languageJęzyk

Rozdział 7

Autor: Penelope Astley23 kwi 2026

(Perspektywa Seraphiny)

Obserwuję, jak mój ojciec parkuje swojego SUV-a i z niego wysiada. Od razu widzę, że jest poirytowany faktem wezwania na granicę o tej porze nocy.

"W czym problem?" pyta ojciec trzech strażników, gdy wchodzi do budynku posterunku kontrolnego. Jego ton jest szorstki, zirytowany i całkowicie spójny z jego typowym, pozbawionym sentymentów podejściem.

Caspian robi krok naprzód, wskazuje w moim kierunku i wręcza ojcu moje prawo jazdy. "Przepraszam, że pana niepokoimy, Beto Reginaldzie. Ta samica prosi o wpuszczenie, ale oto dokument tożsamości, który nam wręczyła. Oczywiście ta samica nie jest pańską córką, proszę pana, ale nalegała, byśmy do pana zadzwonili".

"Czy wy zawsze spełniacie żądania obcych osób posługujących się fałszywymi dokumentami?" pyta mój ojciec, nawet nie spoglądając ani na mnie, ani na dokument. Jest wyraźnie sfrustrowany.

Zastanawiam się, jak długo ta trójka pracuje na granicy; poziom frustracji mojego ojca powinien być przewidywalny dla każdego, kto służył na granicy przez odpowiednio długi czas.

"Cóż... nie, proszę pana... ale ---"

"Ale co, Caspianie?" przerywa mu mój ojciec. "Co według waszego szkolenia powinniście zrobić w takiej sytuacji?"

Caspian spuszcza wzrok. "Powinniśmy przepuścić dokument tożsamości przez system komputerowy, a następnie skontaktować się z dowódcą warty, przekazując mu wyniki z systemu, a także nasze ustalenia i podejrzenia".

"Sprawdziliście ten dokument?"

Caspian głośno przełyka ślinę. "N-n-nie, proszę pana".

"Czy to ja jestem dowódcą warty?"

"Nie, proszę pana".

"A co z jej samochodem? Postępowaliście zgodnie z protokołem w tej kwestii?"

"K-k-kazaliśmy jej zaparkować i opuścić pojazd, proszę pana".

"I to wszystko, co mieliście zrobić?"

"N-nie jestem pewien, proszę pana".

"Po stwierdzeniu, że to oszustka, sprawdziliście jej tablice rejestracyjne? Zleciliście obwąchanie samochodu wilkowi w poszukiwaniu materiałów wybuchowych lub innych pasażerów?"

"Nie, nie, proszę pana".

Z jakiegoś powodu Jasper — który nigdy nie słynął z umiejętności trafnego wyczucia nastroju panującego w pomieszczeniu — postanawia wtrącić się i stanąć w obronie przyjaciela. To ostatecznie potwierdza moje przypuszczenia, że wszyscy są na granicy nowi. "Beto Reginaldzie, pomyśleliśmy po prostu, że skoro podaje się za pańską ---"

Mój ojciec obraca się na pięcie o 90 stopni i rzuca Jasperowi oraz Asherowi wściekłe spojrzenie. "Ach, więc to nie tylko Caspian zapomniał o protokołach szkoleniowych? Wszyscy trzej uznaliście, że pominięcie procedur weryfikacyjnych i wezwanie mnie zamiast dowódcy warty to właściwe postępowanie?"

Teraz już wszyscy trzej strażnicy ze wstydem spuszczają wzrok i milczą. Widząc, że nie mają żadnego sensownego wytłumaczenia, mój ojciec staje się coraz bardziej wściekły.

"Patrzeć w górę! Natychmiast!" wrzeszczy mój ojciec. Wskazuje na duży portret Gwendolyn wiszący na ścianie. "PATRZCIE NA JEJ ZDJĘCIE!" Głos i dłoń mojego ojca bardzo delikatnie drżą. Wiem, co to powoduje, i zaczynam żałować, że poprosiłam strażników, by do niego zadzwonili.

"W razie gdybyście potrzebowali przypomnienia: bezpieczeństwo granic jest jednym z najważniejszych obowiązków naszej watahy, o ile nie TYM najważniejszym. Brak odpowiedniego zabezpieczenia granic to powód, przez który moja córka — WASZA PRZYSZŁA LUNA — zginęła. Przestrzeganie protokołów i łańcucha dowodzenia to nie tylko kwestia szacunku; to kwestia bezpieczeństwa.

