**Aiden**
Serce waliło mi w klatce piersiowej w sekundę po przeczytaniu tych słów.
To był on.
**Ciekawski X.**
Odważny, lekkomyślny sub, który rzucił mi wyzwanie kilka dni temu — ten, którego głos był przesiąknięty zarówno buntem, jak i pragnieniem — to był Noah Blake. Mój nowy gracz. Debiutujący rozgrywający z zakompleksioną duszą i napięciem wszytym w każdy ruch.
Powinienem był to urwać. To byłoby mądre, etyczne i profesjonalne. Ale nigdy nie udawałem dobrego człowieka.
W chwili, gdy powiedział mi o swoim gównianym dniu — dniu, który zaplanowałem od początku do końca — mój żołądek skręcił się z poczucia winy... a potem zacisnął z powodu czegoś mroczniejszego.
Dumy.
Zaborczej, elektryzującej dumy.
O tak, to było to... Mój kutas zaczął nabierać objętości.
Załamał się. Dokładnie tak, jak chciałem. A potem przybiegł prosto do mnie.
Ale jego kolejna wiadomość... w nią uderzył inny ton.
Była *szczera*. Obnażona.
I nie byłem gotowy na ten cichy rodzaj bólu, który niosła ze sobą, a coś wewnątrz mnie przestawiło się w tryb ochronny.
**JA:**
**Nie masz być *normalny.***
**Twoje ciało nie zostało do tego stworzone.**
**Jesteś wyjątkowy i silniejszy niż myślisz.**
**Zostałeś stworzony do napięcia. Do oporu.**
**Do *dyscypliny.***
**I o tym wiesz.**
Obserwowałem migający dymek pisania.
**Ciekawski X:**
Nie wiem nic o tych rzeczach.
Skąd ty możesz to wiedzieć?
**JA:**
**Powiedziałem ci od samego początku, czego oczekuję, a ty wracałeś po więcej.**
**Tym razem bez maski.**
**Pokazałeś mi prawdziwego siebie.**
**Jestem obcy — ale w jakiś sposób dopuszczasz mnie do siebie.**
**Ciekawski X:**
Żałosne, co?
**JA:**
**Odważne.**
**Z jajami.**
**Kiedy udawałeś kogoś innego, byłem zaintrygowany.**
**Teraz, gdy wiem więcej?**
**Jestem zaangażowany.**
Nastała przerwa. Dłuższa.
Oparłem się w moim hotelowym krześle z telefonem w dłoni, wyobrażając sobie go tuż na końcu korytarza — prawdopodobnie krążącego po pokoju, przygryzającego wargę, próbującego uspokoić chaos w swojej piersi.
A ja byłem tego przyczyną.
**Ciekawski X:**
Myślałem dzisiaj o tobie.
Zanim zdążyłem sobie z tego zdać sprawę, zacząłem wyobrażać sobie twój głos.
Jakby to było jedyne, co powstrzymywało mnie od pęknięcia.
**JA:**
**A teraz?**
**Ciekawski X:**
Nadal pękam.
Tylko trochę ciszej.
**JA:**
**To nie jest słabość.**
**To presja, która nie znajduje ujścia.**
**I właśnie dlatego potrzebujesz zasad.**
Kogoś, kto upewni się, że ich przestrzegasz.
Koniec z popadaniem w spiralę.
Koniec z karaniem siebie za to, że pragniesz kontroli.
Niemal czułem, jak wstrzymuje oddech.
**Ciekawski X:**
Nigdy nikomu aż tyle nie powiedziałem.
Nawet przyjaciołom.
Nikt nigdy nie pytał.
Dlaczego ty to zrobiłeś?
**JA:**
**Ponieważ potrzebowałeś, abym to zrobił.**
**Chciałeś, żebym wiedział.**
**Bym mógł przejąć stery.**
**I to *zrobię*...**
***Jeśli mi na to pozwolisz.***
Jego następna wiadomość nie nadeszła od razu. Ale czekałem. Miałem wrażenie, że to będzie punkt zwrotny.
