~ ENRIQUE ~
– I oczekujecie, że uwierzę, iż jedna kobieta załatwiła waszą całą siódemkę? – pytam z chłodem, rzucając gniewne spojrzenie na idiotów przede mną.
– Tak, Alfo, nawet nie wiemy, dlaczego to zrobiła... Najpierw próbowała mnie uwieść, a kiedy odmówiłem… cóż, zaczęła wariować. – mówi idiota numer jeden.
Patrzę w dół na wciąż nieprzytomną kobietę, leżącą na kanapie w moim biurze, z moją marynarką zarzuconą na tyłek. Nie wiem, dlaczego ma na sobie tak wyzywającą sukienkę. Oczywistym jest, że żaden z tych dupków nie mógł od niej oderwać wzroku, co przyprawia mnie o irytację.
– Dlaczego mam wrażenie, że cała ta historyjka to kłamstwo? – pytam jadowicie. Ci ludzie pochodzą ze Stada, nad którym przejąłem kontrolę jako ostatnim, i nie ufam tym łajdakom.
– Alfo, nie ma problemu. Po prostu ją wypuść. – dodaje idiota numer dwa.
– Dlaczego? Masz coś do ukrycia? – pytam, odwracając się i zerkając z chłodem na mężczyznę, który przed chwilą przemówił. Dumnie prezentuje zakrwawiony nos, a ja nie jestem głupcem… poza tym żaden z nich nie odważył się odpowiedzieć na moje pytanie.
– Nie! Nie, Alfo, absolutnie! – odpowiadają chórem.
– Powiedzcie mi… – zaczynam, podchodząc do nich z jedną dłonią w kieszeni, a moja aura wiruje wokół mnie niczym śmiercionośna trucizna, gotowa pochłonąć wszystko, czego dotknie. – Skoro próbowała was uwieść… to dlaczego to ty stoisz tu z zakrwawionym nosem?
Moje słowa zawisają w powietrzu, ociekając morderczym jadem, a oni wyraźnie bledną. Wszyscy są ranni, ale tym, co mnie intryguje, jest ten, który ma zadrapania wzdłuż barku i ramienia, które się nie goją, a on próbuje to ukryć. Wszystko z nim w porządku? Dlaczego rany się nie goją?
– Alfo, proszę, zrozum, że my-
– Wynoście się. Ale jeśli dowiem się, że którykolwiek z was próbował ją napaść… wyciągnę z tego konsekwencje. – Mój głos jest niski, ale moja otwarta groźba wybrzmiewa dobitnie.
Żaden z nich nie ośmiela mi się sprzeciwić, gdy wychodzą, a ich twarze wryły mi się w pamięć. Kiedy tylko rozlega się kliknięcie zamykających się drzwi, podchodzę do piękności, która śpi głęboko na kanapie. Wygląda jak lalka, nikogo nie winię za to, że chciałby się nią pobawić… ale…
Jej rzęsy pieszczą jej skórę, jej policzki są zarumienione, a wydęte wargi są tylko odrobinę rozchylone, co sprawia, że mam ochotę przejechać po nich palcem.
Marszczę brwi, kucając i zmuszając jej usta do otwarcia, po czym obwąchuję jej oddech.
Czuć w nim lekką nutę alkoholu, a także…
W moich oczach pojawia się gniewny błysk, a ja zerkam na Jose, który stoi pod drzwiami.
– Wrzuć całą bandę do paki. Odurzyli ją. – warczę z jadem, podnosząc się, po czym przesuwam marynarkę w dół i przyglądam się niewielkiemu rozdarciu materiału na jej sukience, tuż pod jej piersiami.
Moje przypuszczenia były słuszne… oni naprawdę próbowali ją napaść.
– Jesteś tego pewien? – pyta Jose, ale gdy tylko na niego spoglądam, wykonuje rozkaz, natychmiast opuszczając pomieszczenie.
Słyszałem całe to zamieszanie, kiedy wychodziliśmy z klubu, i wyczułem ten przypływ olbrzymiej mocy, dlatego musiałem to sprawdzić… i ta dziwna różowa poświata…
Kim ona jest?
Co tutaj robi?
Pytania mnożą się w moim umyśle, ale wciąż nie potrafię powstrzymać uczucia niepokoju i gniewu, kiedy przypominam sobie, że jest Brytyjką.
