Moana
– Jest ze mną.
Ochroniarz odwrócił się gwałtownie do mężczyzny stojącego na schodach. Stałam tam z szeroko otwartymi oczami, zdając sobie sprawę, że ten, który w tak tajemniczy sposób pomagał mi wejść do baru, był tym samym facetem, który wcześniej omal nie potrącił mnie samochodem na ulicy, a potem bez namysłu rzucił mi plik pieniędzy, jakbym była żebraczką: Edrick Morgan, dyrektor generalny WereCorp. Rozważałam po prostu odwrócenie się i wyjście, ale zanim zdążyłam to zrobić, Edrick zszedł po schodach, odprawił ochroniarza ruchem ręki i wbił we mnie swoje stalowoszare oczy.
– Chodź – powiedział, spoglądając zza mnie na drzwi i wychodzącą na zewnątrz ulicę. – Wygląda na to, że znowu będzie padać. Chyba nie chcesz spacerować w deszczu, prawda?
Miałam wrażenie, że w tonie tego bogatego wilkołaka brzmiała odrobina protekcjonalności, ale miał rację: padało przez większość dnia i właśnie znów zaczynało kropić. Nie chciałam wracać do domu w deszczu i przemoknąć jeszcze bardziej, więc w milczeniu ruszyłam za Edrickiem na górę.
– Wciąż masz na sobie to brudne ubranie – powiedział Edrick nieco chłodnym tonem, gdy dotarliśmy na szczyt schodów. – Dałem ci pieniądze, żebyś je zmieniła. Dlaczego ich nie użyłaś?
Zmarszczyłam brwi.
– Może i jestem człowiekiem, ale nie przyjmę pieniędzy od nieuprzejmych i aroganckich ludzi, którzy rzucają mi we mnie banknotami przez okno swojego samochodu, jakbym była żebraczką na ulicy.
Edrick syknął cicho przez zęby i przez chwilę mierzył mnie wzrokiem, po czym odwrócił się zdawkowo do stojącej w pobliżu kobiety. Wydawała się nieco starsza ode mnie i miała na sobie zwykły czarny uniform personelu. Mruknął do niej coś, czego nie mogłam zrozumieć, a ona skinęła głową, po czym zwróciła się do mnie i uśmiechnęła, wyciągając jedną rękę.
– Tędy, proszę pani – powiedziała, a Edrick odwrócił się i zniknął w głównej sali baru. Zerknęłam na niego przez ramię po raz ostatni, gdy kobieta poprowadziła mnie po schodach do prywatnego pokoju. Kiedy odkluczyła drzwi i je otworzyła, moje oczy szeroko się otworzyły. Pokój był pełen stojaków z drogimi ubraniami, butami i dodatkami.
– Co to jest? – zapytałam, odwracając się do niej.
– Lubimy zapewniać naszym gościom to, co najlepsze – odpowiedziała z uśmiechem. – Ten pokój jest przeznaczony specjalnie dla naszych bywalczyń, by mogły tu przyjść, odświeżyć się, poprawić makijaż, czy choćby zmienić ubranie w razie modowej wpadki. Zazwyczaj nie pozwalamy… ludziom korzystać z naszych udogodnień, ale biorąc pod uwagę to, że pan Morgan jest właścicielem większości udziałów w tym klubie, może pani włożyć, cokolwiek się pani spodoba. Proszę się nie śpieszyć.
Zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej, kobieta zamknęła drzwi i zostawiła mnie samą.
Ze zdumieniem na twarzy rozejrzałam się po wszystkich tych drogich ubraniach i wspaniałej biżuterii; czyżby Edrick Morgan wcale nie był tak arogancki i okrutny, jak myślałam? Czy może poczuł się źle po naszym spotkaniu na ulicy i chciał mi to wynagrodzić, czy też był to tylko jakiś chory żart?
Tak czy inaczej, wciąż byłam zbyt roztrzęsiona po wcześniejszym przyłapaniu mojego chłopaka z jego kochanką, a to wydawało się być moją przepustką do udanego wieczoru…
Ostatecznie wyszłam z pokoju ubrana w prostą, sięgającą kostek czarną sukienkę. Była uszyta z miękkiego jedwabiu, miała cienkie ramiączka i głęboki dekolt. Wybrałam też parę zapinanych na paski czarnych szpilek i kopertówkę.
