężczyzny, który za chwilę miał całkowicie stracić nad sobą panowanie. — Wy, pieprzeni psychopaci, poszliście na spotkanie pokojowe, zamordowaliście głowę jednej z najniebezpieczniejszych rodzin przestępczych w Europie, dla pewności zabiliście jeszcze jego syna, a teraz chcecie, żebym ożenił się z waszą córką po to, by posprzątać po was ten bajzel?

— W zasadzie tak.

— I pewnie w waszej nieskończonej mądrości sprawiliście, żeby wyglądało na to, że to ja odpowiadam za to popieprzone bagno?

Wyraz twarzy Marco powiedział mi wszystko, co musiałem wiedzieć.

— To się, kurwa, w głowie nie mieści. — Pokręciłem głową. — Czy wy macie pojęcie, co zrobiliście?

— To właśnie dlatego nas potrzebujesz — powiedział po prostu Marco. — I właśnie dlatego potrzebujesz tego małżeństwa.

— Z którą córką? — zażądałem. — Tą pieprzoną nastolatką, czy tą, która jutro miała stanąć przed ołtarzem?

— Źle — rzekł Alessandro. — Ma dwadzieścia pięć lat, nie jest nastolatką. I jest... dostępna.

— Dostępna, bo jej narzeczony jest żarciem dla robali, zamiast mówić sakramentalne „tak”. — Wstałem, podchodząc do okna, przy którym stał Cian. — To jest całkowicie, kurwa, szalone.

— A jednak konieczne — stwierdził Marco. — Rodzina Fabrizio jest przekonana, że to ty zamordowałeś ich patriarchę. Kiedy nadejdą – a z pewnością nadejdą – będziesz potrzebował sojuszników. Silnych.

— W jaki sposób w ogóle udało wam się mnie wrobić? — zażądałem.

— Sposób, w jaki cię wrobiłem, nie ma teraz znaczenia. — Marco również wstał, poprawiając marynarkę. — Siedmiu braci Fabrizio z nieograniczonymi środkami i płonącą potrzebą zemsty. Jak długo myślisz, że potrwałyby te twoje napady złości w starciu z nimi?

Ledwo przeżyliśmy naszą ostatnią wojnę z Włochami, a działo się to w czasach, kiedy byli oni podzieleni. Zjednoczona rodzina Fabrizio, która łaknie krwi? To wyrok śmierci przewiązany wstążką.

— Nigdy nawet nie widziałem tej dziewczyny — powiedziałem ostatecznie.

— Jest piękna — zasugerował Giovanni. — Czysta. Nietknięta. Wszystko, czego mógłby zapragnąć mężczyzna u swojej żony.

— Żony. — To słowo smakowało jak popiół. — Chcesz, żebym poślubił kogoś obcego tylko po to, by wyciągnąć was z gówna za morderstwo, które sami popełniliście.

— Chcemy, żebyś poślubił członka rodziny — poprawił Marco. — Aby trwale związać nasze rodziny. Potraktuj to jako... ubezpieczenie.

— Ja i twoja rodzina? Nigdy.

Po moich słowach rozległ się dźwięk strzałów. Cian odwrócił się w stronę drzwi, trzymając swojego Glocka już w dłoni. Dwóch moich ludzi padło na korytarzu na zewnątrz, a pod drzwiami zaczęła zbierać się krew.

Miałem wyciągniętego mojego .45 jeszcze zanim ich ciała uderzyły o ziemię i wpakowałem trzy kulki w najbliższego żołnierza Morettich. Złożył się wpół niczym worek cementu i nagle moje biuro zmieniło się w strefę wojny.

Cian sprzątnął dwóch kolejnych, po czym zanurkował za moje biurko. Położyłem trupem Alessandro strzałem prosto w klatkę piersiową, patrząc, jak opada na ziemię tuż obok mojej szafki na dokumenty. Nawet nie drgnąłem, gdy ciało Alessandro uderzyło w podłogę – gnojek sam się o to prosił, tak jak każdy z nich miał o to poprosić w przyszłości.

Satysfakcja była jednak krótka – Raffaele odpowiedział ogniem, rozbijając okno za moimi plecami.

— Wystarczy! — krzyknął Marco, widząc, że z gardła jego syna bulgocze krew.

Reszta zamarła, ale lufy broni wciąż celowały.

— On, kurwa, zabił Alessandro! — ryknął Giovanni.

Utrzymywałem broń wycelowaną w Raffaele'a, podczas gdy Cian wycelował w Giovanniego, klęczącego przy trupie brata, próbując zatamować krew.

— Wszyscy możemy tu zginąć, Dante — powiedział spokojnie Marco, przekraczając martwe ciało swojego syna, jakby omijał kałużę. — Co do jednego. Ale jutro rano siedmiu braci Fabrizio nadal będzie w drodze, i nadal będą przekonani, że to ty jesteś mordercą ich ojca.

Wyciągnął z marynarki jakiś kontrakt, którego papier był nieskazitelnie czysty, mimo że powietrze wypełniał zapach krwi i prochu.

