Z perspektywy Crystal
Rozpromieniłam się i zdmuchnęłam świeczki, gdy cała rodzina zaśpiewała dla mnie urodzinową piosenkę. Wszyscy głośno wiwatowali, a mój brat wesoło pohukiwał. Pokroiłam tort i pierwszy mały kawałek podałam mamie.
"Wszystkiego najlepszego, słoneczko. Jestem z ciebie taka duma" powiedziała, jedząc ciasto i całując mnie w czoło.
"Dziękuję, mamo" również promieniałam, a potem zabrałam kolejny mały kawałek, by nakarmić ojca. Byłam szczęściarą, mając tak kochającą i wyrozumiałą parę za rodziców.
"Zostaw wszystko mnie i ciesz się tym wieczorem z braćmi i przyjaciółmi, kochanie" poprosiła mnie mama, na co natychmiast z radością przytaknęłam.
Rodzice zorganizowali dla mnie małe przyjęcie i bardzo się z tego cieszyłam. Zawsze tak celebrowali moje urodziny. W zeszłym roku podarowali mi samochód, który uwielbiałam. Stale mnie rozpieszczali i nie miałam z tego powodu żadnych skarg. Z natury byłam przyjacielska, dlatego w wataże miałam tak wielu znajomych z każdej grupy wiekowej.
Kolejno każdy składał mi życzenia i wręczał prezenty, które dla mnie przyniósł. Byłam przytłoczona deszczem miłości i uczuć, jakim mnie obdarowywano.
"Mamy mnóstwo powodów do radości, szczeniaku. Cieszmy się naszą nocą" odezwała się radośnie w mojej głowie Luna, a ja w odpowiedzi wręcz promieniałam.
"Chodź, Crystal.... Zatańczmy" krzyknął Vincent, a ja roześmiałam się do brata, chwytając go za rękę. Wyszliśmy na środek salonu i zaczęliśmy tańczyć z naszymi pozostałymi przyjaciółmi. Mój starszy brat William był nie tylko figurą brata, ale i przyjacielem, jednak to Vincent był moim najlepszym kumplelem. Był moim bratem, ale nikt nie rozumiał mnie tak jak on. Wszyscy śmialiśmy się, tańcząc do piosenki Imagine Dragons „Bones”.
"My patience is waning… is this entertaining…. My patience is waning … is this entertaining" zaśpiewał głośno Vincent do wtóru muzyki, a my wszyscy wyliśmy z radości tuż za nim. Nie miałam pojęcia, dlaczego tak bardzo uwielbiał ten utwór, ale zdecydowanie było to zabawne... hahahahahahahahha.....
Wyszłam z tłumu, gdy poczułam pragnienie. "Crystal" – piłam właśnie zimny napój, gdy zawołała mnie mama. Spojrzałam na nią pytająco, a ona podała mi telefon.
"Theo jest na linii" powiedziała, a ja rozpromieniłam się, obnażając w uśmiechu pełen garnitur perłowych zębów. Zaśmiała się, kręcąc z rozbawieniem głową, po czym odeszła. Skierowałam się w stronę drzwi, by wyjść na zewnątrz.
Theo był moim kuzynem i przyszłym alfą watahy Uśpionego Księżyca. Obok mojego brata, był osobą, która najbardziej się o mnie troszczyła i niezwykle mocno mnie kochała.
"Theo" zaszczebiotałam radośnie, przykładając słuchawkę do ucha.
"Wszystkiego najlepszego, księżniczko" życzył mi swoim głębokim, męskim głosem. Poczułam w brzuchu to znajome burczenie, które towarzyszyło mi za każdym razem, gdy rozmawialiśmy.
Potrząsnęłam głową, by wyrwać się ze zdrożnych myśli. Był moim kuzynem, ale nie mogłam zaprzeczyć, że od dawna się w nim podkochiwałam.
"Dziękuję, Theo... ale jestem zła" rzuciłam z pretensją, wydymając wargi, jakby mógł mnie zobaczyć.
"Przepraszam, księżniczko. Naprawdę chciałem dzisiaj przyjechać. Oczywiście, że miałem w planach, ale rano zaatakowali nas samotnicy, no i wiesz, znasz procedury" powiedział i na koniec wziął głęboki oddech.
"Co? Czy... czy wszystkim nic nie jest?" natychmiast zapytałam zmartwionym tonem.
"Tak... wszyscy cali i zdrowi, a samotników zabiliśmy. Oni... mieli właśnie zaatakować małą grupę szczeniąt w pobliżu rzeki, kiedy jeden z patrolowych ich wypatrzył i..." przerwał i wciągnął głęboko powietrze.
