Kinsley
Moja babcia zmarła i od lat żyłam jak zwyczajny człowiek. Była dla mnie wszystkim – moją kotwicą, moją przewodniczką. Pracowałam ciężko, próbując zaoszczędzić pieniądze i zbudować lepsze życie, ale było trudno.
„Dzisiaj mamy urwanie głowy! Ale mam dwie świetne wiadomości” – zawołał Silas, mój szef. Pracowałam w małej restauracji w mieście, w miejscu, które wydawało się jak mała rodzina. To miała być tymczasowa praca, dopóki nie znajdę czegoś lepszego… ale cóż, wciąż tu byłam.
„Pierwsza wiadomość” – kontynuował Silas – „to fakt, że dostajemy nowe mundury”.
„Dzięki Bogu! Nienawidzę tych ubrań!” – jęknęły moje współpracownice, a zwłaszcza Brielle – moja najlepsza przyjaciółka.
„Wyglądamy w nich okropnie! Nigdy nie znajdę chłopaka, wyglądając jak szmaciana lalka” – dodała, co mnie rozśmieszyło. Była piękną, smukłą dziewczyną o długich, kręconych włosach opadających na plecy. Wyglądała na bardzo słodką.
„I po drugie” – powiedział Silas, zniżając głos dla dramatycznego efektu – „zbliża się ważne wydarzenie – szczyt dla grubych ryb, prezesów, biznesmenów… Wiecie, ważnych ludzi”.
„O mój Boże!” – pisnęła radośnie Brielle.
„Nowi ludzie w mieście!” – krzyknął inny pracownik i nagle cała restauracja zaczęła tętnić energią.
„Mam tylko nadzieję, że są przystojni, młodzi i bogaci” – stwierdziła z uśmiechem Brielle.
„Ja mam tylko nadzieję, że nowe mundury będą w większych rozmiarach… i że to nie będą minispódniczki, bo moje rajstopy… no wiecie” – mruknęłam.
„Żartujesz sobie, kochana? Serio? Dałabym się zabić za twoje krągłości! Zwłaszcza za ten twój obfity biust! Jestem pewna, że ci prezesi stracą dla ciebie głowę” – powiedziała, żartobliwie trącając mnie biodrem. Wciąż byłam tą dziewczyną z nadwagą, którą wszyscy w watasze gardzili: grubą, nieudacznicą, słabą. Nie żeby kiedykolwiek tam wróciła. Nie, nigdy więcej. Byłam po prostu… sobą. Kins. Samotną blondynką z szeroką klatką piersiową, okrągłymi biodrami i mocnymi udami. Dziewczyną, która nigdy nie będzie miała mate, nawet jeśli nikt tutaj nie wiedział o istnieniu wilkołaków. Ale żyłam swoim życiem, z dala od nich… tak szczęśliwie, jak tylko potrafiłam.
Jednak gdy wracałam tego wieczoru do domu, zdałam sobie sprawę, że nie jestem sama. Wciąż mam w życiu ważne osoby.
„Rzecz Pierwsza i Rzecz Druga! Co wy tu robicie?” – zawołałam, śmiejąc się i pędząc, by uścisnąć moich braci bliźniaków. Tak bardzo urośli – w moich oczach byli już olbrzymami.
„Oczywiście, że przyjechaliśmy cię odwiedzić!” – powiedział Bryce, szczerząc zęby.
„Tata miał tu interesy i chcieliśmy wpaść!” – dodał Brooks. Nie powiedział tego głośno, ale wiedziałam – nasza rozłąka była dla nich równie trudna, co dla mnie. Tęskniłam za nimi każdego dnia. Patrząc za nich, zobaczyłam ojca wysiadającego z samochodu.
„Tak dobrze cię widzieć, tato” – powiedziałam, mocno go przytulając.
Mój tata. Moi bracia. Moja rodzina.
Nie miałam już babci. Nie miałam matki, mate ani watahy. Ale miałam ich. Przyjeżdżali z wizytą, gdy tylko sytuacja w watasze się uspokajała. Próbowano nas rozdzielić, ale im się nie udało.
„Brzoskwinko” – powiedział tata ciepłym głosem. – „Jak możesz się domyślić, chłopcy chcieli przyjechać w swoich wilczych formach. Od dni chcieli cię zobaczyć, ale byli na treningach”.
„Tak się cieszę, że tu jesteście. Tęskniłam”.
„Moja piękna dziewczynka…” – wyszeptał, ponownie mnie przytulając. I w jego oczach naprawdę czułam się piękna. Później, gdy wspólnie zmywaliśmy naczynia, zapytałam od niechcenia:
„Czy dobijacie targu z inną watahą?”. Wyraz twarzy taty się zmienił.
„Nie, Brzoskwinko. Mamy problem z rogue'ami”.
