Jej nieustanne zniewagi w końcu sprawiły, że stracił nad sobą panowanie. Wyrwał mu się zimny, pozbawiony cienia wesołości śmiech. Jego dłoń znów powędrowała do jej szyi, lecz tym razem z fałszywą, okrutną czułością, która przerażała bardziej niż jego gniew.
Wciągnął ją do windy; jego ramię było twarde jak stalowy pręt. – Szkoda benzyny, skarbie. Tak czy inaczej, urodzisz moje dziecko. I zostaniesz






