**Aiden**
Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem sadystą.
A przynajmniej nie w taki sposób, jak myślą ludzie.
Wszystko, co zrobiłem tamtego ranka – ćwiczenia, mierzenie czasu, komendy – nie dotyczyło kontroli samej w sobie. Chodziło o niego.
Noaha Blake'a.
Debiutanta ze zbyt wielkim ogniem, z którym nie miał co zrobić.
Wykonywał każde polecenie, jakby posłuszeństwo go wkurwiało, a jednak wciąż to robił – z zaciśniętą szczęką, drżącymi mięśniami, z oczami błyszczącymi za każdym razem, gdy podszedłem zbyt blisko.
Dokładnie ten rodzaj oporu, który aż prosił się, by go złamać.
Mówiłem sobie, że to jest trenowanie. Szkolenie. Tworzenie struktury.
Ale patrzenie, jak się porusza – patrzenie, jak poddaje się w małych, niechętnych kawałkach – w niczym nie przypominało pracy.
– Wytrzymaj – powiedziałem, krążąc za nim, gdy napinał się w desce. – Trzydzieści sekund.
Chrząknął, a pot kapał mu na matę.
Kucnąłem obok niego, wystarczająco blisko, by poczuć, jak rwie mu się oddech.
– Poddasz się, zaczynasz od nowa.
Jego głos był ostry. – W takim razie licz szybciej, Trenerze.
Bezczelny gówniarz.
Ale nie przeoczyłem delikatnego drżenia w jego ramionach, błysku gorąca, gdy powiedziałem: – Stać cię na więcej, Blake. Oddychaj.
Zrobił to.
Zawsze to robił.
Kiedy stoper zasygnalizował koniec, padł na podłogę z dyszącą klatką piersiową. Jego koszulka przylegała do pleców, a pot spływał mu wzdłuż linii kręgosłupa. Zasuszło mi w gardle, zanim zmusiłem się, by odwrócić wzrok.
– Dobrze – powiedziałem głosem niższym, niż zamierzałem. – Zjaw się w sali konferencyjnej za dwadzieścia minut. Masz podsumowanie do przygotowania.
Spojrzał w górę. – Wciąż jestem twoim asystentem, co?
– Dopóki nie powiem inaczej.
Jego uśmieszek był szybki i irytujący. – Tak jest, proszę pana.
To słowo uderzyło we mnie jak cios.
Tym razem nie było to kpiące – w połowie to instynkt, w połowie coś innego.
Odwróciłem się, zanim moja reakcja stała się widoczna.
Resztę dnia było łatwiej udawać.
Dawałem mu zadania, sprawdzałem jego skupienie, kazałem mu recytować notatki z rehabilitacji, dopóki nie przestał się jąkać. Za każdym razem, gdy robił coś dobrze, chciałem mu to powiedzieć – *dobry chłopiec* – ale tego nie zrobiłem.
Zasłużył na to. Ale nie mogłem sobie pozwolić, by mu to dać.
Pochwała to smycz, a ja nie byłem jeszcze gotów, by ją mocno naciągnąć.
Do wieczora stał się cichy.
Posłuszny. Efektywny.
I nie powinno mnie to napawać dumą, a jednak tak było.
Kiedy wychodził z mojego biura, zawahał się w drzwiach, jakby chciał coś powiedzieć. A potem zrezygnował.
– Słuchawki – mruknął, prawie do siebie. – Zostawiłem w siłowni.
Tylko kiwnąłem głową. – To idź po nie.
Poszedł.
I na tym powinno się było skończyć.
Zostałem po kolacji, trenując samotnie w cichym buczeniu świetlówek.
Siłownia była pusta, powietrze pachniało ostro gumą i potem.
Każde powtórzenie paliło. Każda seria przypominała mi o tym, co straciłem – o kolanie, szybkości, o karierze, która umarła zbyt wcześnie.
Ale obraz, który ciągle się narzucał, nie należał do przeszłości.
To był on.
Noah, z podwiniętymi rękawami, rozchylonymi wargami, z ciałem napiętym pod moją komendą.
Sposób, w jaki spojrzał na mnie tamtego ranka, gdy padło *proszę pana*.
Wyzywający. Ciekawy. Pragnący.
Próbowałem to z siebie zrzucić, skupiłem się na naciągu linki, zgrzycie mięśni i metalu. Ale przy piątej serii moje myśli zdążyły już ześlizgnąć się w nieco mroczniejsze miejsce.
Powiedziałem sobie, że to rozładowanie napięcia.
Ulga.
Ale kiedy wszedłem pod prysznic, kłamstwo się rozsypało.
Gorąca woda spływała po moich ramionach, a ja widziałem tylko jego usta – jego zarumienioną szyję – drżenie jego ramion, kiedy kazałem mu wytrzymać.
Moja dłoń zacisnęła się.
Powolne, celowe ruchy.
Kontrola, nawet tutaj.
Szczególnie tutaj.
– Oddychaj – mruknąłem pod strumieniem wody. – Po prostu oddychaj.
Początkowo nie usłyszałem drzwi.
Potem – ciche kroki. Niepewne.
Delikatne poruszenie powietrza.
Ktoś tam był.
Odwróciłem się lekko, woda maskowała wszystko z wyjątkiem dźwięku mojego własnego bicia serca – i tego cichego wdechu, który znałem aż zbyt dobrze.
Noah.
Jednak nie wyszedł.
A kiedy nasze oczy spotkały się przez parę, świat się zatrzymał.