Kiedy zeszłam z kobietą po schodach, poczułam, że serce zaczyna mi bić szybciej, gdy zauważyłam, jak Edrick podnosi wzrok znad swojego stolika. Jego oczy spoczęły na mnie przez kilka długich chwil, które wydawały się wiecznością, zanim znów odwrócił wzrok, by kontynuować rozmowę z drugim mężczyzną, z którym siedział.
– Aby zrekompensować wcześniejszy wypadek na ulicy, pan Morgan zgodził się pokryć koszty tego wieczoru – powiedziała kobieta. – Obejmuje to wszelkie napoje i jedzenie, które pani zamówi, a także ubrania. Proszę swobodnie zająć miejsce przy barze.
Spojrzałam w dół na swoją sukienkę, czując, jak twarz trochę mi płonie. Coś takiego tak bardzo odbiegało od tego, co zazwyczaj nosiłam, i to wszystko było teraz moje? Podniosłam wzrok, by zapytać kobietę, czy jest pewna, że mogę zatrzymać sukienkę, ale już jej nie było.
Przełykając ślinę, weszłam do głównej sali i wsunęłam się na jeden ze stołków barowych.
– Czego byś się napiła? – spytał barman.
– Yyy… poproszę gin z tonikiem – odpowiedziałam, bawiąc się zapięciem torebki i rozglądając się po pozostałych gościach. Większość z nich wydawała się zbyt pochłonięta swoimi drinkami i rozmowami, podczas gdy kobieta w czerwonej sukni cicho grała na pianinie na niewielkiej scenie.
Kilka chwil później barman wrócił z moim drinkiem. Wymamrotałam słowa podziękowania i zamieszałam płynem w szklance, próbując wygodnie usadowić się na miejscu i starać się nie zachowywać tak, jakbym zupełnie tu nie pasowała.
– Co taka piękna dziewczyna jak ty robi tu zupełnie sama? – odezwał się nagle z boku męski głos. Podskoczyłam lekko i odwróciłam się, by zobaczyć mężczyznę w średnim wieku, w garniturze, opierającego się o bar tuż obok mnie, z drinkiem w dłoni. Miał szpakowate włosy, dość krępą budowę ciała i mocno pachniał whiskey.
Nie potrafiłam wymyślić żadnej odpowiedzi, więc zaśmiałam się niezręcznie i wzięłam łyk drinka z nadzieją, że mężczyzna zrozumie aluzję i zostawi mnie w spokoju, ale on nie odpuszczał. Pomimo nagłego aktu uprzejmości Edricka Morgana, który wpuścił mnie do tego baru i za wszystko zapłacił, wciąż nie miałam ochoty na nic więcej niż wypicie jednego lub dwóch drinków i powrót na noc do domu. Po nakryciu mojego chłopaka z inną kobietą nie byłam zainteresowana rozmową.
– Pozwól, że postawię ci kolejnego drinka – powiedział mężczyzna, pochylając się w moją stronę. – Coś lepszego niż gin z tonikiem. Mam mnóstwo pieniędzy, wiesz, jestem betą i w ogóle; możesz mieć, cokolwiek zechcesz…
– Och, to mi w zupełności wystarczy – powiedziała ze słabym uśmiechem, próbując ukryć obrzydzenie na dźwięk słowa „beta”. – Ale i tak dziękuję.
– Bzdura – odparł mężczyzna, nie zauważając albo nie przejmując się moim brakiem zainteresowania. Usiadł na stołku obok mnie, a jego ciało znalazło się niekomfortowo blisko mojego. – A tak w ogóle to jestem Mark. Mark Schaffer. – Wyciągnął rękę, bym ją uścisnęła, a kiedy to zrobiłam, jego dłoń była nieco spocona.
– Moana – mruknęłam, cofając dłoń tak szybko, jak to możliwe.