„Cholera…”
„Sytuacja wymyka się spod kontroli. I… tutaj, w Fairhaven, odbędzie się spotkanie Alf”.
„Tutaj? W Fair… oooo”. Wtedy mnie olśniło. Prezesi, wielcy biznesmeni. Kiedy o tym pomyślałam, wszystko nabrało sensu. To miasto było jedną z niewielu neutralnych stref dla wielu watah.
„Po prostu bądź ostrożna, dobrze?” – ostrzegł tata. – „Nie pozwól, żeby ktokolwiek ci dokuczał. Może poproś Silasa o dzień wolnego. Twoi bracia będą blisko. Dbaj o siebie, Brzoskwinko. Twoja mama byłaby dumna z kobiety, którą się stałaś. Nigdy o tym nie zapominaj: że jesteś dzielna, moja dzielna dziewczynko”. Pocałował mnie w policzek, zostawiając samą z moimi myślami.
„To tylko spotkanie Alf” – mruknęłam do siebie, kładąc się tej nocy do łóżka. – „Większość wilkołaków nawet mnie nie będzie pamiętać”.
Rankiem nastał chaos. Wszędzie widziałam dostawy, Silas próbował sprawić, by restauracja wyglądała lepiej niż kiedykolwiek. Było oczywiste, że te Alfy mają pieniądze. Byli aroganccy, ale bogaci.
Pocałowałam braci na pożegnanie i pośpieszyłam do restauracji, gdzie przygotowania do wielkiego wydarzenia – tak zwanego szczytu prezesów – trwały już w najlepsze.
„Dalej! Przynieście stoły!” – krzyczał ktoś.
Wzięłam głęboki oddech. To tylko kolejny dzień. Kolejne wydarzenie.
A jednak miałam przeczucie – nadchodziło coś wielkiego.
„Napoje dotarły!”
„Jedzenie gotowe!”. W restauracji był taki ruch, że czułam się winna na samą myśl o proszeniu Silasa o wolne. Potrzebowali mnie, a w chwili, gdy pojawili się wilkołacy… przysięgam, poczułam to głęboko w trzewiach.
„Słodki Jezu… oni są… to znaczy… cholernie pociągający” – sapnęła Brielle z otwartymi ustami. Wszyscy byli wysocy, barczyści i nieprawdopodobnie przystojni – w sposób, w jaki żaden ludzki mężczyzna nigdy by nie był. Wyglądali jak modele albo celebryci.
„Piekło… skąd w ogóle wzięli się tacy prezesi?”
„Dalej, dziewczyny, mamy mnóstwo pracy” – przypomniał nam Silas, a jego głos przywrócił nas do rzeczywistości.
„Mówię poważnie, Kins… widziałaś ich? Ci faceci są potężni, a ich mięśnie – to absolutne dzieła sztuki. I te tatuaże… mój Boże…” – Brielle zaczęła się dramatycznie wachlować dłonią.
„Kins, mamy już ustawione stoły, ale czy mogłabyś stanąć przy wejściu i ich witać?” – poprosił Silas.
„Ja? Ja tylko…”
„Proszę…” – dodał. Silas był przy mojej babci i przy mnie przez cały ten czas. Byłam mu to winna. Wbrew zdrowemu rozsądkowi stanęłam przy wejściu do restauracji, czując na sobie kilkanaście par przeszywających spojrzeń, jakbym była w jakimś cholernym cyrku. Omiatali mnie wzrokiem od stóp do głów, jakbym była jakimś nieistotnym insektem. Moje włosy były w nieładzie, a mundur był stary i niekorzystny. Fantastycznie. Po prostu fantastycznie.
„Dzień dobry, witamy! Proszę za mną” – powiedziałam, wskazując ich wyznaczone miejsca z podkładką w dłoni. Ale wtedy moje serce zamarło.
Nie. Nie, to niemożliwe. Moje palce drżały, gdy odczytałam nazwisko na liście.
„Zander… Thorne” – wyszeptałam, ledwo będąc w stanie wypowiedzieć to na głos.
Pozostałe Alfy odsunęły się, pozwalając mu przejść, i wtedy… zobaczyłam go.
Syn mojego byłego Alfy.
Powinnam była wiedzieć. Skoro wszystkie watahy z okolicy brały w tym udział, Lunastone musiało tu być. Ale założyłam, że przyjedzie jego ojciec, nie on. Musiał już przejąć stanowisko Alfy.
Zan wyrósł jeszcze bardziej i w przeciwieństwie do mnie, stał się tylko bardziej zniewalający. Jego ciemne włosy były idealnie ułożone, a jasne oczy lśniły pewnością siebie. Opalona skóra i wyrzeźbione mięśnie były niemożliwe do zignorowania, a spod kołnierzyka wystawały misternie wykonane wzory, zdradzające tatuaże pod świeżą koszulą. Był wyższy od innych, poruszał się z pewnością siebie człowieka, który dokładnie wiedział, jak potężny i atrakcyjny jest.
