~ KATALEYA ~
Kiedy wpatruję się w zdjęcie, moje wspomnienia przenikają do rzeczywistości, aż czuję smak słonych łez, które kiedyś spływały mi po twarzy na usta.
Odwracam wzrok dopiero, gdy ból w klatce piersiowej staje się nie do zniesienia.
Przez całe życie byłam traktowana jak księżniczka, pod opieką mojej rodziny i naszej watahy. Nie tylko dlatego, że jestem córką Króla Likanów, ale także z powodu tego, co się wtedy wydarzyło, wtedy, gdy nasze dwie watahy się starły.
Miałam sześć lat, kiedy zostałam przez nich porwana. Wciąż pamiętam, jak mnie unoszono, a ja miałam nadzieję, że mój tatuś mnie uratuje… ale nie przyszedł i zostałam zamknięta przez potwora, który mnie zabrał; Sebastiana Escarrę, poprzedniego Alfę Watahy Fuego De Ceniza. Mężczyznę, który sprzedał duszę samemu diabłu.
Enrique, rodzony syn Sebastiana Escarry, był światłem, które chroniło mnie przed ciemnością, napełniając mnie promykiem nadziei nawet w najgorsze dni, kimś, kto przynosił mi odrobinę pocieszenia.
Jak wszystko w życiu, jego akt dobroci miał wysoką cenę. Jego własny ojciec odciął mu dłoń, słono go karząc za pomoc mnie i dając początek nienawiści wewnątrz Enrique. Przeze mnie, dlatego, że mi pomógł.
Zdołaliśmy zażegnać zagrożenie i zabić Dżina, który opętał Sebastiana Escarrę, ale to nie uśmierzyło bólu Enrique, a w nas widział jedynie tych, którzy zniszczyli mu życie i rodzinę. Nie było jednak sposobu, by oddzielić Dżina od ciała Sebastiana, a on sam zaszedł już zbyt daleko… ale w ostatecznym rozrachunku ból, jaki to sprawiło Enrique, był wyraźnie widoczny w jego oczach w dniu, w którym widziałam go po raz ostatni.
Był okres, kiedy również przestałam używać prawej ręki, chcąc cierpieć tak jak on, miałam nawet ochotę ją odciąć za karę, by poczuć to, co on czuł. Oczywiście nigdy nie potrafiłam się do tego zmusić, decydując się zamiast tego pomóc mu w sposób, który przyniósłby mu korzyść.
Poprzysięgłam sobie, że za wszelką cenę przywrócę światło do jego życia, i tak zajęłam się inżynierią bioniczną w nadziei, że uda mi się stworzyć najbardziej imponującą protezę zastępczą, która zrekompensuje mu tę, którą stracił.
Dojście do miejsca, w którym dziś jestem, wymagało lat planowania, nauki i nieudanych prób. Chciałam czegoś, co będzie się z nim transformować podczas przemiany, czegoś, co będzie wygodne i co będzie mógł nosić bez podrażniania skóry otaczającej jego przedramię.
Dwa lata temu zostałam pobłogosławiona znalezieniem mentora, który pomógł mi osiągnąć mój cel. Mężczyzny, który był najbardziej niesamowitą i najinteligentniejszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałam, mężczyzny, który miał zostać następcą mojego ojca, gdy nadejdzie czas. Z jego radą i pomocą, zdołaliśmy stworzyć dokładnie to, o czym marzyłam, powołując do życia najpotężniejszą bioniczną kończynę, o jakiej można było marzyć.
A teraz jestem tutaj, w Portoryko, tak daleko od Wielkiej Brytanii, żeby odnaleźć Enrique i wręczyć mu ten dar. Tak czy inaczej, upewnię się, że go przyjmie, nawet jeśli będzie to oznaczało, że nie będzie chciał mnie już więcej widzieć.
Znajdę cię, Enrique.
Wkrótce.
I zapalę pochodnię światła w ciemności, która – wiem to – rzuciła cień na twoje życie.
~~~~~
Minęły dwa dni, ale nie znaleźliśmy żadnych nowych tropów. Plotka głosi, że Alfa Enrique rządzi całą wyspą, a nawet sprawuje kontrolę nad mniejszymi watahami na jej obszarze. Jakkolwiek by nie było, zlokalizowanie bazy Watahy Fuego De Ceniza okazało się niemal niemożliwe.
Ale nie zamierzam się poddawać. Spoglądam na dwóch mężczyzn, którzy stoją oparci o ścianę, śmiejąc się podczas rozmowy o czymś, czego nie potrafię wyłapać. Podchodząc do nich, uśmiecham się uprzejmie.
– Przepraszam, szukam kogoś, zastanawiałam się, czy moglibyście-
– Cześć, Mami… – mówi jeden z nich, a obaj taksują mnie wzrokiem, przez co nagle czuję się wyjątkowo obnażona. – Chcesz dołączyć do nas na drinka?
– Nie, dziękuję. Ja tylko-
– Mówiłaś? – drugi przerywa mi, pochylając się do przodu, niemal wpatrując się we mnie z pożądaniem, a ja cofam się, czując niechęć. Nawet nie próbują ukryć swojego drapieżnego spojrzenia.
– Nic – mówię nieco cichszym głosem, odwracając się i odchodząc.
