(Z perspektywy Sebastiana)
Jutro minie sześć lat od śmierci Gwendolyn. Wszystko i nic się nie zmieniło.
Wciąż myślę o Gwendolyn każdego pojedynczego dnia. O jej pięknym uśmiechu. Jej śmiechu. Dobroci, jaką okazywała członkom watahy. O pasji, jaką wykazywała podczas szkolenia na lunę.
Gwendolyn byłaby niesamowitą i silną luną. Gdyby Gwendolyn żyła, bylibyśmy już szczęśliwym małżeństwem. Prawdopodobnie mielibyśmy już co najmniej dwójkę uroczych szczeniąt, które byłyby rozpieszczane przez dwie kochające pary dziadków. Razem, Gwendolyn i ja, poprowadzilibyśmy Watahę Obsydianowej Grani na nowe szczyty.
Oczywiście, Gwendolyn już tu nie ma. A bez Gwendolyn... Cóż, bez Gwendolyn jestem zaledwie ułamkiem człowieka, którym kiedyś byłem, i ułamkiem wilka.
Bez Gwendolyn nie jestem jeszcze nawet Alfą.
W naszym świecie większość dziedziców alfy przejmuje władzę po ojcach w wieku od 25 do 30 lat. Taki czas gwarantuje, że większość alf zdąży już znaleźć swoje partnerki, zanim zajmą się prowadzeniem watahy. Prowadzenie stada nie jest łatwe, gdy robi się to w pojedynkę. Nawet przy wsparciu silnego bety i potężnego gammy, znaczenie luny dla watahy nie może być niedoceniane.
Luna wnosi serce i równowagę w watahę, a także w samego alfę. Jest równa alfie i jako jedna z niewielu wilkołaków w stadzie może pozwolić sobie na podważanie i kwestionowanie jego decyzji bez konsekwencji. Jeśli właściwie i rozsądnie wywiązuje się ze swojej roli, jej obecność może prowadzić do lepszych ogólnych wyników, decyzji i zarządzania. Jest to szczególnie prawdziwe, gdy luna jest przeznaczoną partnerką alfy, co oznacza, że przyjmuje swoją rolę z błogosławieństwem Bogini Księżyca.
Dziedzice alfy, którzy przejmują watahy przed ukończeniem 25 lat, zazwyczaj robią to albo z konieczności, albo dlatego, że mieli szczęście i bardzo wcześnie związali się z silną luną.
Sześć lat temu, kiedy Gwendolyn jeszcze żyła, mój ojciec wierzył, że będziemy zaliczać się do tej drugiej, szczęśliwej kategorii. Bardzo chciał przejść na wcześniejszą emeryturę. Wraz z moją matką fantazjowali o wycieczkach po Europie i rejsach po Karaibach, w które udaliby się, gdy tylko zostanę zaprzysiężony na alfę, a co więcej, mieli już wstępne plany dotyczące co najmniej jednej z tych podróży. Oczywiście wszystkie te plany ostatecznie legły w gruzach.
Dziś jestem wystarczająco dorosły, by przejąć stanowisko alfy, nawet bez luny u mego boku... ale ojciec obawia się, że psychicznie nie jestem jeszcze na to gotów. Widzi mnie jako człowieka załamanego.
Mój ojciec ma pewnie rację.
Trochę trudno nie czuć się załamanym. Rzeczy przypominające o Gwendolyn są wszędzie. Nawet po sześciu długich latach czuję, że nie potrafię uciec od tych przypomnień ani od mojego żalu, a to jest wręcz duszące. Dom watahy praktycznie zamienił się w jej mini-muzeum i prawie każdy lokalny biznes ma na jej cześć drobną dedykację, czy to w formie konkretnego napoju, jedzenia, zdjęcia, czy też całej półki z przedmiotami inspirowanymi Gwendolyn.
Co gorsza, dwa razy do roku urządzamy cykl ceremonii i wspominek na cześć Gwendolyn. Oczekuje się ode mnie, jako partnera Gwendolyn i przyszłego dziedzica alfy, że będę uczestniczył w każdym z nich.
Chcę tam być. Wiem, że powinienem tam być. Ale…
To są kompletne i absolutne tortury. Każdy dzień bez Gwendolyn jest trudny, ale dni jej urodzin i rocznice śmierci zawsze uderzają we mnie najmocniej. W te dwa dni pragnę tylko jednego, bardziej niż czegokolwiek innego: być całkowicie sam, by móc przepracować swój żal.
Jest taki wodospad, do którego lubię chodzić. Gdybym mógł, w oba te dni spędzałbym tam całe dnie. Wodospad nie jest jakoś wyjątkowo ukryty, ale żeby go znaleźć, trzeba wejść dość głęboko w las i wiedzieć, dokąd zmierzać. O ile mi wiadomo, jestem jedynym w naszej wadasze, kto tam w ogóle zagląda. Pobyt przy wodospadzie przynosi mi ukojenie; zawsze tak było. To właśnie tam chcę być, kiedy odczuwam smutek lub zdenerwowanie.
