**Aiden**
Był czas, kiedy to ja stałbym w blasku tych świateł.
Nie od wykrzykiwania ćwiczeń z linii bocznej. Nie spacerując z podkładką jak jakiś pieprzony administrator.
Nie. Zostałem stworzony na boisko. Dla presji. Dla chaosu.
Udało mi się — podstawowy rozgrywający, na szczycie swoich możliwości, już żyjący marzeniami — dopóki wypadek samochodowy nie zabrał mi tego wszystkiego.
Więzadło krzyżowe, poboczne, chrząstka... rozdarte w kilka sekund.
Nazywali to czystym złamaniem. Ja wiedziałem lepiej.
Tak naprawdę mieli na myśli: Byłem skończony.
Potem świat się skurczył. Hałas przygasł. Żadnych więcej stadionów, żadnych tłumów. Tylko rehabilitacja, izolacja i cichy, ostry głód, by wciąż mieć dla kogoś *znaczenie*.
Ten głód zaprowadził mnie tutaj.
Bycie trenerem nigdy nie było w planach — ale z tych ruin zbudowałem coś nowego. Stałem się w tym cholernie dobry. I teraz sprowadzili mnie, żebym dokonał tego, czego nikomu innemu nie udało się od dziesięciu lat: poprowadzić Wolves do mistrzostwa.
Potrzebowali przebudowy. Dyscypliny. Strachu, jeśli zajdzie taka potrzeba.
I spędziłem miesiące przygotowując się, by im to zapewnić.
Każde nazwisko w tym letnim składzie zostało wybrane osobiście. Ale był jeden chłopak, o którego walczyłem bardziej niż o resztę.
Noah Blake.
Niedyscyplinowany. Arogancki. Zbyt surowy.
Ale utalentowany — *absurdalnie* utalentowany. Miał instynkt, zapał, ogień. Wszystkie te rzeczy, których nie można nauczyć. A pod całym tym buntem kryło się coś jeszcze lepszego: gracz, z którego mogłem ukształtować broń.
Jeśli najpierw zdołam go złamać.
Taki miałem plan na dzisiaj. Przejść przez ćwiczenia. Przetestować moich nowych rekrutów. Zaczynać budować ścianę.
A jednak...
Moja głowa wciąż tkwiła w zeszłej nocy.
Nie powinienem był otwierać ObeyNet. Nie podczas obozu. Nie wtedy, gdy mój grafik był już i tak przepełniony. Ale coś mnie tam przyciągnęło. Potrzeba. Ta część mnie, którą trzymałem w zamknięciu — ukrytą przed światem, który szanował mężczyzn tylko za wygrywanie meczów, a nie za pragnienie władzy w mroku.
To miało być proste ujście. Kontrola. Uwolnienie.
Ale wtedy napisał do mnie *on*.
Anonimowy. Pyskaty. Arogancki jak diabli.
A pod całą tą brawurą... coś pękło.
Był zły. Defensywny. Przerażony tym, jak bardzo podobało mu się to, co oferowałem. Ale wciąż odpowiadał. I kiedy powiedział mi, że go nie znam, kiedy twierdził, że jest hetero, wysyłając te wiadomości jak pociski, jakby próbował uciec przed samym sobą — wiedziałem, że mam go w garści.
Mój nowy *chłopczyk.*
I tak po prostu... zniknął.
Ale posmak pozostał.
I kiedy wyszedłem na boisko tego ranka, nie myślałem o dynamice zespołu czy strategii gry.
Myślałem o kontroli.
I wtedy go zobaczyłem — mojego nowiutkiego rozgrywającego.
Wysoki. Szeroka klatka piersiowa. Mięśnie napinające się pod drużynową koszulką polo. Spojrzenie ostre na tyle, by ranić.
Spojrzał na mnie, jakby zobaczył ducha, po czym odwrócił wzrok, z umysłem wyraźnie błądzącym gdzie indziej, w połowie nieobecny.
Nie wahałem się. Wykorzystałem to jako pretekst, by wezwać go do mojego biura po treningu.
Było w nim coś — to spojrzenie osaczonego zwierzęcia, a może sposób, w jaki wydawało się, że rzuca mi wyzwanie, bym drążył głębiej. Już wcześniej spodziewałem się, że będzie moim największym wyzwaniem... i, jeśli mi się poszczęści, najbardziej satysfakcjonującym.
