Wychodząc z sypialni, znalazłam się w korytarzu, który tchnął ciepłem i domową atmosferą. Hazel Mercer prowadziła mnie schodami w dół. Wykładzina była kremowa i tak puszysta, że stopy zapadały się w niej z przyjemnością. Ściany miały ciemniejszy odcień beżu i obwieszone były zdjęciami osób, które brałam za członków watahy i rodziny. Różne wydarzenia i przyjęcia również znalazły tam swoje miejsce.