**Ciekawski X:**
Chcę.
Chcę ci pozwolić.
I wiem, że to zabrzmi choro, ale…
Chcę się spotkać.
Twarzą w twarz.
Moja szczęka się zacisnęła.
*Kurwa.*
Przez ułamek sekundy — zaledwie jedną — rozważyłem to. Ta surowość w jego wiadomościach. Jego wrażliwość. To wzbudziło we mnie jakiś instynkt ochronny. Niebezpieczny.
Ale nie mogłem do tego dopuścić. Jeszcze nie.
**JA:**
**Nie jesteś gotowy.**
**A ja nie przekraczam granic, dopóki nie wiem, co na mnie czeka po drugiej stronie.**
**Pisz dalej.**
**Oddychaj.**
**Bądź posłuszny.**
**Spotkamy się, kiedy nadejdzie odpowiedni czas.**
Wpatrywałem się w ekran, opierając się pokusie napisania czegoś więcej.
Prawda była taka — już wiedziałem, co czeka po drugiej stronie.
Ale nie mogłem sobie pozwolić, żeby w to wpaść.
Nie wtedy, gdy jedyną rzeczą, która była bardziej niebezpieczna niż trenowanie go...
było pragnienie go.
**Ciekawski X:**
Więc nie mogę już rozmawiać.
I tak po prostu zniknął.
Zakląłem pod nosem. Igrałem z ogniem, i cholernie dobrze zdawałem sobie z tego sprawę.
Jeden niewłaściwy ruch — jedno potknięcie — i mogłem stracić wszystko. Gdyby zorientował się, kim jestem, i zdecydował zanieść to do zarządu, moja kariera byłaby skończona.
Ale coś mi podpowiadało, że tego nie zrobi. Byłem w dziewięćdziesięciu procentach pewien — a może nieco mniej — że *chciał* tego. Może nawet potrzebował tego tak samo bardzo, jak ja.
I byłem skłonny podjąć to ryzyko.
W odpowiednim czasie.
Kroki Noaha nieznacznie zostawały w tyle za moimi, gdy przemierzaliśmy hotelowy korytarz. Nie musiałbym się odwracać, żeby wiedzieć, że jego wzrok był wbity we mnie. Napięcie między nami — gorące, kruche i znajdujące się tuż pod powierzchnią — było większe niż kiedykolwiek.
"Wyglądasz na zmęczonego, młody" — rzuciłem, nie zadając sobie trudu, by na niego spojrzeć.
Stęknął. "Kiepsko spałem."
"Hm."
Zatrzymałem się. Odwróciłem nieznacznie.
"Nie spędziłeś chyba połowy nocy wlepiony w telefon, co?"
To zaowocowało przebłyskiem jego zwykłej brawury. "A co, jeśli tak? Wydaje mi się, że to nie pańska sprawa, Trenerze."
Zrobiłem powolny krok w jego stronę. Potem drugi.
"To staje się moją sprawą, gdy pod moją obserwacją spada twoja wydajność."
*Pauza.*
"A zasypianie na moim zebraniu sztabu uznałbym za pieprzony spadek."
Jego szczęka napięła się, a wzrok wyostrzył — ale nie bojowo. Nie do końca.
"Nie zasnąłem."
"Mrugałeś dłużej, niż inni śnią."
Przeniósł ciężar ciała, nagle przyjmując defensywną postawę.
"Nie siedziałem na telefonie.... Byłem zmęczony po podróży."
Zrobiłem jeszcze jeden krok. Wystarczająco blisko, by poczuć cytrusowy zapach jego porannego żelu pod prysznic. Mój głos zniżył się do szeptu.
"Grzeczni chłopcy nie kłamią."
Zaparło mu dech. Zamrugał wpatrując się we mnie, zarumieniony, rozdarty między pragnieniem by odwarknąć, a tą częścią niego, która pragnęła właśnie tego.
