languageJęzyk

Rozdział 4

Autor: Penelope Astley22 kwi 2026

(6 lat później)

(Z perspektywy Serafiny)

Minęło już sześć lat od tego brzemiennego w skutki dnia, w którym zmarła Gwendolyn.

Chciałabym móc powiedzieć, że życie toczy się dalej i że znaleźliśmy dobro w tym, co złe... ale w większości przypadków to po prostu nieprawda. Gwendolyn wciąż jest dziś tak samo częścią tej watahy, jak była przed śmiercią. A żal odczuwany w stadzie jest równie dotkliwy i pełen gniewu, co pierwszego dnia.

Jeśli cokolwiek się zmieniło, to to, że — zamiast znajdować się w centrum wydarzeń — Gwendolyn żyje teraz niczym cień unoszący się nad wszystkim. Obecnie jej imieniem i pseudonimem nazwano kilka ulic — Aleja Gwendolyn i Ulica Gwen; lokalne kawiarnie sprzedają kilka drinków zadedykowanych właśnie jej; a w różnych miejscach watahy można dosłownie znaleźć w szklanych gablotach niektóre z jej ulubionych strojów.

Co jeszcze bardziej absurdalne, dzień jej śmierci został przekształcony w święto watahy, podobnie zresztą jak jej urodziny. Wszyscy z wyjątkiem stadowych omeg mają w oba te dni wolne od pracy, szkoły i treningów, a dla upamiętnienia obu okazji planowane są ponure obchody i wspominki.

Raz popełniłam błąd, pytając moich rodziców, czy to normalna reakcja na śmierć jednej wilczycy. Możemy ją kochać i za nią tęsknić, ale czy musimy kontynuować organizowanie wielkich ceremonii każdego roku? I traktować ją jak świętą, zapominając, że miała też swoją ludzką stronę? Wydawało mi się to sporą przesadą. O ile mi wiadomo, wataha nigdy nie robiła tego dla żadnej innej luny ani przyszłej luny, a w ten sposób honoruje tylko 2-3 historycznych alf.

Zostałam nagrodzona za moje pytania nazwaniem mnie zazdrosną i zawistną. (Otrzymałam również potężne lanie, ale bicie stało się powszechnością ze strony mojej matki, więc nie mogę powiedzieć, że to koniecznie moje pytanie wywołało uderzenia, które otrzymałam tamtego dnia. Co więcej, to bicie bolało o wiele mniej niż to, co otrzymywałam, zanim Gwendolyn zmarła. Gdyby nie niewielki ból i to, kto mnie bił, prawie by mi to nie przeszkadzało.)

Ogólnie rzecz biorąc, myślę, że najgorszą częścią utraty Gwendolyn sześć lat temu nie była sama utrata Gwendolyn... tylko to, jak strata Gwendolyn wpłynęła na moje relacje z rodzicami i resztą watahy.

Zanim Gwendolyn zmarła, doskonale zdawałam sobie sprawę, że była faworytką moich rodziców. Mój starszy brat Nathaniel i ja nawet żartowaliśmy z tego od czasu do czasu. Ale chociaż Gwendolyn była ich ulubienicą, wciąż traktowali mnie naprawdę dobrze i kochali mnie. Przed śmiercią Gwendolyn nigdy by na mnie ręki nie podnieśli.

Jednak po śmierci Gwendolyn moi rodzice ledwo mogli na mnie patrzeć. A kiedy to robili, widziałam w ich oczach niezaprzeczalne życzenie, aby to mnie, a nie Gwendolyn, zabrała tamta fatalna noc.

Ponadto moi rodzice całkowicie przestali przejmować się moim dobrem. Mieszkałam w ich domu do 17 roku życia, ale to ja byłam odpowiedzialna za swoje własne posiłki i podstawowe potrzeby. Zmuszona zostałam do podjęcia pracy na pół etatu w pobliskiej knajpie, żeby tylko mieć zapewnione ubrania i jedzenie do zjedzenia. (Teoretycznie mogłabym jeść jedzenie, które było dostępne w domu watahy, ale brudne spojrzenia i złośliwe komentarze rzucane przez moich rodziców, Sebastiana i innych członków stada były wystarczające, by uczynić z tego nierealną opcję).