"Z tobą wszystko w porządku?" zapytałam go, tym razem z niepokojem.
"Oczywiście, że wszystko u mnie w porządku, księżniczko. Za kogo ty mnie masz, co?" odparł lekkim tonem, a ja wzięłam głęboki oddech.
"On kłamie" odezwała się nagle Luna w mojej głowie. Było to dziwne, ale ona również była w nim zadurzona. To było bardzo nietypowe dla wilkołaka, ponieważ nasze wilki zawsze odczuwają pociąg wyłącznie do swoich przeznaczonych partnerów, a Theo był naszym kuzynem, nie partnerem.
"Theo" wymówiłam jego imię, tym razem stanowczo. Był ode mnie o cztery lata starszy, ale wiedział, że potrafię być przerażająca, jeśli tylko chcę.
"Uhhh... czy nie mogę ciut przed tobą skłamać?" zapytał sflustrowanym tonem.
"Okej... ja... dorobiłem się małego zadrapania... i to tyle" oznajmił, a ja poczułam, że moje serce ze strachu pominęło kilka uderzeń z rzędu.
"Zabiję cię, Theo Blakefieldzie. Jak śmiesz mnie okłamywać" wrzasnęłam na niego, wezbrana gniewem.
"Spokojnie, księżniczko... nie denerwuj się... naprawdę nic mi nie jest... proszę" zamknęłam oczy, by się uspokoić, gdy błagał mnie o litość.
"Cz... czy znalazłaś swojego partnera, Crystal?" zapytał nagle cichym, ostrożnym głosem. Poczułam ukłucie bólu w klatce piersiowej. Otworzyłam oczy, ale stłumiłam ten ból głęboko w sobie.
"Nie... ja... nie sądzę, by mój partner znajdował się w tej wataże" odpowiedziałam smutno. Jak mogłam mu powiedzieć, że mój przeznaczony partner odrzucił mnie w ułamku sekundy po tym, jak tylko dowiedział się o naszym połączeniu?
"Nie bądź smutna, księżniczko. Wygląda na to, że wszyscy jesteśmy pozbawieni partnerów" próbował mnie pocieszyć, żartując z nas wszystkich – braci i sióstr – a ja uśmiechnęłam się gorzko. Wciąż był bez pary, podobnie jak moi bracia.
"To wszystko wina was, facetów. Żaden z was nie potrafił znaleźć swojej partnerki i to właśnie dlatego Bogini Księżyca również nie zesłała mi mojego przeznaczonego" poskarżyłam się, próbując brzmieć na rozzłoszczoną, ale moje serce płakało.
"Przyjedź tutaj, do mojej watahy, Crystal. Naprawdę za tobą tęsknię" poprosił nagle ściszonym tonem. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam w ciemne, nocne niebo. Chciałam stąd wyjechać na jakiś czas, żeby zebrać myśli.
Za kilka dni odbywała się ceremonia alfy dla Adama i tego dnia zamierzał wziąć Rachel za swoją partnerkę i Lunę. Nie chciałam tu zostawać i na to patrzeć.
"Pozwól mi porozmawiać z mamą i tatą. Ja... jutro do ciebie zadzwonię i przekażę ich decyzję" odpowiedziałam mu spokojnie. Zesztywniałam, gdy dotarł do mnie znajomy zapach.
"Kocham cię, księżniczko" rzucił czule, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Poczułam motyle eksplodujące w brzuchu.
"Też cię kocham, Theo" odpowiedziałam mu równie czule, po czym oboje się rozłączyliśmy.
"Wow... nie wiedziałem, że w twoim życiu jest ktoś, do kogo możesz kierować te słowa w tak miłosny sposób" zadrwił ze mnie Adam, a ja prychnęłam, arogancko unosząc brew.
"To nie twój interes, Alfo" odpowiedziałam mu wyniosłym tonem, po czym ruszyłam w stronę drzwi mojego domu. Stałam w ogrodzie frontowym na naszej posesji. Nagle chwycił mnie za ramię, a ja gwałtownie je wyszarpnęłam.
"Nie dotykaj mnie bez mojej zgody, alfo. Alfa czy nie, nie masz prawa mnie dotykać bez mojego pozwolenia" ryknęłam na niego, podczas gdy w tej samej chwili Luna wściekle próbowała przejąć nade mną kontrolę.
"Pozwól mi zabić go za odrzucenie nas" zaryczała z tyłu mojej głowy, a ja wbiłam wydłużone pazury w dłonie.
Oczy Adama rozszerzyły się z szoku, ale ja nie przystanęłam, tylko wparowałam do domu. Jak śmiał mnie dotykać? Moim problemem było to, że nie tolerowałam, gdy ktokolwiek dotykał mnie bez mojego pozwolenia. Cała wataha o tym wiedziała i to szanowała.