– Ciekawe imię – skomentował. – Wiesz, jestem Betą w…
Wyłączyłam się, podczas gdy Mark wciąż trajkotał o swoich pieniądzach, swoim rodowodzie, licznych domach wakacyjnych i innych tego typu rzeczach… Starałam się jak mogłam wydawać się uprzejmą, ale w końcu nie mogłam już tego znieść.
– Dlatego właśnie wolę jachty typu gulet…
– Muszę skorzystać z toalety – rzuciłam nagle, przerywając jego tyradę o tym, który typ jachtu jest najlepszy. Zmarszczył brwi, gdy gwałtownie wstałam i zabrałam torebkę, wyraźnie zirytowany, że mu przerwałam, ale nie obchodziło mnie to. Bez słowa poszłam do łazienki i zamknęłam za sobą drzwi, biorąc kilka głębokich wdechów, gdy oparłam się o umywalkę.
Zostałam w niej przez kilka minut, przemywając twarz zimną wodą i sprawdzając telefon, dopóki nie nabrałam pewności, że Mark znudził się czekaniem na mnie przy barze, po czym wyszłam na zewnątrz. Na szczęście, kiedy wróciłam na swoje miejsce, już go nie było. Wypuściłam z ust ciche westchnienie ulgi, siadając z powrotem, ale ta ulga zamieniła się w irytację, gdy podszedł do mnie barman i podał mi czerwonego drinka w kieliszku koktajlowym, informując, że Mark za niego zapłacił.
Wzdychając, podniosłam kieliszek i spojrzałam przez ramię. Mark siedział przy stoliku w rogu, obserwując mnie jak jastrząb; nie chcąc wywoływać żadnego zamieszania, uniosłam szkło i bezgłośnie wypowiedziałam słowo „dziękuję”, po czym odwróciłam się i upiłam łyk alkoholu.
Kiedy kilka minut później w głowie zaczęło mi się kręcić, a pokój zaczął wirować, uświadomiłam sobie, że przyjęcie drinka od obcego mężczyzny w barze było okropnym pomysłem… ale zaszło to już za daleko, a kiedy próbowałam wstać od baru, poczułam, że wpadam na męskie ciało.
– Spokojnie – powiedział głos Marka, gdy jego ramiona objęły mnie z tyłu. – Wygląda na to, że muszę zabrać cię do domu.
Poczułam, jak serce zaczyna mi galopować, gdy Mark zaczął mnie wyprowadzać, a ja byłam zbyt słaba i zdezorientowana, by mu odmówić. Właśnie wtedy, gdy mój wzrok zaczął całkowicie się zamazywać, poczułam na ramieniu inną dłoń; chłodną, a nie spoconą jak dłonie Marka.
– Dokąd ją zabierasz? – zabrzmiał surowy głos Edricka, tak niski, że był niemal warknięciem.
– Och, po prostu odprowadzam ją do domu – wyjąkał Mark. – O-Ona za dużo wypiła. Jesteśmy starymi przyjaciółmi.
– Czy to prawda? – spytał Edrick, pochylając się i wchodząc w pole mojego widzenia. Kiedy jego szare oczy spotkały się z moimi, jedyne, co mogłam zrobić, to pokręcić głową.
Nie byłam pewna, co wydarzyło się później, ale następną rzeczą, jaką pamiętałam, było to, że znalazłam się w ciepłych ramionach Edricka Morgana na tylnym siedzeniu samochodu.
– Gdzie mieszkasz? – zapytał.
Próbowałam odpowiedzieć, ale powstrzymał mnie po tym, jak wymamrotałam kilka niewyraźnych słów. – W takim razie zabiorę cię do hotelu.
W moim na wpół świadomym stanie dotyk ciepłych ramion Edricka oplatających mnie sprawił, że poczułam mrowienie w całym ciele.
– Zostań… – wybełkotałam, wtulając nos w zagłębienie jego szyi. Edrick odsunął się gwałtownie, mamrocząc coś o moim stanie umysłu, ale było coś w zapachu jego wody kolońskiej, co sprawiło, że nie ustępowałam…
I wkrótce poczułam, jak Edrick Morgan, bogaty i przystojny prezes WereCorp, poddaje się mojemu dotykowi.