— Podpisz to, ożeń się z moją córką jutro, a wtedy staniemy ramię w ramię przeciwko temu, co nadciąga. Jesteś mi to winien za to, że pozwoliłeś zginąć mojemu synowi we Finglas. Człowiek jest wart tyle, co jego słowo. — Położył umowę na moim biurku, tuż obok stygnących zwłok Alessandro. — Twój wybór.

Patrzyłem na papier, na krew, a potem znów na niego.

— Jak długo to ma trwać?

— Dopóki śmierć was nie rozłączy.

Tradycyjna przysięga małżeńska, ale w ustach Marco brzmiała bardziej jak groźba niż obietnica.

— Chcę się najpierw z nią spotkać — powiedziałem. — Zanim na cokolwiek się zgodzę.

— Nie. — Odmowa nadeszła ze strony całej trójki jednocześnie.

— Jest czysta, nietknięta — dodał Marco. — Taka też pozostanie do swojej nocy poślubnej.

— Jak romantycznie. — Sięgnąłem po pióro; moja ręka, mimo wszystkiego, była stabilna. — Jaką mam gwarancję, że to nie jakaś brzydka, bezpłodna wiedźma, którą mi wpychacie?

— Żadnej. — Szczerość Marco była niemal odświeżająca. — Ale masz moje słowo, że będzie z niej dobra żona. Lojalna. Posłuszna. Urodzi ci silnych synów.

— Zakładając, że pożyję wystarczająco długo, by zostać ich ojcem.

Podpisałem kontrakt, podczas gdy krew Alessandro na biurku tuż obok mnie, wciąż była ciepła. Dwadzieścia minut temu miałem wyruchać bezimienną dziewczynę z klubu, która uciekała przed podobną sytuacją. Teraz byłem zaręczony, by ożenić się z nieznajomą, aby ocalić moich ludzi przed zagładą.

Cóż za ironia losu.

— Witaj w rodzinie — oznajmił Marco, zwijając dokument w rulon. — Zobaczymy się jutro przy ołtarzu. Punkt dziewiąta.

Wyszli gęsiego z mojego gabinetu, zostawiając po sobie martwe ciała jak niepotrzebne meble. Drzwi zatrzasnęły się z kliknięciem i nagle zostałem tam tylko ja, Cian i trupy.

— Ja pierdolę, Jezu Chryste — wymamrotał Cian, wsuwając broń do kabury. — Dante, nadal możemy—

— Nie. — Wróciłem za swoje biurko, omijając ciało Alessandro. — Nie możemy. Zamknęli nas w pudełku ciaśniejszym niż konfesjonał.

— Boją się. Moglibyśmy użyć tego na naszą korzyść. Małżeństwo, kurwa, nie wchodzi w grę.

— Plusem w tym wszystkim jest to, że będę mógł wyładowywać moją zemstę i nienawiść na ich córce przez resztę jej życia — powiedziałem, opadając z ciężkim westchnieniem na krzesło.

Otworzyłem szufladę biurka i wyciągnąłem dobrą whisky – butelkę, którą trzymałem na okazje specjalne, jak i na katastrofy. Dzisiejszy wieczór definitywnie zaliczał się do tej drugiej kategorii.

— Co teraz robimy? — zapytał Cian.

— A co mamy robić? To mój wieczór kawalerski. Moja ostatnia, kurwa, samotna noc. — Nalałem sobie whisky na trzy palce i opróżniłem szklankę jednym, piekącym haustem. — Myślisz, że Hallmark robi na taką okazję kartki z życzeniami?

Whisky opadła na mój pusty żołądek niczym płynny ogień, ale to nie zmieniło zimnej rzeczywistości, która zagnieździła się w moich kościach.

Za niecałe dwadzieścia cztery godziny będę żonaty z zupełnie obcą kobietą – pewnie z jakąś paskudą, biorąc pod uwagę to, że jej rodzina nie pozwoliła mi jej zobaczyć; związany z familią, z którą walczyłem od lat, i to przygotowując się do wojny, która może doszczętnie zniszczyć wszystko to, co zdążyłem zbudować.

Nalałem sobie kolejnego drinka i starałem się nie myśleć o cipce, którą miałem, kurwa, wziąć, zanim to wszystko się zaczęło.

Myślenie o innej cipce oznaczało zdradę żony, czyż nie?

— Cian — powiedziałem w końcu. — Dzwoń po ekipy sprzątające. Spakuj to truchło Alessandro i odeślij z powrotem do jego rodziny, to będzie od nas prezent ślubny. A potem dzwoń do ojca Murphy'ego. Powiedz mu, że potrzebujemy kościoła gotowego na ślub.

— A co mam mu powiedzieć o pannie młodej?

— Powiedz mu, że to niespodzianka. — Podniosłem szklankę w udawanym toaście za zwłoki Alessandro. — Bo kurwa dla mnie, to na pewno nią było.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 5: Rozdział 5~ O pannie młodej - Ślepe śluby: Związana z królem mafii | StoriesNook