ELARA
Moje zmysły były w najwyższej gotowości, wychwytując każdy dźwięk i zapach wokół mnie. Po piętnastu latach w zamknięciu wreszcie byłam na zewnątrz, zamężna, w samochodzie, jadąc w nieznane. Uderzenie świeżego powietrza w twarz niemal przyprawiło mnie o zawrót głowy.
– Chodź – powiedział, prowadząc mnie naprzód z dłonią na moich plecach. Odruchowo się wzdrygnęłam.
– Co myślisz, że ci tu zrobię? – zapytał, robiąc krok w moją stronę. Ciemne okulary ukrywały jego oczy, a to tylko pogarszało sprawę. Jego dłoń musnęła moją talię, kierując mnie w stronę budynku przed nami. Może to było centrum handlowe.
Słońce grzało, było zbyt ciepło po latach spędzonych wśród zimnych, kamiennych ścian. Powietrze było przesycone zapachem pieczonych kasztanów, spalin i perfum. Wszystko uderzyło we mnie naraz. Zbyt głośno. Zbyt jasno. Zbyt żywo.
Szklane drzwi rozsunęły się, ukazując miejsce tak wypolerowane, że od samego patrzenia niemal bolały oczy. Złote wykończenia. Powietrze o zapachu cytrusów. Marmur, który lśnił jak lód.
– Panie Varkas, przybył pan – przywitała się młoda kobieta, idealny uśmiech, idealny ton. Nawet na mnie nie spojrzała.
– Przygotowaliśmy to, o co pan prosił – powiedziała.
– Dobrze – odparł Voktor. – Przynieście to do mojego stałego miejsca.
Szliśmy przez ciche tłumy. Wydawało się, że każda para oczu śledzi mnie wzrokiem. Serce łomotało mi w piersi, gdy chowałam się za swoimi włosami.
– Siadaj.
Zapadłam się w miękką kanapę, z nerwów wykręcając palce na podołku. Świat wokół mnie pędził szybko, zbyt szybko, podczas gdy ja siedziałam — nieruchoma, mała, niewidzialna.
Kobieta wróciła z naręczem ubrań. – Dla niej – powiedział Voktor, a jej uprzejmy uśmiech zadrżał na ułamek sekundy.
– Tędy, panienko.
Spojrzałam na niego. Kiwnął głową tylko raz.
Wewnątrz przymierzalni kazała mi się rozebrać. Zrobiłam to, a jej ciche westchnienie powiedziało mi, że dostrzegła to, co już wiedziałam — blizny, siniaki, pamiątki. Nie powiedziała ani słowa, po prostu podała mi sukienkę i wyszła.
Żółta suknia leżała idealnie, jakby od dawna znała moje kształty. Ledwie rozpoznałam kobietę w lustrze.
Kiedy wyszłam, Voktor lekko skinął głową. Bez słowa. Taki stał się rytm przez następną godzinę — sukienka, skinienie, cisza.
Później siedziałam w samochodzie, podczas gdy on ładował torby. Było ich zbyt wiele. Zbyt wiele tego wszystkiego. Moje ciało bolało od udawania, że wszystko jest w porządku.
Prowadził w milczeniu. Nie przeszkadzało mi to. Cisza była bezpieczniejsza.
Kiedy wjechaliśmy na teren posiadłości, dostrzegłam samochód, na widok którego żołądek podszedł mi do gardła. Znajomy. Niewłaściwy.
A potem zobaczyłam jego.
Jaxona.
Ten uśmiech, krzywy, okrutny, niezapomniany. Moje ręce zaczęły drżeć. Stare siniaki pod skórą zapiekły, jakby one również go pamiętały.
Tylko nie to. Błagam, tylko nie znowu.






