Właśnie w tym momencie do pokoju wszedł książę Suffield — Henry Monson.
Jego stanowcze spojrzenie omiotło wszystkich, po czym na moment zatrzymało się na Athenie. Następnie, odwracając się do Margaret, skłonił się z szacunkiem. "Matko."
Margaret szybko machnęła ręką, by wstał. "Nie ma takiej potrzeby, wstań."
Gdy się podniósł, Nicolas i Willow powitali go ciepło. "Ojcze."
Tylko Athena, spokojna i powściągliwa, powiedziała: "Książę Suffield."
To jedno zdanie zmroziło powietrze w pokoju.
Henry zmarszczył brwi, jakby jej dobrze nie usłyszał. "Jak mnie nazwałaś?"
W jego wyrazie twarzy pojawił się cień gniewu.
Athena spuściła wzrok i powtórzyła cicho: "Książę Suffield."
Trzask! Dźwięk uderzenia echem odbił się po sali, a głowa Atheny odskoczyła w bok.
"Ty niewdzięcznico. Trzy lata w obozie i wciąż nie nauczyłaś się ani krzty pokory?" ryknął.
Kontynuował: "Nazywasz mnie 'księciem Suffield' — co, próbujesz zerwać więzi z rodziną? Jeśli nadal nie znasz swojego miejsca, wracaj do obozu wojskowego i tam zostań! Nie potrzebujemy w tym domu takiej hańby jak ty!"
Eloise rzuciła się naprzód, osłaniając Athenę ramionami. "Dość! Jeśli musisz kogoś uderzyć, to uderz mnie!"
Margaret zerwała się na nogi, drżąc z furii, i uniosła laskę, by uderzyć Henry'ego.
Łzy spływały po jej twarzy, gdy krzyczała: "Czy masz w ogóle pojęcie, przez co ona przeszła przez te ostatnie trzy lata? A teraz, na moich oczach, bijesz ją? Równie dobrze mógłbyś uderzyć mnie!"
Dopiero co zaczęła leczyć zranione serce Atheny. A teraz, jednym uderzeniem, rozerwał je na nowo. Był jej ojcem. Jej biologicznym ojcem.
Margaret próbowała o nią walczyć — ale jej laska nigdy nie dosięgła celu. W chwili, gdy ją uniosła, do pokoju wbiegła służba i ją powstrzymała. Nawet nie dotknęła jego szat.
Athena stała w milczeniu z boku, obserwując ten chaos, a jej twarz była zimna i nieprzenikniona.
Pomyślała: 'Więc to jest ta rodzina, która obiecuje, że nigdy więcej mnie nie skrzywdzi. Jakie to absurdalne'.
Eloise odwróciła się w panice, by sprawdzić twarz Atheny — ale zanim zdążyła to zrobić, rozległ się nagły okrzyk. To była Willow.
Wszyscy się odwrócili. Z jej skroni sączyła się cienka strużka krwi.
W pokoju zapadła martwa cisza.
Twarz Henry'ego wykrzywiła się z niepokoju, gdy zawołał: "Szybko! Wezwać lekarza!"
Oczy Nicolasa były zaczerwienione, a jego brwi głęboko ściągnięte. Wyglądał, jakby wolał sam przyjąć ten cios. Powiedział: "Dlaczego tak rzuciłaś się do przodu? A jeśli zostanie blizna? Ona sobie poradzi — jest do tego przyzwyczajona. Ale ty? Jesteś delikatna. Nie powinnaś być tak zraniona…"
Willow's głos był cichy i drżący, a jej oczy wypełnione łzami, które przylgnęły do rzęs. "Po prostu bałam się, że ojciec może zostać ranny… Nawet nie myślałam. Po prostu się ruszyłam."
Kiedy Willow przemówiła, serce Henry'ego zabolało jeszcze bardziej.
Wszyscy w pokoju krążyli wokół Willow, skacząc nad nią.
W tym czasie Athena stała cicho z boku z wyraźnie spuchniętym policzkiem — a jednak nikt nie zwracał na nią uwagi.
Nie powiedziała nic. W jej oczach przemknął błysk chłodnego rozbawienia.
Kiedy Henry ją spoliczkował, Eloise nawet nie drgnęła.
Ale w chwili, gdy Willow została przypadkowo ranna, ta sama "matka" wpadła w panikę, jakby od tego zależało jej życie.
Każdy, kto by to obserwował, pomyślałby, że Willow była jej prawdziwą córką.