– Na pewno nie chcesz do nas dołączyć? Zapewnimy takiej lali jak ty całkiem niezły wieczór. Nie jesteś zainteresowana?!
Ignorując ich, skręcam za róg, próbując uspokoić bicie serca.
Uspokój się… robienie czegoś pochopnego mi nie pomoże; poza tym nie potrzebuję, żeby ktokolwiek zwrócił na mnie uwagę, gdybym użyła swoich umiejętności.
Wydychając, a potem wdychając powietrze, biorę kilka uspokajających oddechów, po czym zamieram, gdy do mojego nosa dobiega pyszny zapach czegoś pieczonego.
Deser!
Patrzę przed siebie, dostrzegając małą, otwartą z przodu kawiarnię na rogu, i uśmiecham się.
Ooo
Och, myślę, że zasługuję na przerwę! Cały dzień byłam na nogach i chyba przydałoby mi się coś słodkiego! Śpieszę w stronę lokalu i popycham drzwi, gotowa zanurzyć się w tym skrawku nieba…
~
– Gracias. – Dziękuję kobiecie po hiszpańsku z uśmiechem, podziwiając wachlarz smakołyków.
Odwzajemnia uśmiech. – Smacznego, ach, nie co dzień gości u mnie tak urocza młoda dama – odpowiada po hiszpańsku.
Język ten opanowałam biegle i to w nim radzę sobie najlepiej po angielsku.
Zabieram się za moje smakołyki, delektując się kęsem jednego z ciastek z gujawą, oblizuję wargi i wpatruję się w ulicę na zewnątrz.
Wszyscy są tacy gościnni, ale gdy tylko pytam kogoś o lokalizację watahy, nikt nie ma ochoty się tą informacją podzielić. Prawie tak, jakby do jej uzyskania potrzebne było specjalne zaproszenie albo jakaś przepustka.
Wzdycham cicho, pijąc moje coquito, pyszny kremowy napój kokosowy, po czym wzdycham ponownie.
Jak mam cię znaleźć?
Nawet nie wiem, co mu powiem, ale…
Obraz jego twarzy, który miała Valentina, wypełnia mój umysł i chociaż nie jest wyraźny, wiem, że to przystojny mężczyzna.
– Wszystko w porządku, moja droga? Westchnęłaś więcej razy, niż mogłabym zliczyć. – odzywa się kobieta, która jest właścicielką małego sklepiku.
– Przepraszam, że pani tym przeszkadzam.
– Och, nic nie szkodzi! O co chodzi? Podziel się.
– Próbuję kogoś znaleźć… tylko nie wiem, jak do niego dotrzeć. – odpowiadam jej z wahaniem.
– Och, czyżby to był kochanek?
Rumienię się, ale zanim zdążę odpowiedzieć, ona macha ręką. – Nic więcej nie mów! Masz jakieś nazwisko? Wiem, gdzie wszyscy mieszkają! Nic mi nie umknie!
Prawdopodobnie tak jest, ale kiedy wypowiem jego imię, na pewno mi nie powie.
– Szukam Alfy Enrique z Watahy Fuego De Ceniza – mówię cicho.
Jej uśmiech rzednie, po czym opiera ręce na biodrach i wzdycha. – Ach, teraz rozumiem twój dylemat. Przykro mi, ale nie mogę powiedzieć.
– W porządku – mówię, ukrywając rozczarowanie. Nie spodziewałam się niczego innego. – Tak też myślałam. Mimo wszystko dziękuję. Doceniam to.
Poklepuje mnie po ramieniu i odchodzi, żeby posprzątać stolik, a ja spuszczam wzrok na wybór deserów na stole przede mną. Nawet jedzenie nie sprawia mi w tej chwili radości.
Biorę jeszcze kilka kęsów i już mam wstawać, kiedy kobieta przechodzi obok, kładąc coś na stole, ale nie zatrzymuje się ani nic nie mówi.
Mam już do niej zawołać, gdy pauzuję, zerkając na jej plecy, a następnie z wahaniem podnoszę mały, kwadratowy kawałek papieru. Chociaż chcę sprawdzić, co to jest, nie chcę ryzykować robienia tego tutaj. Zostawiam napiwek i wychodzę. Będąc na zewnątrz, otwieram papier i czytam notatkę, napisaną wyraźnie po hiszpańsku.
„Nie mogę ci powiedzieć, gdzie mieszka, ale często można go spotkać w Klubie Jewels. Powodzenia.”
Klub Jewels! W końcu jakiś trop.
Dziękuję! – myślę, wpatrując się przez okno lokalu; jest zajęta czyszczeniem stolika, a ja obiecuję sobie, że podziękuję jej porządnie, gdy zobaczę ją następnym razem.
Moje serce bije szybciej z ekscytacji i postanawiam wkrótce wrócić do mieszkania, by przygotować się do wyjścia do klubu tego wieczoru. Ale najpierw muszę dowiedzieć się, gdzie dokładnie znajduje się ten klub.
Cóż, Kat, raz kozie śmierć. Może, tylko może, zobaczę go dzisiejszego wieczoru. Mój żołądek wykonuje salto na tę myśl, a ja przykładam dłoń do piersi, próbując uspokoić to nieustanne walenie.
Enrique… Czy mnie rozpoznasz?