Niestety, zamiast spędzać czas w komforcie przy wodospadzie, dwa najtrudniejsze dni w roku muszę spędzać publicznie, z niemal 20 tysiącami par oczu obserwującymi każdy mój ruch i reakcję. Zamiast po prostu... pogrążyć się w żałobie... muszę uważać na to, jak każdy przejaw emocji może wpłynąć na członków watahy i w jaki sposób może zostać przez nich odebrany. Kiedy słucham, jak członkowie stada, rodzice Gwendolyn oraz moi właśni rodzice na zmianę opowiadają historie o Gwendolyn i jej dobrych uczynkach, oczekuje się ode mnie znalezienia jakiegoś niemożliwego wręcz balansu między smutkiem a siłą.
Na każdym z tych wydarzeń, rok po roku, wspominania brzmią w większości tak samo. Na tym etapie znam te przemowy niemal na pamięć. Przemówienia zazwyczaj obejmują opowieści o tym, jak to Gwendolyn piekła ciasteczka i posyłała swoją siostrę, by zanosiła je strażnikom pracującym na nocnej zmianie na granicach. Oraz historie o tym, że gdy tylko ktoś doznał obrażeń podczas treningu lub walki, Gwendolyn nie tylko kazała siostrze dostarczać kosze z prezentami pacjentom w szpitalu, ale też przygotowywała po jednym dla każdego z członków ich rodzin, którzy byli z nimi rozłączeni na czas powrotu do zdrowia. Moi rodzice mówią o tym, z jakim zapałem Gwendolyn przygotowywała się do objęcia posady luny i z jakim oddaniem podchodziła do swojego szkolenia, odrabiając lekcje przez wiele godzin w domu kilka razy w tygodniu. Rodzice Gwendolyn opowiadają o dawnych marzeniach dla swojej córki i o pustce, którą nadal czują w sercach. Nathaniel opowiada o tym, jak rodzinne uroczystości nigdy nie są takie same bez Gwendolyn, a Juliette wzdycha, żałując, że wciąż nie ma szwagierki, z którą mogłaby zacieśniać więzi i prowadzić babskie pogaduchy.
Jedynym błogosławieństwem jest to, że — jako pogrążony w żałobie partner — nikt nie oczekuje, bym cokolwiek na tych imprezach mówił. Nie chroni mnie to jednak od bycia obserwowanym i osądzanym.
Jeśli pokażę zbyt wiele smutku, członkowie watahy zaczynają się obawiać, że jestem słaby i w przyszłości nie zdołam zostać przywódcą stada. Jeśli z kolei zbytnio uosabiam powściągliwość lub okazuję zbyt dużo "siły", członkowie watahy mogą uznać to za brak szacunku dla pamięci Gwendolyn. Martwią się również, że w moim panowaniu jako alfy zabraknie równowagi i współczucia.... o czym od czasu do czasu zdarza mi się słyszeć szepty.
Czasami wpadam przez to w gniew. Nigdy, przenigdy nie oczekiwałbym od nikogo, kto stracił przeznaczonego partnera, żeby wielokrotnie stawał na scenie i był osądzany z tego, czy jego zewnętrzny żal jest odpowiedni. A moi rodzice nie mają problemu, żeby mi to fundować.
Raz spróbowałem się temu sprzeciwić, ale tylko raz. Jak łatwo się domyślić, nie poszło dobrze. Zacząłem rozmowę od powiedzenia rodzicom, że nie sądzę, by przebywanie w otoczeniu nieustannych przypomnień o Gwendolyn było dla mnie zdrowe, i stwierdziłem, że moim zdaniem ciągłe wspominki szkodzą mojemu zdrowiu psychicznemu. Zasugerowałem, żebyśmy zredukowali te uroczystości albo zamienili je na wydarzenia w węższym gronie.
Mój ojciec się wściekł i oskarżył mnie o egoizm. Powiedział, że poczucie dyskomfortu i radzenie sobie z presją oceniającego stada jest wpisane w rolę alfy. W międzyczasie matka przypomniała mi, że ceremonia była pomysłem rodziców Gwendolyn i zapytała, czy chciałbym być tym, który im powie, że celebrowanie życia Gwendolyn nie jest już ważne.
Nie, naturalnie nie chciałem mówić czegoś takiego rodzicom Gwendolyn. Nie, nie chciałem być egoistą. Ja tylko chciałem -- i nadal chcę -- nie czuć się cały czas tak okropnie smutny.
Sześć lat z rzędu jedyną ulgą, jakiej doznaję w moim smutku, jest moment, gdy Mały Bachor kręci się w pobliżu. Ostatnio rzadko można ją było spotkać, ale kiedy tu jest, mój wilk i ja potrafimy wyczuć ją z odległości mili. Mój wilk i ja wciąż walczymy o nią - z jakiegoś powodu Silas zdaje się mieć słabość do Małego Bachora - ale jesteśmy zgodni, że miło, że tu jest. Dla mnie dlatego, że stanowi godny cel dla mojego gniewu i wściekłości.