Henry, wciąż pełen troski, nie zapomniał posłać Athenie wrogiego spojrzenia.
Powiedział: "Gdyby nie ty, nic z tego by się nie wydarzyło. Szczerze mówiąc, nigdy nie powinniśmy byli cię tu sprowadzać trzynaście lat temu. Trzeba było zostawić cię tam, gdzie byłaś."
Nicolas również rzucił jej dezaprobujące spojrzenie — ale kiedy zobaczył siniak na jej twarzy, zawahał się i przełknął słowa.
"Dość. Tego już wystarczy. Wyjdźcie wszyscy", powiedziała Margaret z pulsującym bólem głowy za skroniami.
"Tak", odpowiedzieli pozostali, wycofując się.
Margaret delikatnie ujęła dłoń Atheny i sama zaczęła nakładać maść na jej spuchnięty policzek.
Powiedziała: "Atheno, nie chowaj urazy do ojca. Ma wybuchowy temperament. Ale od teraz nie pozwolę nikomu więcej cię skrzywdzić."
Patrząc w pełne miłości, zmęczone życiem oczy Margaret, Athena nie potrafiła wykrztusić ostrych słów, które miała na końcu języka.
"Oczywiście, że nie", odpowiedziała, wymuszając cichy uśmiech.
Margaret westchnęła. Chciała powiedzieć więcej, ale ogarnęło ją zmęczenie. Odprawiła Athenę, by ta odpoczęła. "Porozmawiamy później."
Po tym, jak pomogła Margaret się położyć, Athena wreszcie wróciła na swój dziedziniec.
Zaledwie zdążyła usiąść, gdy z zewnątrz dobiegł ją znajomy głos. "Atheno, śpisz?"
Zniecierpliwienie przemknęło po twarzy Atheny. Dała znak Sienie, by otworzyła drzwi.
Do środka weszła Eloise. Jej wzrok natychmiast padł na spuchnięty policzek Atheny. Podeszła bliżej, a jej głos był łagodny. "Dalej boli?"
Athena wpatrywała się w nią w milczeniu, jakby zadawała pytanie bez słów.
Eloise szybko zdała sobie sprawę, jak głupio musiała zabrzmieć jej troska. Pospiesznie ciągnęła dalej: "Atheno, przyniosłam ci trochę maści na rany z Apteki Harmonii. Tę przygotowuje znany lekarz — jest najlepsza.
"Tego uzdrowiciela nie ma już od trzech lat. Jego lekarstwo jest prawie niemożliwe do zdobycia. Używaj go oszczędnie — siniaki zbledną w niecały miesiąc."
Wyciągnęła rękę, zakładając za jej ucho opadający kosmyk włosów Atheny. "Atheno, zawiodłam cię. Nie chroniłam cię, kiedy tego potrzebowałaś. Jeśli jesteś zła, obwiniaj mnie. Tylko… nie wyżywaj się na nikim innym.
"Od teraz będę cię traktować dobrze. Obiecuję."
Wcisnęła słoiczek z maścią w dłoń Atheny. Athena go otworzyła — i od razu zobaczyła, że jest w połowie pusty.
Znała to lekarstwo. Sama je wyprodukowała. Dokładnie wiedziała, ile powinno być go w pełnym słoiczku.
Oczywiście. Był już używany. Przekazany jej dopiero po tym, jak ktoś inny przestał go potrzebować.
Eloise zauważyła jej milczenie i poczuła ukłucie rozczarowania.
Athena nie zawsze taka była. Kiedyś uśmiechała się na wszystko, co jej dano. Miała w zwyczaju słodko nazywać ją "matką", jakby to miało jakieś znaczenie.
Teraz była zdystansowana. Zimna. Obca.
'Willow nigdy by się tak nie zachowała', pomyślała. 'To dziecko jest takie troskliwe, takie delikatne'.
"Cóż, pozwolę ci odpocząć. Zajrzę tu znowu jutro", powiedziała Eloise.
Athena wstała. "Żegnaj, lady Eloise."
Nie wykonała żadnego ruchu, by odprowadzić ją do wyjścia. Eloise ukryła rozczarowanie, odwróciła się i wyszła powolnym, niepewnym krokiem.
Athena patrzyła, jak odchodzi, a między jej brwiami uformowała się delikatna zmarszczka.
Pomyślała: 'Gdyby nie choroba Margaret… nie zostałabym w tym domu ani dnia dłużej'.