Co by było, gdyby ktoś wtargnął na terytorium watahy, domagając się spotkania z alfą, luną lub dziedzicem alfy? Albo jednym z innych kluczowych członków naszego stada? Co by było, gdyby ta »nieznana« samica miała na celu wyrządzenie krzywdy, zwabiając jednego z tych wilków na granicę? Albo gdyby została tu przysłana jako odwrócenie uwagi przez wroga? Co by było, gdyby w jej pojeździe ukrywali się banici?

Czy KTÓRYKOLWIEK z was zadał sobie trud pomyślenia o tym, DLACZEGO mamy ustalone protokoły?

Nie wiecie tego, czego nie wiecie. Nie znacie wroga. Nie posiadacie umiejętności oceny, kto stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa, a kto nie. Waszym obowiązkiem jest przestrzeganie protokołów. Nic mniej, nic więcej.

Żaden z was nie ma prawa decydować, kiedy można odstąpić od wytycznych ze szkoleń. NIGDY nie wolno wam ignorować procedur bezpieczeństwa. NIGDY nie wolno wam też ulegać żądaniom nieznanych osób lub wilków, zwłaszcza jeśli macie powody sądzić, że ich tożsamość została sfałszowana".

Mój ojciec milknie na kilka chwil, pozwalając, by jego pełne wściekłości słowa do nich dotarły. Napięcie w pomieszczeniu przekracza wszelkie granice.

Po chwili, prawie szeptem, dodaje: "Żebyście wy wszyscy popełnili tak krytyczne błędy w noc poprzedzającą rocznicę śmierci mojej córki...". Ponieważ strażnicy posłusznie wpatrują się w portret Gwendolyn, nie widzą łez w oczach mojego ojca, kiedy wypowiada tę ostatnią część... ale ja tak.

Czuję ostre ukłucie w sercu. Wiem, że rocznica śmierci Gwendolyn jest dla ojca ciężka, i nienawidzę patrzeć, jak płacze.

Choć inni w watasze obwiniają mnie za śmierć Gwendolyn, wiem, że mój ojciec obwinia samego siebie. Jako Beta watahy, bezpieczeństwo granic zawsze było jednym z jego głównych obowiązków. Atak banitów, w którym zginęła Gwendolyn, miał miejsce na terytorium watahy, po tym, jak jakimś sposobem udało im się sforsować nasze granice.

Reakcją ojca na śmierć Gwendolyn było stanie się absolutnym pedantem w kwestii przestrzegania procedur. Jakiekolwiek odstępstwo od tych zasad traktuje jako osobistą zniewagę i porażkę.

W końcu ojciec po raz pierwszy spogląda na mnie. Rzuca okiem na moje prawo jazdy, przewraca oczami, po czym odwraca się z powrotem do strażników. "Zabiorę »oszustkę« ze sobą. Po samochód wrócę po jutrzejszych uroczystościach upamiętniających. Radzę wam trzem porządnie się dziś wyspać, ponieważ jutro będziecie sprzątać po uroczystościach, a przez kolejne trzy tygodnie w domu watahy. Potem zostaniecie odesłani na dodatkowe szkolenie, zanim znowu dopuszczę was do regularnej służby".

Z tymi słowami ojciec rusza w stronę wyjścia. Daje mi znak, bym poszła za nim, co też czynię. W milczeniu wsiadamy do jego samochodu i ojciec odpala silnik.

Gdy jesteśmy już kilka przecznic od granicy watahy, ojciec spogląda na mnie kątem oka.

"Kazałaś im zadzwonić do mnie, wiedząc, że to wbrew protokołom, prawda?"

"Tak."

"Zrobiłaś to, żeby wkurzyć ich czy mnie?"

"Ich. Zirytowało mnie, że robią mi problemy i mnie nie rozpoznają. Ale szczerze mówiąc, byłam zaskoczona, że mnie posłuchali i zignorowali pozostałe procedury."

"Ja nie. Mówiłem Alfie Maximilianowi, że tym idiotom nie można ufać nawet w kwestii zrobienia kanapki z szynką. Zostałem przegłosowany. Chyba powinienem ci podziękować za udowodnienie, że miałem rację."

"Przepraszam, że zrobiłam to akurat dzisiejszej nocy."

"Nie przepraszaj. Odkąd zmarła Gwendolyn, żadna noc nie jest dobra."

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 7: Rozdział 7 - Od Wyrzutka do Wybranej Luny: Odrzucenie Alfy Sebastiana | StoriesNook