Dla jasności, gdyby ktoś się zastanawiał: od czasu śmierci Gwendolyn ani razu nie obchodziłam urodzin. Ani jedna dusza, poza Nyx, nie pofatygowała się, by życzyć mi wszystkiego najlepszego. Nikt nawet nie pofatygował się, by zapytać, czy poznałam swojego wilka. Nie dlatego, że urodziny przestały być ważne; to po prostu znaczenie moich urodzin uległo zmianie.

Uczestniczyłam w wielu przyjęciach urodzinowych, a wataha gościła wiele celebracji 14. urodzin. Prawdę mówiąc, myślę, że to właśnie przez jedną z tych urodzinowych uroczystości ktoś w końcu zaczął kwestionować, czy mam wilka. Było to zasadne pytanie, biorąc pod uwagę, że miałam ponad 14 lat i nigdy nie dołączyłam do biegu watahy. Nyx na wczesnym etapie zachęciła mnie do pomijania ich "ze względów bezpieczeństwa", a ja aż nazbyt chętnie na to przystałam.

Gdyby ktoś zadał sobie trud, żeby zapytać mnie wprost o mojego wilka lub o to, dlaczego opuszczam biegi watahy, byłabym szczera... ale nikt nigdy tego nie zrobił. Zamiast tego rozeszła się plotka, że nie mam wilka. Członkowie watahy spekulowali, że straciłam swojego wilka w wyniku stresu pourazowego po stracie Gwendolyn i/lub poczucia winy za to, co jej zrobiłam.

Ta ostatnia teoria naprawdę zalazła mi za skórę, bo wiedziałam, że była to plotka i teoria rozsiewana przez Sebastiana. Krótko po pogrzebie Gwendolyn, powiedział moim rodzicom i większości watahy, że tamtej nocy Gwendolyn poszła do lasu tylko po to, by mnie ratować. Powiedział również, że wymknęłam się, by spotkać się z chłopakiem. Nie mam pojęcia, dlaczego miałby opowiadać takie rzeczy; nigdy nie miałam chłopaka, to Gwendolyn poprosiła mnie o spotkanie w lesie.

Ta plotka była głównym powodem, dla którego otrzymałam od matki lanie w noc mojej pierwszej przemiany. Prawdopodobnie pogłębiło to również fakt, że członkowie watahy czują się uprawnieni do życzenia mi śmierci.

Co warte podkreślenia, nigdy nie ośmieliłam się bronić. Powiedzenie prawdy byłoby równoznaczne z negatywnym wypowiadaniem się zarówno o Gwendolyn, jak i o naszym przyszłym alfie... a to prawdopodobnie skutkowałoby wyrokiem śmierci.

Więc zamiast tego po prostu parłam przed siebie. Jednym ze sposobów na przetrwanie było dla mnie trzymanie się wiary, że pewnego dnia wszystko się zmieni. Inną rzeczą, którą robiłam, było korzystanie z absolutnie każdej okazji, by opuścić watahę.

Na przykład pospieszyłam się z nauką w liceum, żeby móc wcześniej je ukończyć, a potem wyjechałam do college'u. Żeby unikać przyjazdów do domu, obciążyłam się nadmierną ilością punktów ECTS i zapisuję się na każdy możliwy semestr - wliczając w to zimowe mini semestry - jaki tylko się da. Korzystam również z unikalnego, przyspieszonego programu stworzonego specjalnie dla wilkołaczych lekarzy. Biorąc pod uwagę to wszystko, naprawdę spodziewam się, że w ciągu zaledwie kilku lat zostanę w pełni licencjonowanym lekarzem wilkołaków.

Zanim stanę się w pełni licencjonowana i niezależna, będę musiała wciąż dźwigać cień mojej siostry i wiążący się z nim ból. Wymaga się ode mnie obecności na obu poświęconych jej świętach — tak jak i od wszystkich członków watahy, od tej zasady nie ma wyjątków — ale całe szczęście to jedne z nielicznych chwil, kiedy obecnie z całą pewnością można mnie zastać w Wadasze Zachodniej Góry.

Moim ostatecznym celem jest spotkanie mojego partnera i zostanie lekarzem w jego wadasze... o której modlę się do Bogini Księżyca, by nie była Watahą Zachodniej Góry. Jeżeli, broń Bogini, mój partner jest z tej watahy, być może uda mi się przekonać go, by przeniósł się ze mną gdzie indziej.

Jeśli Bogini pozwoli.

Jutro są moje urodziny. Domyślam się, że wtedy się dowiemy.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki