(Perspektywa Seraphiny)
Wracam do watahy około 21:00, w przeddzień szóstej rocznicy śmierci Gwendolyn. Kiedy podjeżdżam do bram granicznych, każą mi zaparkować i wysiąść z samochodu.
Trzej strażnicy przy bramie — Caspian, Jasper i Asher — pytają mnie o nazwisko, przez co przewracam oczami. Chodziłam z całą ich trójką do szkoły. Siedziałam obok Ashera na każdej lekcji matematyki od siódmej do dziesiątej klasy. Caspian i ja byliśmy partnerami w laboratorium na chemii w dziesiątej klasie. A wieloletnia dziewczyna Jaspera, która teraz jest jego przeznaczoną, Lysandra, była jedną z moich bardzo dobrych przyjaciółek, zanim to wszystko się wydarzyło.
Przyznaję, że wyglądam inaczej niż kiedyś, ale nie aż TAK inaczej. Mój nastoletni trądzik zniknął; jestem trochę wyższa i szczuplejsza; moje włosy są dłuższe; w końcu urosły mi piersi; i nie zaprzątam już sobie głowy noszeniem okularów. (Odkąd przestałyśmy mieszkać w tej watasze na stałe, Nyx stała się nieco bardziej pobłażliwa w kwestii tego konkretnego środka ostrożności. Chociaż nadal nie pozwala mi się tutaj przemieniać).
Z wyjątkiem braku okularów, większość zmian w moim wyglądzie zachodziła stopniowo z biegiem czasu. Jeśli ktoś mnie nie rozpoznaje, to dlatego, że minęło bardzo dużo czasu, od kiedy ktokolwiek naprawdę na mnie spojrzał.
Z drugiej strony, nie wiem, dlaczego w ogóle jestem zaskoczona. O ile nie chodziło o to, by mi dokuczać lub mnie dręczyć, większość ludzi w tej watasze nie zadawała sobie trudu, by zwracać na mnie większą uwagę, odkąd Gwendolyn zmarła.
W pewnym sensie powinnam być chyba wdzięczna, że ci trzej strażnicy mnie nie rozpoznają. W czasach szkolnych należeli do moich największych dręczycieli. Jestem prawie pewna, że — podobnie jak wielu innych w watasze — wierzyli, iż złe traktowanie mnie to sposób na zyskanie przychylności ich przyszłego alfy.
Przez ułamek sekundy — gdy przypominam sobie niektóre z upokorzeń, jakich od nich doświadczyłam — myślę o tym, by wykorzystać ich niewiedzę i podać fałszywe nazwisko. Z pewnością ułatwiłoby mi to życie.
Niestety, pomimo tego, co ludzie o mnie mówią, nie jestem kłamcą. Biorąc głęboki wdech, odpowiadam szczerze: "Seraphina Vance".
"Seraphina Vance? Czy to nie imię dzieciaka Bety?" pyta Caspian.
Otwieram usta, by mu odpowiedzieć, ale powstrzymuję się, gdy dociera do mnie, że Caspian nie mówi do mnie; mówi do Ashera.
"Chyba tak. Ale to na pewno nie ona. Lepiej poproś o jej dowód tożsamości" – odpowiada Asher.
"Ta, w ogóle nie wygląda jak dzieciak Bety. Słyszałem, że Bogini Księżyca odebrała jej wilka i przeklęła ją okropnym wyglądem jako karę za zabicie Luny Gwendolyn. Kiedy widziałem ją po raz ostatni, miała na twarzy ogromne kratery" – wtrąca Jasper.
Caspian się śmieje. "Jesteś pewien, że to były kratery? Może to był sos spaghetti".
Wszyscy zaczynają się śmiać, ale ja kulę się w sobie z dwóch powodów.
Po pierwsze, nawiązują do incydentu z naszej pierwszej klasy liceum, kiedy to Jasper wylał mi na głowę mój własny obiad w szkolnej stołówce. Dobrze pamiętam to zdarzenie, nie tylko ze względu na publiczne upokorzenie, ale również dlatego, że nie miałam już pieniędzy, by kupić sobie coś innego do jedzenia, i przez to przez 48 godzin nic nie jadłam.
Po drugie, Jasper właśnie nazwał moją siostrę "Luną Gwendolyn". Więc tak teraz nazywają ją członkowie watahy? Rozumiem, że wataha kochała moją siostrę, ale czasami zastanawiam się, czy ta cała pieprzona zgraja nie postradała zmysłów. Czyżby zapomnieli, że Gwendolyn i Sebastian nigdy tak naprawdę nie potwierdzili, że są przeznaczonymi? I że Gwendolyn nigdy tak naprawdę nie została zaprzysiężona na Lunę? Wydaje się, że z każdym mijającym rokiem aureola świętości otaczająca Gwendolyn staje się coraz większa. Może w przyszłym roku członkowie watahy zaczną wierzyć, że Gwendolyn odkryła lekarstwo na ludzkiego raka.
Ugh. Wiem, że brzmię zgorzkniale. I czuję się zgorzkniała.
Caspian odwraca się z powrotem do mnie. "Dokument tożsamości, proszę". Wręczam mu moje prawo jazdy.
Przygląda mu się z ciekawością, a potem pokazuje je Jasperowi i Asherowi. "Panowie wilki, wygląda na to, że mamy do czynienia z kradzieżą tożsamości. Naprawdę myślę, że ta ślicznotka właśnie wręczyła mi fałszywy dowód. I to nawet nie jest dobra podróbka; w ogóle nie przypomina siebie ze zdjęcia".
O, dobra Bogini. Poważnie? Zdjęcie do mojego prawa jazdy zostało zrobione w zeszłym roku i to zdecydowanie jestem ja. To staje się absurdalne.
"Spośród wszystkich tożsamości do ukradzenia, dlaczego ktokolwiek miałby chcieć podszywać się pod SERAPHINĘ VANCE?" pyta Asher.
Jasper mierzy mnie wzrokiem z góry na dół. "Maleńka, chyba nie jesteś stąd, bo każdy, kto mieszkał w promieniu 50 mil, wiedziałby, że Seraphina Vance to OSTATNIA wilczyca, pod którą chciałabyś się podszywać. Tak po prawdzie, to ona nawet nie jest wilkiem".
"Proszę po prostu zadzwonić do Bety Reginalda" – proszę poirytowanym tonem.
"Jesteś pewna, że to dobry pomysł, ślicznotko?"
Caspian pociera brodę i znów zaczyna się śmiać. "Właściwie, może podszywanie się pod Seraphinę Vance wcale nie jest takim szalonym pomysłem. Nie winiłbym Bety Reginalda, gdyby uznał to za dobrą okazję, by zamienić to swoje wadliwe nasienie na lepszy model".
Pozostała dwójka przyłącza się do śmiechu Caspiana. Znowu. Czy ci samce nie mają nic lepszego do roboty? Ich zbiorowy śmiech zaczyna mnie naprawdę irytować. Zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie trafiłam do stada hien zamiast do watahy wilkołaków.
"Pamiętacie ten raz, kiedy Sullivan kazał Seraphinie zjeść jego ---"
"Zadzwońcie. Do Bety. Reginalda. Proszę" – przerywam mu; tym razem bardziej stanowczo, ponieważ Nyx dodała do moich słów odrobinę swojej aury. Obie dokładnie wiemy, jaką historię Asher zaraz opowie, i żadna z nas nie chce jej wspominać.
"W porządku, ale robisz to na własną odpowiedzialność" – ustępuje Caspian.
Dziesięć niekomfortowych minut później patrzę, jak mój ojciec podjeżdża swoim samochodem i zbliża się do posterunku kontrolnego.