Trening rozpoczął się po krótkiej przerwie.
Mój wzrok od razu spoczął na nim.
Na jego jasnych, muśniętych słońcem włosach opadających na opalone ramiona, gdy truchtał w naszą stronę z ręcznikiem w dłoni —
Spóźniony.
Dołączył do rzędu dwanaście sekund po tym, jak gwizdnąłem. Dokładnie na tyle długo, by mnie wkurzyć. Dokładnie na tyle krótko, by zwrócenie na to uwagi wydawało się małostkowe.
Ale zauważyłem.
Miał ten wyraz twarzy — ten, który mają zawodnicy, gdy za bardzo się starają, by wyglądać, jakby mieli wszystko w dupie.
Ramiona rozluźnione, postawa luźna, fałszywy uśmieszek na twarzy. Ale jego szczęka była zaciśnięta. Jego oczy wciąż zerkały na mnie i uciekały. Jakbym sprawiał, że był nerwowy, a on nie chciał, żebym to widział.
Interesujące.
Forma tam była. Ale jego wyczucie czasu miało drobne opóźnienie. Miał opóźniony zapłon. Reagował z opóźnieniem na wznowienia akcji, na presję, na mój głos.
Nie był leniwy.
Po prostu wciąż był rozkojarzony.
I to irytowało mnie bardziej, niż powinno.
Widziałem na taśmach, co ten dzieciak potrafi. Był szybki. Naturalny. Stworzony do bycia liderem.
Ale ta jego wersja?
Ten w połowie nieobecny, wątpiący we wszystko wrak?
Nie tolerowałbym tego.
Jeśli miałem mu powierzyć mój atak, musiał, kurwa, wziąć się w garść.
I weźmie.
Ja już o to zadbam.
Do końca ćwiczeń skupiałem się na reszcie drużyny, ale za każdym razem, gdy się poruszył, odnotowywałem to. Każde spojrzenie. Każde wzdrygnięcie. Każdą zmarnowaną okazję do zdominowania boiska w sposób, o którym wiedziałem, że potrafi.
Zaniżał poziom. Ale co więcej... powstrzymywał się.
I miałem zamiar dowiedzieć się dlaczego.
Gdy tylko trening dobiegł końca, chwyciłem swoją wodę, sprawdziłem notatki i ruszyłem w stronę budynku.
Nie musiałem go wołać.
Już wiedział, gdzie mnie znaleźć.
Byłem już za swoim biurkiem, kiedy wszedł.
Bez pukania. Bez przeprosin. Zwykła arogancja — napięte ramiona, starannie obojętne oczy, jakby właśnie nie spaprał połowy dzisiejszych ćwiczeń.
Stał trochę za bardzo wyprostowany, jakby starał się coś zrekompensować. Nie odzywał się. Dobrze.
Pozwoliłem ciszy trwać, obserwując go przez kilka sekund, aż poczuł się nieswojo. Ostrzegali mnie, że będą z nim kłopoty — *wyglądał* na kłopoty.
Wyglądał też na chodzącą kompilację najlepszych zagrań. O ile udałoby mi się wyciągnąć mu głowę z tyłka.
"Zamknij drzwi" — powiedziałem.
Zrobił to.
"Siad."
Opadł na krzesło naprzeciwko mnie z niedbałym luzem, w który nie uwierzyłem ani przez sekundę.
Zanim się odezwałem, dalej go badałem wzrokiem.
"Z twojej teczki wynika, że traktujesz ten program poważnie. Że zależy ci na wygrywaniu."
Nie odpowiedział.
Splotłem dłonie. Spokojny. Chłodny.
"Więc wytłumacz mi, jak to możliwe, że spóźniasz się na trening, przegapiasz trzy sygnały na rozgrzewce, zaniżasz poziom w każdym ćwiczeniu, a i tak chodzisz dookoła, jakbyś już zdobył pierścień mistrzowski."
Jego szczęka się zacisnęła.
Pochyliłem się do przodu.
"Jeśli tak wygląda twoje pojęcie wysiłku, powiedz to teraz, a przysięgam, że wsadzę cię w pierwszy samolot z powrotem do Zachodniej Wirginii, oszczędzając wszystkim czasu i tego gówna."