"Wypuść mnie" zaryczała Luna w mojej głowie.
"Crystal" zatrzymałam się, gdy usłyszałam głos naszego alfy. Spuściłam wzrok i podeszłam do niego. Stał teraz przede mną przy drzwiach wejściowych do mojego domu. Nie odezwał się słowem, ale ujął moją dłoń w swoją.
"Chodź ze mną" poprosił, po czym pociągnął mnie za sobą do kuchni. Nie powstrzymywałam go, jako że czułam narastający ból głowy. Wiedział, co się ze mną dzieje i jak nad tym zapanować. Był dla mnie również ojcowską figurą i nie miałam problemu z jego dotykiem.
Wyczułam zapach mojej matki i naszej Luny w kuchni, ale żadna z nich o nic nie pytała. Cieszyłam się z tego, bo nie miałam pojęcia, co bym im teraz powiedziała. Kiedy odeszliśmy kawałek od mojego domu, chwycił mnie za ramiona. Wciąż kipiałam z wściekłości, a ze strony Luny nie było żadnej pomocy.
Zgodnie z zasadami, powinna była przejąć kontrolę tej nocy, ale nie mogła tego zrobić z powodu rozkazu alfy Adriana Hopkinsa.
"Wiem, Luno, że to twój czas, by się ujawnić, ale musisz mnie zrozumieć, kochanie. To nie jest właściwy moment na twoje wyjście. Ja... wiem, że moje rozkazy już na ciebie nie podziałają, ale proszę cię... jako ojciec, abyś dzisiejszej nocy nie wychodziła. Każdy zdoła cię wyczuć, ale dla ciebie i dla Crystal będzie lepiej, jeśli pozostaniesz w ukryciu trochę dłużej, proszę" błagał Lunę ojcowskim tonem.
"Próbował nas dotknąć" straciłam kontrolę nad Luną i przemówiła przeze mnie gniewnie.
"Kto cię dotknął?" zapytał nas natychmiast z wściekłością. Podobnie jak inni ojcowie, również był o nas, swoje córki, zaborczy i opiekuńczy. Nie miałam pojęcia, jak tak żałosne stworzenie jak Adam mogło być synem kogoś takiego, biorąc pod uwagę, że alfa Adrian był ojcem dla całej watahy.
"Twój syn" warknęła tym razem gniewnie. Podobnie jak ja, Luna również nie znosiła bycia obrażaną ani jakichkolwiek przejawów braku szacunku. Odrzucenie Adama załamało także i ją, jednak była wściekła, gdy obraził nas za bycie betą i za to, jak parzenie się z Rachel przyniesie mu szczęście.
"Myślę, że zapomniał... Porozmawiam z nim i uwierz mi... nic ci nie zrobi. Po prostu nie przejmuj dzisiaj kontroli, kochanie. Proszę... zrobisz to dla mnie, prawda?" przewróciłam oczami z tyłu głowy, ponieważ alfa Adrian doskonale wiedział, jak okiełznać Lunę zagrywając taką ojcowska kartą.
Luna miała tylko jedną słabość i była nią ojcowska miłość, jaką otrzymywała zarówno od mojego taty, jak i od alfy Adriana. Nadąsała się i z powrotem oddała mi kontrolę. Jęknęłam i lekko potrząsnęłam głową. Alfa Adrian natychmiast wziął mnie w ramiona.
"Nic ci nie jest, kochanie. Mam cię" pocieszył mnie, trzymając mocno w swoich ramionach. Czułam lekkie zawroty głowy i wyczerpanie.
"Ja... jestem zmęczona, alfo" powiedziałam do niego znużonym tonem, opierając się o jego klatkę piersiową.
"Vincent tu jest. Zabierze cię do twojego pokoju" oznajmił, a ja po prostu pokiwałam głową, zamykając oczy.
"Zabierz ją do sypialni i zostań tam z nią" usłyszałam, jak alfa Adrian instruuje Vincenta.
"Tak jest, alfo" odpowiedział mu, a potem poczułam, jak przejmuje mnie od niego z ramion.
"Mam cię, księżniczko. A teraz śpij. Poczujesz się lepiej, jak dobrze się wyśpisz" pocieszył mnie Vincent, a ja wtuliłam się w jego klatkę piersiową, pozwalając, by ogarnął mnie sen. Jutro porozmawiam z rodzicami, aby pozwolili mi udać się na kilka dni do watahy Theo. Miałam dość gównianego zachowania Adama i nie chciałam mieć z nim już więcej do czynienia.






