Sophia wtopiła się w kanapę, odrętwiała do szpiku kości. Głosy Lucasa i Emily omywały ją niczym szum zepsutego radia. Były odległe, zniekształcone, niczym dźwięki słyszane na trzy sekundy przed utonięciem.
To był rodzaj koszmaru, w którym elementy scenografii wyginają się, pękają, a potem zapadają w sobie. Podłoga we śnie się zarwała. Spadała swobodnie przez atramentowoczarne powietrze.
– Pani Wes