Słyszałam, jak kobiety wzdychają na sam jego widok.
Wtedy jego wzrok spoczął na mnie. Przez jego twarz przemknęło zdziwienie. Nie spodziewał się mnie tu zobaczyć… a spojrzenie jego oczu sprawiło, że wykręciło mi żołądek. Irytacja. Obrzydzenie.
Instynktownie cofnęłam się, a mój oddech stał się urywany. Wspomnienia z przeszłości uderzyły mnie jak cios w brzuch – jego ręce wywlekające mnie z terytorium, porzucające mnie w lesie w środku nocy. Płaczący bracia. Błagający ojciec.
„Nie… ty…?” – Jego głos był przesycony niedowierzaniem, jakby patrzył na swój najgorszy koszmar.
Jego oczy pociemniały, omiatając mnie od stóp do głów, po czym lekko odwrócił twarz, niemal tak, jakby… unikał mojego zapachu.
nienawidził mnie.
Tak samo mocno, jak ja nienawidziłam jego.
Ale dlaczego? Co ja mu kiedykolwiek zrobiłam?
„Niemożliwe…” – wymruczał. Zastanawiałam się, gdzie są moi bracia, gdyby coś się stało... Zan był ich alfą. Nie mogliby nic zrobić, pomyślałam, a ta myśl sprawiła, że poczułam węzeł w żołądku.
Ale ktoś coś do niego powiedział, wyrywając go z odrętwienia. Zan zacisnął szczękę, jego ciało napięło się, gdy ruszyli do swoich miejsc.
Wtedy zobaczyłam kogoś innego: Sanguine Talons też tu byli. Syn Krugera, alfa Varg, wystąpił naprzód z uśmieszkiem, od którego przeszły mnie ciarki.
„No, no… co my tu mamy? Grubas-człowiek? Zdrajczyni?” – zadrwił, a jego głos ociekał złośliwością.
Nie odpowiedziałam. Miałam sucho w gardle, moje ciało drżało.
„Nie znudziło ci się wtykanie nosa tam, gdzie nie trzeba? Czy ty naprawdę mieszkasz w tym żałosnym miasteczku?”
„Ja… po prostu…”
„Gruba dziwka”. Słowa zostały ledwie wyszeptane, ale poczułam je jak policzek. Inne wilki zaśmiały się okrutnie.
Bogini… dlaczego ja?
Trzęsłam się, gdy nagle pojawił się Silas, omiatając ostrym wzrokiem Varga, który szybko się wycofał.
„Wszystko w porządku, Kins?” – zapytał Silas z troską w głosie. Skinęłam głową. „Nowe mundury w końcu dotarły. Trochę późno, ale są. Mam nadzieję, że ci się spodobają”. Podał mi strój.
Cholera.
W chwili, gdy podniosłam mundur, wiedziałam, że to katastrofa.
Spódniczka była za krótka. Bluzka – zbyt ciasna.
Przebrałam się i spojrzałam w lustro.
O nie.
Biały materiał opinał mnie, podkreślając każdą krzywiznę. Piersi praktycznie wylewały się górą, a materiał był tak cienki, że widziałam swoją bieliznę.
Upokorzona, jęknęłam. „Jak ja mam tak wyjść do ludzi?”.
Przed nich.
Przed niego.
Zacisnęłam pięści.
Ale… on był dla mnie nikim. A ja byłam nikim dla niego.
Zranił mnie, bardzo głęboko. Pewnie nawet mnie nie pamiętał. Tak… w to musiałam wierzyć.
„Możesz iść do piekła, głupi wilku!” – wymruczałam pod nosem.
Właśnie wtedy, gdy się pochyliłam, usłyszałam charakterystyczny dźwięk rozdzieranego materiału.
Zamarłam.
Powoli odwróciłam się w stronę lustra.
„O nie…” – wyszeptałam z przerażeniem. Moja bluzka pękła z przodu. Byłam pewna, że jeśli poruszę się choć trochę bardziej, spódnica skończy tak samo. Jak mogłam wyjść do pracy półnaga? Miałam przerąbane.
Usłyszałam niski, groźny warkot. Mój oddech zamarł, gdy gwałtownie się odwróciłam. W otwartych drzwiach stał…
Zander, alfa. Wyglądał na wściekłego i nieprawdopodobnie przystojnego.
Jego przeszywające spojrzenie spoczęło na mnie, szczękę miał zaciśniętą, a nozdrza mu drżały. Jego oczy pociemniały, błądząc po mojej odsłoniętej skórze, mojej bieliźnie, moich wylewających się piersiach.
I wtedy znowu ten dźwięk.
Głęboki, gardłowy warkot, od którego przeszły mnie dreszcze.
Byłam trupem, po prostu trupem.






