VOKTOR
Trzy dni później — Posiadłość Sovereign
„Sz–szefie” – zawołał Hedges, dokładnie w momencie, gdy miałem wsiąść do samochodu.
Zatrzymałem się, z dłonią na klamce i zaciskającą się szczęką. Tylko nie to znowu.
Odwróciłem się powoli. „O co chodzi, Hedges?”
Przestępował z nogi na nogę, a jego wzrok błądził, jakby szukał właściwych słów. „Chodzi o pańską żonę, sir”.
Moja cierpliwość i tak wisiała na włosku. „A co z nią?”
„Nie wyszła ze swojego pokoju, odkąd tu przyjechała” – powiedział cichym głosem. „Prawie nie je. Nie odzywa się. Pokojówki są... zmartwione”.
Westchnąłem, przeczesując włosy dłonią. „Ona nie mówi, pamiętasz? A jeśli je, choćby trochę, to nic jej nie jest. Niech się dąsa”.
„Szefie, minęły trzy dni” – powiedział, niemal błagając. „Nawet nie odsłania zasłon. Ona również nie...”
Otworzyłem drzwi samochodu z głośnym trzaskiem. „To jej problem, nie mój”.
Hedges wzdrygnął się na ten dźwięk, a jego usta zacisnęły się w wąską linię. Zignorowałem go i wsunąłem się za kierownicę. Całe to małżeństwo było bagnem, o które nigdy nie prosiłem; kontraktem podpisanym w gabinecie mojego ojca, a nie przed ołtarzem.
A teraz musiałem również zarządzać jego imperium, udawać idealnego syna i idealnego męża.
Droga do pracy była krótka, ale każda minuta ciągnęła się, powoli szarpiąc moje nerwy. Zanim wjechałem na firmowy parking, byłem już zmęczony.
Pracownicy ustawili się wzdłuż wejścia, kłaniając się lekko, jakbym był jakimś księciem. Nawet na nich nie spojrzałem. Wewnątrz czekał już mój ojciec; stał z rękami splecionymi za plecami, a jego spojrzenie było równie zimne co zawsze.
„Jesteś punktualnie” – powiedział, nie patrząc na mnie.
„Zaledwie” – mruknąłem.
Zaczął swoją przemowę, zanim jeszcze dotarliśmy do windy: liczby, raporty, oczekiwania. Sala konferencyjna była pełna sztywnych garniturów i pustych słów. Siedziałem tam, potakując, gdy było to konieczne, udając, że mnie to obchodzi.
Jednak moje myśli wciąż uciekały z powrotem do posiadłości.
Dlaczego to robiła? Czy to ze strachu? Złośliwości? A może po to, by wzbudzić we mnie poczucie winy? Nie pamiętałem nawet jej imienia bez zaglądania w ten cholerny akt małżeństwa.
Mimo to, na samą myśl o niej, zamkniętej w ciszy, moja klatka piersiowa zaciskała się – było to uczucie, którego nie chciałem nazywać.
„Voktorze” – warknął nagle ojciec, wyrywając mnie z zamyślenia. „Słuchasz?”
„Tak” – skłamałem, prostując się w fotelu.
„To dobrze. Ponieważ to ty poprowadzisz jutrzejsze spotkanie z inwestorami”.
„W porządku” – odparłem, choć ledwie go słyszałem. Chciałem po prostu, żeby ten dzień już się skończył.
Kiedy opuszczałem biuro, miasto pochłonął już zmierzch. Droga do domu przebiegła w ciszy, ale w mojej głowie wcale nie było cicho. Echo słów Hedgesa wciąż we mnie rezonowało.
Gdy podjechałem pod posiadłość, on znów tam był; stał przy drzwiach, jakby czekał na mnie przez cały dzień. Zanim się odezwał, jego twarz wyrażała już wszystko.
„Nadal nie wyszła” – powiedział cicho.
Coś we mnie drgnęło – nie była to litość, nie był to niepokój, tylko dziwne uczucie pełznące po kręgosłupie.
Rzuciłem kluczyki na stół i ruszyłem na górę. Powietrze na korytarzu wydawało się gęste, nieruchome. Nawet szepty służby ucichły.
Zatrzymałem się pod jej drzwiami. Zapukałem raz. „Tu Voktor. Otwórz”.
Cisza.
Zapukałem mocniej. „Jeśli zamierzasz się ukrywać, to przynajmniej jedz porządnie. Nie jesteś jeszcze duchem”.
Wciąż nic.
Moja irytacja wzrosła. Chwyciłem za klamkę i nacisnąłem. Drzwi otworzyły się bez oporu.
Wtedy to poczułem – początkowo słabo, a potem gęsto i kwaśno, jakby coś gniło pod warstwą perfum.
Mój żołądek się skurczył.
„Co jest, do cholery...” – mruknąłem, zapalając światło.
I w tym momencie zamarłem.