To wywołało reakcję.
Też się pochylił, a jego oczy błysnęły. "Tak pan uważa?"
Jego głos miał w sobie jad — jego pierwszy prawdziwy sprzeciw tego dnia.
Nie mrugnąłem.
"Nie przeraża mnie pan, Trenerze, obaj wiemy, że mnie pan potrzebuje" — kontynuował, a jego usta drgnęły czymś zbyt gorzkim, by można to było nazwać uśmiechem. "A współpracowałem już z surowymi kutasami —"
"Ale nie współpracowałeś ze mną" — wciąłem się, zniżając głos. "Gdybyś to robił, wiedziałbyś, że mam władzę by cię ukształtować — zrobić z ciebie gwiazdę — lub złamać i zakończyć twoją karierę w tym momencie, tu i teraz."
Byłem cale od jego twarzy.
"Więc jak będzie, panie Blake? Jesteś gotowy, by mi się sprzeciwić?"
"Wow. Grozi mi pan teraz? Myślałem, że by pan sobie ze mną poradził!" — odparował.
Mój żołądek się ścisnął.
Oddech mi się urwał.
Spojrzałem na niego ostro.
"Co ty przed chwilą powiedziałeś?"
Jego oczy szybko uciekły w bok. Ramiona zesztywniały.
"Powiedziałem..." odkaszlnął, przyjmując teraz postawę obronną, "sprowadził mnie pan tu, prawda? I tak szybko się pan poddaje?"
Zapatrzyłem się w niego. Pozwoliłem ciszy znów się przedłużyć.
Ale w środku?
Coś we mnie pękło.
To niemożliwe.
Nie ma mowy.
Nie on. Nie ten dzieciak.
Mój głos się obniżył, stał się chłodniejszy. Bardziej stanowczy.
"Myślisz, że nie poradzę sobie z zarozumiałym, niepewnym siebie dzieciakiem z pretensjami do całego świata?"
Wstałem. Okrążyłem biurko. Patrzyłem, jak śledzi mnie wzrokiem, gdy przeszedłem za jego krzesło.
Jego kark oblał się rumieńcem.
Nie odwrócił się.
"Mówisz tak, jakbyś miał tu kontrolę —" powiedziałem cicho. "Ale głęboko w środku jesteś przerażony."
Zesztywniał.
"Nie zna mnie pan" — mruknął. "Gówno pan o mnie wie, Mercer."
Zatrzymałem się.
Pochyliłem się na tyle blisko, by poczuć, jak zamiera.
"Trenerze Mercer" — powiedziałem miękko.
"»Proszę pana«... dla ciebie."
Nie poruszył się.
Nie odezwał się.
Czekałem.
Jeden oddech. Drugi.
A potem, napiętym, ledwie słyszalnym głosem:
"T-tak, proszę pana."
Jego uszy zrobiły się czerwone.
Dłonie zacisnęły się w pięści.
Starał się nad sobą zapanować. Ale ciało go zdradziło — napięcie w ramionach, płytki oddech, ten błysk czegoś pomiędzy gniewem a podnieceniem w oczach.
Obserwowałem to wszystko — obserwowałem *jego* uważnie.
Moja ciekawość prowadziła mnie w bardzo ryzykowną strefę.
"Oczekuję posłuszeństwa, gdy wydaję polecenie. Bez wahania. Zrozumiano?" Złagodziłem ton — tylko na tyle, na ile to było konieczne.
Skinął głową.
"Tak, proszę pana."
Przełknąłem ślinę.
To był niemal ten sam dreszczyk emocji, który poczułem zeszłej nocy —
Ta pyszna krawędź. Pyskaty ton. Opór ukryty pod powiewem oddechu.
Nie.
To niemożliwe.
Nie słyszałem głosu chłopaka w internecie.
Ale coś w Noah...
Napięcie. Postawa. Ogień —
Wydawało się wyraźnie *znajome*.
Stałęm tam przez chwilę, patrząc, jak wychodzi z mojego biura, jakby przed chwilą nie przestawił we mnie jakiegoś przełącznika.
I już wiedziałem —
Jeśli nie będę ostrożny, to może stać się bardzo niebezpieczną grą.






