Perspektywa Kaia
"Wow." Devon zmierzył naszą trójkę wzrokiem, odchylając się do tyłu na krześle z bezczelnym uśmiechem. "Wyglądacie doprawdy znakomicie tego pięknego poranka."
Trzy kolejne jęknięcia wyrwały się z ust trzech różnych osób, jednakże z trzech zupełnie różnych powodów.
Joshua, rudowłosy podrywacz z naszej grupy, który był zauważany najczęściej z powodu swojego nietypowego koloru włosów, pokazał Devonowi środkowy palec, ponownie kładąc głowę na ławce. "Pierdol się, stary! Prawie dostałem zawału serca! I muszę wracać do czegoś takiego?"
Najwyraźniej kobieta, z którą wczoraj wrócił do domu, miała zaledwie osiemnaście lat i porucznika jako ojca. Można było więc śmiało stwierdzić... że resztę nocy spędził uciekając przed glinami i ostatecznie wymknął się z "uprzejmym" ostrzeżeniem, aby nigdy więcej nie zbliżać się do jego córki, "bo inaczej"... cóż, jestem pewien, że żaden z nas nie chciałby wiedzieć, jak kończyło się to zdanie.
Jeśli chodzi o Cole'a, leżał na swojej ławce z twarzą w dłoniach, wciąż lecząc zabójczego kaca. Nie wiedziałem, czy jego rozjaśnione blond włosy były w takim nieładzie, bo przez cały czas je szarpał, czy też z powodu kaca zapomniał ich dzisiaj rano uczesać.
I na koniec... byłem jeszcze ja, z czerwonymi oczami, cierpiący na brak snu.
"Zdecydowanie bym cię zaliczył... gdybyś mi tylko pozwolił."
Po tym, jak mój homoseksualny współlokator był tak uprzejmy, by rzucić ten żart, zanim zachrapał w najlepsze aż do świtu... straciłem chęć do snu, ponieważ:
A. Wcale mnie to nie bawiło.
B. Kurwa, wcale mnie to nie bawiło.
C. Żartował... prawda?
"Hej, De" Cole odwrócił się do Devona, mierząc go z góry na dół zmrużonymi oczami. "Jakim cudem nie wyglądasz choć trochę jak na kacu? Wypiłeś wczoraj mnóstwo whisky."
"Wcale nie aż tak dużo, a poza tym poszedłem do domu i całkiem nieźle się wyspałem." Devon wzruszył ramionami. "Nawet robiłem notatki na zajęciach dla was. Więc jeśli chcecie skopiować moje notatki... postawcie mi lunch."
Wszyscy trzej jęknęliśmy w tym samym momencie, po czym ponownie ułożyliśmy głowy na blatach ławek.
Jeśli było cokolwiek, czego obawialiśmy się w Devonie... to fakt, że ten facet miał żołądek bez dna i potrafił zjeść całego konia, nawet nie mrugnąwszy okiem. A fakt, że miał niesamowite ciało, pasujące do jego ponad stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu, był jak sypanie soli na ranę.
Ale na jego obronę, był przewodniczącym klubu bokserskiego i zdobył kilka medali na szkolnych i uniwersyteckich zawodach. To, że nasza grupa miała spore grono fanek na Facebooku i kilka poświęconych nam fanpage'y, było po części zasługą Devona publikującego z siłowni zdjęcia z treningów bez koszulki i czasami rzucającego nam wyzwanie, byśmy zrobili to samo.
"Dobra." Powiedzieli jednocześnie Cole i Josh. "Nieważne!"
"Zrobiłem notatki." Powiedziałem do nich, po czym spojrzałem w dół na swój zeszyt i jęknąłem po raz kolejny. "Chyba."
Kurwa! Od kiedy moje pismo stało się nierozpoznawalne nawet dla mnie samego? Brak snu wcale nie był tak uroczy, jak przedstawiano to w filmach. Mój wzrok był zamglony i czułem, jakbym w każdej chwili miał zemdleć. Gdyby nie te pięć porcji espresso w porannej kawie, pewnie bym już spał. Ale teraz po prostu nie mogłem przestać nerwowo trząść nogami.
"Dobra, dobra!" Devon westchnął. "Zlituję się nad wami, tylko na dzisiaj. Chodźmy w końcu na ten lunch. Jestem głodny."
"A kiedy ty nie jesteś?" Zapytał Joshua, podnosząc się z miejsca, tak jak reszta... zanim wszyscy zwrócili się do mnie. "Idziesz?"
"Ta..." westchnąłem, podnosząc się za nimi.
"Zdecydowanie bym cię zaliczył... gdybyś mi tylko pozwolił."
Kurwa! Dlaczego jego słowa wciąż odbijały się w mojej głowie jak na jakiejś zaciętej kasecie magnetofonowej?
