**Noah**
Wyszedłem z biura trenera Mercera z mętlikem w głowie.
Zły? Może.
Zdezorientowany? Zdecydowanie.
Co ja, do cholery, właśnie zrobiłem?
Ta mała zaczepka — "Myślałem, że by pan sobie ze mną poradził" — miała być testem mojej głupiej teorii, że może on po prostu być tym panem z lochów, z którym wcześniej rozmawiałem. Żenujący i bardzo ryzykowny sposób, który mógł się źle skończyć....
Ale nic z tego nie wynikło. Wydawał się równie zaskoczony jak ja, a ja ostatecznie niemal drżałem pod jego spojrzeniem jak jakiś początkujący uczniak, który nie umiał się obronić. Mam na myśli, że to było wystarczająco złe, że nie mogłem w ogóle skupić się na treningu, ale to? To był nowy poziom głupoty, nawet jak na mnie.
A potem sposób, w jaki na mnie warknął — górował nade mną, krążył wokół mnie niczym pieprzony drapieżnik...
*Proszę pana*.
Kazał mi mówić do siebie *proszę pana*.
Nie dla naszej dwójki. Nie dla drużyny. Tylko dla mnie.
Co to, kurwa, miało być?
Starałem się to zignorować, wmawiając sobie, że byłem po prostu wstrząśnięty. Zmęczony. Bez formy.
Ale to nie chodziło tylko o słowa — chodziło o to, jak je wypowiadał. Z tym samym spokojnym autorytetem. Z tą samą powolną, przerażającą kontrolą.
Niedorzeczne. Doszukiwałem się czegoś znikąd. Robiłem z siebie durnia.
Znowu.
Mimo to... żar w mojej piersi nie chciał zniknąć, niezależnie od tego, kim on tak naprawdę był.
Czy to była adrenalina?
Czy coś bardziej chorego?
Bo w głębi duszy pewna część mnie chciała, żeby był taki jak tamten mężczyzna — chciała, by mnie kontrolował i sprawiał, że czułem się taki malutki. Wstrząśnięty. Obnażony z masek.
*Podniecony.*
Zaraz — co do kurwy?
Podniecony?
Nie byłem gejem. To nigdy nie ulegało wątpliwości.
Chyba że...
Chyba że byłem tylko zepsutym masochistą i tak właśnie układała się moja dysfunkcja. Pragnienie kontroli. Posłuszeństwa. Kary.
Bo to miałoby sens. W pewnym sensie. Jeśli zmrużyłbym oczy i dał sobie wystarczająco dużo psychologicznych furtek, przez które mógłbym się przecisnąć.
Cała ta sytuacja wpędziła mnie w pętlę. Pętlę, w której wciąż tkwiłem, gdy mój telefon zawibrował.
Chwyciłem go.
O ja pierdolę, to było z aplikacji ObeyNet. Moja klatka piersiowa się zacisnęła.
Pan A: "Jutro znajdziesz sposób, by udowodnić posłuszeństwo w prawdziwym życiu. Żadnych negocjacji. Żadnej zwłoki."
Świat się zatrzymał.
Przeczytałem wiadomość jeszcze raz.
*W prawdziwym życiu.*
W ustach mi zaschło.
Nie. Nie, nie, nie.
Usiadłem na krawędzi łóżka, z telefonem w dłoni, z sercem w gardle.
Mówił poważnie?
Czy to był tylko zbieg okoliczności? Jakiś facet z internetu prężący swoje muskuły kontroli, jak to miał w zwyczaju?
Czy może...
*Czy on coś wiedział?*
Pomyślałem o głosie Trenera Mercera — niskim, głębokim, tnącym. O sposobie, w jaki powiedział *proszę pana*. O sposobie, w jaki na mnie patrzył, jakby już był moim właścicielem.
Moje palce drgnęły.
Upuściłem telefon, jakby był trucizną.
Zawibrował ponownie.
**Trener Mercer:**
"Jutro polecisz ze mną do Genewy. Spakuj się na kilka dni. Będziesz figurował jako asystent trenera. Bądź na zewnątrz o szóstej rano."
Zamroziło mnie.
Genewa?
Asystent trenera?
Wpatrywałem się w wiadomość tak długo, że ekran przygasł. Mój puls obijał się o żebra.
Dwie wiadomości. Dwa głosy. Ten sam ton.
*Niech mi Bóg pomoże...*
Czy to on był Panem A?
Moje ręce drżały, gdy pisałem odpowiedź.
**JA:**
**"Genewa, w sensie… w Szwajcarii??"**
**Trener Mercer:**
"Cieszę się, że znasz geografię."
**JA:**
**"Dlaczego ja?"**
**Trener Mercer:**
"Jeden z naszych weteranów odniósł kontuzję podczas treningu w międzynarodowym ośrodku. Lecę na miejsce ocenić sytuację. Będę potrzebował pomocy, a ty potrzebujesz nadzoru. Nie spóźnij się."
Moje serce wciąż biło z prędkością 200 mil na godzinę, kiedy w końcu położyłem głowę na poduszce. Zamknąłem oczy, tylko po to, by zostać utulonym do snu przez obrazy Trenera — ale w moich snach nosił rękawiczki i garnitur, a skórzany pasek był owinięty wokół jego dłoni....
****
Budzik wyrwał mnie ze snu o 5:30 rano i przez sekundę nie wiedziałem, gdzie jestem. Wiedziałem tylko, że byłem wyczerpany, było mi gorąco i już byłem spóźniony.
Doczłapałem się pod prysznic i stałem pod wodą dłużej, niż powinienem, mając nadzieję, że to rozgoni mgłę w mojej głowie — i żar w mojej piersi.
Zanim się ubrałem i byłem gotowy, mój puls nadal przyspieszał.
Coś się działo. Tylko nie wiedziałem co.
Kiedy wyszedłem na zewnątrz, słońce ledwo wzeszło, a powietrze było tak ostre, że mogłoby ciąć. Czarny samochód czekał na biegu jałowym przy krawężniku.
"Wsiadaj" — powiedział kierowca. "Trener czeka na lotnisku."
Nie zadawałem pytań. Po prostu wsiadłem, a mój żołądek zacisnął się w węzeł. Słowa *udowodnisz posłuszeństwo w prawdziwym życiu* odbijały się echem w mojej głowie.
Zanim weszliśmy na pokład prywatnego odrzutowca, pociłem się przez podkoszulek. Siedział przy oknie, z założonymi nogami, podwiniętymi rękawami, w okularach, jak jakiś dyrektor generalny z okładki magazynu. Kiedy na mnie spojrzał, poczułem, jak chłodny front uderza w moją klatkę piersiową.
"Siad."
Usiadłem.
"Musimy wydać oświadczenie o incydencie. Ty je napiszesz. Zrób wersję roboczą przed startem."
Przesunął w moją stronę laptopa — a następnie wydrukowanego maila. "Wszystkie szczegóły są tutaj. Nie rozpisuj się."
Żadnej presji.
Przejrzałem podsumowanie. Zerwane więzadło. Weteran. Wypada do końca sezonu. Słowa zamazywały się, gdy je czytałem, nie dlatego, że były niejasne — ale dlatego, że siedział naprzeciwko mnie, jakby to był jakiś test. Jakbym to ja był tu poddawany ocenie.
Otworzyłem dokument i gapiłem się w ekran, jakby ten był mi winien jakieś odpowiedzi.
Okej. Oświadczenie dla prasy. Ma być czyste. Ma być zwięzłe.
Pisałem. Krótkie, urwane linijki. Tylko fakty. Ton przywódczy. Przeczytałem to dwa razy, po czym oddałem mu.
Czytał w milczeniu, a jedna brew powędrowała mu do góry.
"Niejasne" — powiedział oschłym głosem. "Przepisz to."
Zamrugałem. "Tak, proszę pana."
Zaraz. *Proszę pana*?
Nie patrzyłem na niego. Po prostu wziąłem laptopa i zacząłem od nowa, przedzierając się przez ciężar własnego rozczarowania.
Z jakiegoś nienaturalnego powodu chciałem — wręcz musiałem — zaimponować temu mężczyźnie. A kiedy jego intensywnie niebieskie oczy zablokowały się na moich o sekundę za długo, poczułem to — *to pragnienie jego aprobaty.*
Wziąłem wdech. Spróbowałem się skupić. Wciąż świadomy jego spojrzenia, wziąłem się do pracy...
Wersja druga: Bardziej profesjonalna. Z lekkim pazurem. Uspokajająca dla fanów.
Powietrze między nami zmieniło się, gdy czytał — spokojny, opanowany, całkowicie niewzruszony — podczas gdy ja siedziałem, próbując nie obgryźć paznokci do samych knykci.
"Nieprofesjonalne."
Moja szczęka się zacisnęła. Ponownie sięgnąłem po laptopa w milczeniu. Coś pomiędzy dumą a paniką — może napędzany traumą instynkt — sprawiało, że trzęsły mi się ręce.
Wersja trzecia: Przelałem w to pieprzone pismo całe swoje serce. Cytat od głównego trenera. Przesłanie jedności. Było solidne. Musiało być.
Nawet nie mrugnął.
"Niekompetentne."
Moje dłonie były śliskie. W gardle mi zaschło. W kabinie było lodowato od klimatyzacji, ale moje ciało płonęło.
Jego wzrok spoczywał na mnie — cichy, skupiony. Jakby badał mnie, a nie moją wersję roboczą.
Dlaczego jego dezaprobata przypominała karę?
Spędziłem całe swoje życie pod butem mojego ojca — jego napady szału, jego wyzwiska — ale nic nigdy nie weszło mi pod skórę tak jak to.
Dlaczego, do cholery, odrzucenie ze strony *tego* mężczyzny sprawiało, że czułem, jakbym pękał?
Czy naprawdę byłem aż tak bezużyteczny?
Frustracja przerodziła się w coś głębszego — ciasnego, dusznego, panicznego.
"S—staram się" — wymamrotałem, prawie wstrzymując oddech.
Pochylił się. Powoli. Z rozmysłem. Ciepła dłoń spoczęła na moim ramieniu.
A jego głos — niski, stanowczy, druzgocący....
"Oddychaj, chłopczyku."
Słowa uderzyły we mnie niczym cios w twarz.
Zamarłem.
Ten głos. To zdanie. To określenie.
W mojej głowie zrobiło się pusto. Żar spłynął w dół mojego kręgosłupa.
Nie mogłem na niego spojrzeć.
Nie zamierzałem na niego spojrzeć.
Cofnął się bez słowa. Następnie skinął głową uspokajająco.
"Napiszesz to jeszcze raz, po raz ostatni. I tym razem zrobisz to dobrze."
Ja również skinąłem głową, w milczeniu, próbując przypomnieć sobie, jak używać palców.
Gdzieś nad Francją zacząłem pisać.
Moje dłonie wciąż drżały.
Nie od presji.
Nie od zimna.
Ale od dźwięku jego głosu —
I od faktu, że chociaż przez sekundę, byłem gotów okazać posłuszeństwo.