To miejsce, z którym nie chcę mieć nic wspólnego… miejsce, które przywołuje te wspomnienia, których nienawidzę…
– Właśnie to mnie niepokoi. Jesteśmy teraz tak wielkim stadem, a przez to kręci się w nim mnóstwo palantów.
Prycham z pogardą. – Zgadza się, po to, żebyśmy mieli na nich oko. Gdyby zostali w watahach, w których byli, pod okiem tego hijo de puta jako swojego Alfy, uchodziłyby im na sucho znacznie gorsze rzeczy. Dopilnuję, by zaprowadzono tu porządek. Nikomu nic takiego nie ujdzie płazem. Nie na mojej, kurwa, zmianie.
– To prawda… Trzeba było się tym zająć. Szkoda tylko, że kręcą się po naszym terytorium, robiąc takie rzeczy niewinnym kobietom. Więc co mamy z nią zrobić? – pyta Carlos, wzdychając ciężko.
– Umieśćcie ją w pokoju, zwiążcie ją i wystawcie wartę. Niezależnie od tego, czy to ona sprowokowała całą tę sytuację, to nadal przebywa na wyspie, na której nie powinno jej być. Było coś na miejscu zdarzenia? Telefon? Dowód tożsamości?
– Nie, Alfo. Nic – odpowiada, spuszczając głowę.
Marszczę brwi; jestem pewien, że w klubie miała przy sobie torebkę. – Dobrze szukaliście? – pytam, zerkając na niego.
Kiwa głową. – Tak.
Wypuszczam powietrze z płuc, a moje oczy są zimne, gdy znów na nią patrzę. Jej piaskowoblond loki rozrzucone wokół niej… moje serce ściska się na wspomnienie młodej dziewczyny, która kiedyś wkroczyła w moje życie… takiej, z którą wolałbym nigdy nie krzyżować ścieżek…
Otacza mnie ogień, a krzyki wypełniają mój umysł, zmuszając do odwrócenia się od niej.
– Wszystko w porządku? – pyta cicho Carlos.
Kiwam zdawkowo głową i już mam zamiar wyjść z gabinetu, gdy nagle ona się porusza. Z jej ust wydobywa się ciche kwilenie, co sprawia, że sztywnieję. Dlaczego to brzmi tak… seksownie? Carlos zerka na mnie, a ja marszczę brwi.
– Wrzućcie tych skurwieli do lochu – warczę, akurat w chwili gdy uderza we mnie zapach jej podniecenia.
Narkotyki mogły potrzebować trochę czasu, by zacząć działać, ale została nimi silnie nafaszerowana – bez wątpienia za pomocą Wilczego Deszczu, potężnej wilkołaczej wersji afrodyzjaku, która stała się niezwykle popularna w ciągu kilku ostatnich lat. Takiej, której efekt utrzymywał się o wiele dłużej niż po standardowym środku.
Sam zaniosę ją do pokoju, zanim ktoś spróbuje z nią jakichś sztuczek. Schylając się, biorę ją na ręce, a ona natychmiast jęczy, ciasno oplatając mnie ramionami za szyję.
Zaciskam zęby, odwracam się i opuszczam biuro, niosąc ją korytarzem; zatrzymuję się, zastanawiając, gdzie ją umieścić, po czym decyduję, że zabiorę ją na górę. Im mniej osób będzie kręcić się wokół niej na tamtym piętrze, tym lepiej dla niej i dla nas.
Kolejny jęk wydostaje się z jej ust, gdy ona przeciąga dłonią w dół mojej szyi, a potem wsuwa palce w moje włosy.
– Mm… rique… – Nie potrafię rozszyfrować, co próbuje powiedzieć i nie jestem pewien, dlaczego miałem wrażenie, że to moje imię, ale jej głos to uosobienie seksapilu, stworzony do jęczenia w ferworze grzechu.
Otwierając drzwi do jednego z wielu pustych pokoi na najwyższym piętrze siedziby watahy, zanoszę ją do łóżka, powoli układając.
– Nie... – szepcze i nagle ciągnie mnie w dół, a ja spadam prosto na nią, z kolanem wciśniętym między jej grube uda, i zamieram, zdając sobie sprawę, że moja twarz spoczywa wtulona między jej obfite, miękkie piersi…