"Co chcecie na lunch, chłopaki? McDonald's czy Subway?" Ziewnął Joshua, gdy wsiadaliśmy do windy, żeby zjechać na parter, co sprawiło, że wszyscy ziewnęliśmy z nim synchronicznie, po czym posłaliśmy mu mordercze spojrzenia.
"Nie ma opcji! Mi pasuje cokolwiek zaserwują w stołówce." Cole zbył machnięciem ręki wszelkie sugestie wyjścia na lunch na miasto, mimo że nasze kolejne zajęcia zaczynały się dopiero o czternastej.
"Czekaj chwilę" zmarszczyłem na niego brwi. "Właśnie zrezygnowałeś z pójścia do McDonald's! Co do cholery jest z tobą nie tak?"
"Pierdolcie się, idioci!" Rzucił przekleństwem. "Zapomnieliście, jaki to dziś dzień?"
"Początek naszego trzeciego roku?" Powiedziałem równocześnie z Devonem, który mruknął: "Pierwszy dzień nowych zajęć?"
"Dokładnie!" Cole pokręcił głową. "A co to oznacza?"
Czwórka z nas wymieniła dziwne spojrzenia, zanim w końcu do nas dotarło.
"Szlag! Pierwszoroczniacy!"
"I nowe dziewczyny!" Cole zaśpiewał z niesmakiem, gdy tylko drzwi windy się otworzyły, a on niemalże z niej wyfrunął. "Zmykajmy na stołówkę, zanim wszystkie dobre zostaną zajęte!"
"Czy on naprawdę mówi o kobietach tak, jakby były jakimś inwentarzem na targu?" Zmrużyłem oczy na tył jego blond głowy, mając nadzieję, że chociaż raz faktycznie się potknie i wyrżnie orła. Gdyby tylko wykazywał chociaż cień takiego entuzjazmu, jeśli chodziło o projekty grupowe, zamiast zostawiać to reszcie z nas do skończenia...
"Cóż... ma jednak trochę racji." Joshua, ze świeżo złamanym od wczorajszej nocy sercem, ruszył za Cole'em, podczas gdy Devon i ja szliśmy w wolniejszym tempie, nie chcąc, by inni utożsamiali nas z dwoma głupcami podskakującymi z przodu.
Stołówka, jak to zwykle bywało, pękała w szwach, ponieważ dołączyli studenci z innych wydziałów, zwłaszcza ci, którzy o tej porze nie mieli zajęć. Biorąc pod uwagę napływ studentów pierwszego roku i ich nowych wielbicieli, tak wielki tłum nie był żadną niespodzianką. Ogromnie zaskakujące było jednak to... kiedy Cole nagle klepnął mnie w ramiona, a Devon stanął tuż przede mną, jakby próbował zasłonić mi widok.
"Co u licha?" Spojrzałem na Cole'a z niedowierzaniem, rozmasowując ramię. "Co jest z wami nie tak? Ruszcie się, bo zaraz nie będzie już miejsc!"
"Cóż..." Devon zawahał się, ale Cole po prostu popchnął go, odsuwając na bok.
"Och, zamknij się!" Cole prychnął. "Kai miał Ruby gdzieś przez całe wieki. Nie ma mowy, żeby w jakikolwiek sposób na niego wpłynęła."
"Hę?" Zdezorientowany rozejrzałem się, próbując zrozumieć, o czym mówili moi przyjaciele, ale ponieważ Devon wciąż stał mi na drodze... pomyślałem sobie, że pewnie nie dowiem się o co chodzi, jeśli ten będzie tam tak stał w nieskończoność.
"Dobra!" Devon westchnął, w końcu odsuwając się na bok. "Ale muszę cię ostrzec... chyba masz konkurencję."
Wciąż nie miałem pojęcia, o czym mówili... dopóki moje oczy w końcu nie napotkały z drugiego końca sali piwnych tęczówek i nagle dotarło do mnie, co się dzieje.
Ruby siedziała na kolanach pierwszoroczniaka, z ramionami owiniętymi wokół jego karku. Wyraz jej twarzy był nieodgadniony, a jednak byli na tyle blisko, że wydawało się, jakby mieli się zaraz pocałować... a mężczyzną, na którego kolanach siedziała... był nikt inny jak Night Winters.
Konkurencja była ostatnią rzeczą, o której myślałem, cały czas podtrzymując kontakt wzrokowy z Nightem na odległość; moje niebieskie tęczówki zwęziły się na jego niewinnych, piwnych oczach.
Jednak tym, co w tamtej chwili najbardziej mnie zaskoczyło, był fakt, że jedynym pytaniem kołaczącym w mojej głowie nie była Ruby, czy to, jak u licha wylądowała na jego kolanach. Zamiast tego brzmiało ono...
Powiedział mi, że jest gejem... czy skłamał?