Nie dotknąłem go. Nie musiałem. Napięcie między nami rozciągnęło się tak mocno, że aż wibrowało.
"Na boisku jesteś mój, by cię trenować, Blake. Nie zmuszaj mnie, bym musiał trenować cię również poza nim."
Następnie odszedłem — stawiając powolne, celowe kroki — zostawiając go stojącego tam, z gorączką wstydu i czymś jeszcze, pełzającym mu pod skórą.
Trzymał się na dystans przez resztę popołudnia, odwrotnie do tego, czego wręcz pragnęło całe moje ciało. W jakiś sposób uzależniałem się od jego napięcia i tych subtelnych zmian w jego ciele, kiedy naciskałem jego czułe punkty, więc postanowiłem trochę się zabawić.
Po kolacji wezwałem go do salonu połączonego z moim pokojem — ściśle w sprawach zawodowych, oczywiście. Zjawił się w dresach i bluzie z kapturem, z wilgotnymi lokami po prysznicu wciąż przyklejonymi do czoła, wyglądając jak uosobienie buntu w przebraniu — i, cholera, jak najbardziej irytująco kusząca rzecz, na jaką rzuciłem okiem. Rodzaj pokusy, która sprawiała, że chciałem go zniszczyć, i to w ten dobry sposób.
Wskazałem na krzesło naprzeciwko mnie.
"Siad."
Usiadł — powoli. Z założonymi ramionami. Ze ściśniętą szczęką.
Dobrze.
Podniosłem teczkę leżącą obok i zacząłem.
"Jesteś tu, jako część szkolenia. To oznacza, że będziesz mi pomagał we wszystkim, w czym będę cię potrzebował. Co obejmuje, ale nie ogranicza się do —"
Przewróciłem stronę, celowo rzucając mu spojrzenie.
"— wydrukowania zaktualizowanych notatek z odprawy i położenia ich podświetlonych na moim biurku punktualnie o 9:00 rano. Zapamiętania raportu lekarza drużyny przed jutrzejszą konsultacją dotyczącą rehabilitacji. Będę cię z tego pytał. A podczas oceny zawodników, będziesz stał przy moim boku. Obserwował. W milczeniu. O nic nie pytając."
Jego usta się rozchyliły.
"Mówi pan teraz poważnie?" Odpyskował. "Nie jestem pańską pieprzoną sekretarką."
Ogień w jego głosie był niemal słodki. Niemal uroczy.
Pochyliłem się do przodu ze splecionymi dłońmi.
"Jesteś na tym wyjeździe dzięki mnie. Jesteś w tej drużynie dzięki mnie. Chcesz zostać? W takim razie spełnisz wszystko, czego się od ciebie wymaga."
Próbował wstać. Nie poruszyłem się, ale mój ton przeciął powietrze niczym szkło.
"Siadaj."
Zamarł — po czym ponownie usiadł, tym razem wolniej.
Wstałem i przeszedłem za jego plecy.
"Chcesz być wspaniałym rozgrywającym, Blake? W takim razie musisz trenować to, czego ci brakuje. A w tej chwili, jest to dyscyplina."
Zatrzymałem się tuż za nim, na tyle blisko, by mój głos mógł ślizgać się po jego skórze niczym jedwab.
"Rano popracujemy nad twoim ciałem. Pełna siłownia, punktualnie o siódmej. Ale teraz? Treningu potrzebuje twoje nastawienie."
Nie poruszył się.
"Chcesz nauczyć się, czego wymaga bycie liderem?" Zapytałem, nisko i stanowczo.
Niechętnie skinął głową.
"Zatem wykonuj polecenia."
Przełknął ślinę, a jego grdyka podskoczyła. "Tak... proszę pana."
Uśmiechnąłem się.
"Dobrze. W takim razie zaczynajmy."
Gdy wstał i wyszedł z pokoju, z podniesioną głową, ale zarumienionymi uszami, pozwoliłem, by moje spojrzenie chwilę na nim zawirowało.
*Prawdziwa gra dopiero się zaczęła.*






