languageJęzyk

Dwa

Autor: Aeliana28 mar 2026

Tobias jako pierwszy wychodzi z windy; ma dziś na sobie czarny garnitur, do którego dobrał białą koszulę i srebrny krawat. Głowę ma spuszczoną, wpatruje się w telefon. Chwyta swoją kawę z tacy, nawet na mnie nie spoglądając, i wchodzi prosto do swojego gabinetu. Z kolei Theo ma na sobie szary garnitur, a trzy górne guziki jego białej koszuli są rozpięte, odsłaniając fragment torsu. Jeszcze nigdy nie widziałam, by wyglądał tak nieskazitelnie jak Tobias, ani tym bardziej by nosił krawat. Theo zatrzymuje się, chwyta swój kubek i bierze łyk. – Dzień dobry, Imogen – mówi z mrugnięciem oka, po czym wchodzi do swojego gabinetu naprzeciwko gabinetu Tobiasa.

Nie potrafię powstrzymać rumieńca, który wykwita na moich policzkach, rozgrzewając moją twarz. Szybko odnoszę tacę z powrotem do kuchni, po czym chwytam tablet ze swojego biurka. Niepewnie staję pod drzwiami gabinetu Tobiasa, modląc się w duchu, by był dzisiaj w dobrym nastroju. Tuż przed tym, jak mam zapukać, głośno woła.

– Zamierzasz wejść, czy będziesz tam tak sterczeć przez cały dzień? – Jego chrypliwy, głęboki głos sprawia, że podskakuję, po czym otwieram drzwi na tyle szeroko, by móc szybko prześlizgnąć się do środka. Tobias siedzi za biurkiem, szybko wystukując coś palcami na laptopie. Nadal nie podniósł wzroku. Stoję tam, niezręcznie przestępując z nogi na nogę. Uważam, że pan Kane jest bardzo onieśmielający, zawsze taki formalny, taki poważny. Gdy nie odzywam się słowem, on podnosi wzrok, a jego oczy przygważdżają mnie do miejsca. Moje dłonie lekko drżą pod wpływem jego intensywnego spojrzenia. Przechyla głowę na bok, czekając, aż się odezwę, co przywraca mnie do zmysłów. Robię krok do przodu, ściskając tablet w dłoniach jak tarczę, podczas gdy sprawdzam jego harmonogram.

– O dwunastej ma pan spotkanie z panem Jacobsem. Przesłałam również gotowe propozycje na pańskie spotkanie i właśnie przesyłam e-maile otrzymane w odpowiedzi na konferencję, którą przeprowadził pan w zeszły czwartek.

– Czy to wszystko?

– Nie, proszę pana, potrzebuję jeszcze pańskiego podpisu pod zbiórką charytatywną na rzecz szpitala.

– Więc gdzie jest ten dokument?

Szybko spoglądam na swoje dłonie, zdając sobie sprawę, że zostawiłam tę jedyną wymaganą kartkę papieru na swoim biurku. W duchu uderzam się otwartą dłonią w czoło. Unoszę palec. Tobias przewraca oczami, wyraźnie zirytowany moim błędem, z otwartą dłonią czekając na dokument. – Ach, chwileczkę, proszę pana.

Słyszę, jak z irytacją wzdycha. Wyskakuję z gabinetu, przynoszę dokument, po czym wsuwam go na biurko tuż przed nim. Natychmiast składa podpis, po czym oddaje mi go, nawet na mnie nie patrząc, i momentalnie wraca do pisania na laptopie.

Nie mogę nie zauważyć, że wygląda na zmęczonego. Pod jego zazwyczaj żywymi, niebieskimi oczami widnieją cienie, a jego skóra jest nieco bledsza od jego standardowej, złocistej opalenizny. Wpatruję się w przestrzeń, całkowicie zapominając, co powinnam robić, zbyt pochłonięta podziwianiem swojego szefa. Pan Kane odchrząkuje niezręcznie, wyrywając mnie z zamyślenia. Unosi brew, przyłapując mnie na tym, jak go taksuję.

– Och, przepraszam, proszę pana – jąkam się. On kręci głową i słyszę, jak cicho chichocze. Odwracam się zawstydzona, wybiegając z gabinetu i zamykając za sobą drzwi.

Pan Kane zawsze mnie spesza. W ich obecności zawsze czuję się oszołomiona, zdarzyło mi się nawet zapomnieć o oddychaniu. Ostatnim razem, kiedy to się stało, zemdlałam. Szczerze mówiąc, nic wcześniej nie jadłam, więc z mojego mózgu i tak była już papka. Obudziłam się, widząc zatroskaną twarz Theo pochylającego się nade mną, podczas gdy Tobias po prostu gapił się na mnie, jakbym była upośledzona umysłowo. Bo tak poważnie, kto zapomina oddychać? To podobno podstawowa funkcja życiowa organizmu, a ja nawet z tym nie potrafię sobie poradzić.

To był dzień, w którym zrozumiałam, dlaczego nikt nie chce tej pracy. W ich towarzystwie niezwykle trudno jest skupić się na obowiązkach, mogą stać się czynnikiem rozpraszającym, nawet tego nie chcąc. Uważam też, że pan Kane potrafi być dość okropny. Nie sądzę, żeby zdawał sobie sprawę z tego, jak paskudne rzeczy mówi, kiedy jest wściekły. Na jego szczęście mam grubą skórę i desperacko potrzebuję tej pracy. Pilnuję też, aby za każdym razem, gdy wchodzę do jego gabinetu, mieć w dłoni tablet na wypadek, gdyby czymś rzucił. Raz widziałam, jak w ataku szału uderzył informatyka butelką z napojem. Poważnie, facet ma problemy z agresją i potrzebuje terapii albo czegoś w tym stylu. Wszyscy chodzą wokół niego na paluszkach, z wyjątkiem Theo. Informatyk już więcej nie wrócił.

Siedząc za biurkiem, śmieję się na to wspomnienie, po czym odwracam się z powrotem do komputera. Moja praca jest zaskakująco fajna i łatwa, w dodatku dobrze płatna. Niewiele tu aktywności fizycznej, chyba że policzymy odbieranie telefonów i noszenie teczek. Jedyną wymagającą rzeczą są godziny pracy. Jestem do dyspozycji dosłownie całą dobę, siedem dni w tygodniu. Jestem nie tylko ich sekretarką, ale także osobistą asystentką, nie żebym musiała robić dla nich zbyt wiele, o ile nie jest to związane z pracą. Godziny pracy bywają czasami upiorne, jak na przykład praca do wczesnych godzin porannych przed upływem ważnych terminów.

Klikając przycisk drukowania, wchodzę do pokoju z kserokopiarką, który znajduje się z boku aneksu kuchennego. Czekam na wydruk dokumentu, gdy drukarka wydaje z siebie sygnał dźwiękowy, po czym pojawia się kod błędu. Podajnik papieru jest pusty. Schylając się, otwieram drzwiczki drukarki i wyjmuję podajnik, po czym idę do szuflady, żeby wziąć papier.

Szafka jest pusta. Wychodząc, kieruję się do magazynku. Otwierając drzwi, zapalam światło i zerkam na półki. Wzdycham, gdy widzę, gdzie został umieszczony. Jakiś kretyn wpadł na pomysł, by ułożyć go na najwyższej półce. Wyciągając zza drzwi małą drabinkę, siadam na niej, zdejmuję szpilki i wspinam się na górę. Muszę stanąć na palcach, by dosięgnąć kartonu. Chwytam go opuszkami palców i zaczynam ciągnąć ku krawędzi, gdy nagle z tyłu zaskakuje mnie jego głos.

– Pomóc ci? – pyta Theo. Nagle wydaję z siebie stłumiony okrzyk i podskakuję ze strachu; zaczynam tracić równowagę. Szybko chwytając się półki koniuszkami palców, prostuję się, odzyskując balans. Serce wali mi w piersi. Gdy moje tętno się uspokaja, szybko zdaję sobie sprawę, że jakaś dłoń ściska mój tyłek. Spoglądając w dół, widzę rękę Theo, która mnie asekuruje. Czuję jego dużą dłoń mocno naciskającą na mój pośladek przez materiał spodni, z kciukiem wciśniętym między moje nogi, napierającym na moje najczulsze miejsce. Dzięki Bogu mam dziś na sobie spodnie, a nie spódnicę.

– Ach, szefie – mówię, spoglądając w dół na jego dłoń. Zdaje się zauważać, za co mnie złapał. Na jego twarz wkrada się delikatny, kpiący uśmieszek. Dotyk jego dużej dłoni przyprawia mnie o rumieniec, zalewa mnie nieznane mi dotąd uczucie. Co jest ze mną nie tak? Muszę zwalczyć chęć ściśnięcia ud, by powstrzymać to nagłe, palące pragnienie między nogami.

Kiedy czuję, jak jego dłoń przesuwa się po wewnętrznej stronie mojego uda aż do kostki, wciągam gwałtownie powietrze, a on cofa rękę. Moja skóra płonie z zażenowania tym, że czuję miętę do mojego szefa-geja. Theo zdaje się przez sekundę węszyć w powietrzu, a na jego twarz wpełza chytry uśmiech wywołany moim zakłopotaniem. Następnie Theo sięga w górę i chwyta karton, który ja z takim trudem próbowałam zdjąć.

Chwyta go jedną ręką i ściąga w dół. Szybko schodzę z drabinki i wkładam z powrotem szpilki, po czym odbieram od niego pudełko.

– Szukał pan czegoś? – pytam, czując, że jest mi gorąco i jestem roztrzęsiona, idąc z magazynu z powrotem do drukarki.

– Tak, próbowałem coś wydrukować, gdy zorientowałem się, że w drukarce zabrakło papieru – odpowiada Theo, opierając się o blat obok drukarki.

Szybko ładuję papier na tackę, po czym wsuwam ją z powrotem do drukarki. Kasuję błąd i klikam „drukuj”. Maszyna natychmiast rozpoczyna pracę, wypluwając z siebie dokumenty. Zszywam je razem i kładę na blacie. Kiedy nic więcej z niej nie wychodzi, odwracam się do Theo. – Jest pan pewien, że kliknął pan „drukuj”? – pytam, unosząc brew.

Theo zdaje się zastanawiać, zanim odpowiada. – Tak mi się wydaje.

Przewracam na niego oczami i wchodzę do jego gabinetu. Rusza za mną, staje w progu, opiera się o futrynę i obserwuje mnie.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 2: Dwa - Ich Zakazana Ludzka Sekretarka: Zdobyta przez Alfę i Wampira | StoriesNook