**Noah**
Za kogo on się, do cholery, uważał?
Powinienem był wybiec z tamtego pokoju, zatrzasnąć za sobą drzwi i kazać mu wsadzić sobie tę podkładkę w...
Ale tego nie zrobiłem.
Zamiast tego wyszedłem jak dobry, posłuszny żołnierzyk, z podniesioną głową, płonącymi uszami i sercem bijącym w tym irytującym, zacinającym się rytmie, który zdawał się pojawiać tylko w jego obecności. Ten głos… sposób, w jaki ślizgał się po mojej skórze i wbijał w kręgosłup jak hak – nienawidziłem go. *Nienawidziłem* tego, że mi się podobał.
Pan A totalnie namieszał mi w głowie.
Fantazjowałem o nim od dni. Śniłem o tym, by być pod jego dłońmi, słuchać jego głosu, oddawać mu kontrolę, choć nawet nie chciałem przyznać, że tak bardzo się jej trzymałem. Pragnąłem wszystkiego, co oferował, każdej mrocznej obietnicy, którą szeptał w tamtych późnonocnych rozmowach.
Ale to? Pragnienie *Trenera Mercera*? To było coś innego.
To było niebezpieczne.
A jednak… za każdym razem, gdy mi rozkazywał, za każdym razem, gdy patrzył na mnie, jakbym był czymś do ukształtowania i uformowania – czułem to. To ciche, niechciane przyciąganie. To gorąco.
I tak, część mnie wciąż się zastanawiała. Wciąż podejrzewała to, co niemożliwe. Co, jeśli byli tym samym mężczyzną? Co, jeśli Pan A i Trener byli tylko dwoma imionami dla tej samej pary ostrych, szarych oczu?
Jeśli to była prawda, miałem kompletnie, absolutnie przejebane.
Zwlokłem się z łóżka wcześniej, niż powinienem. I tak niewiele spałem. Moja głowa była strefą wojny, a moje ciało czuło się jeszcze gorzej.
Punkt 6:00 rano byłem w hotelowej siłowni, uderzając stopami o bieżnię, próbując wypocić z siebie każdą popieprzoną myśl, której nie powinienem był mieć. Byłem tu, by grać w futbol – a nie by mieć obsesję na punkcie pięćdziesięciu twarzy tego, czymkolwiek to, do cholery, było. Nie kręcili mnie faceci. Nie potrzebowałem Doma. Nie potrzebowałem Trenera Mercera, który mówiłby mi, jak mam myśleć, oddychać czy się zachowywać.
A jednak...
Moja klatka piersiowa zacisnęła się, gdy usłyszałem, jak otwierają się drzwi siłowni.
Spojrzałem w górę.
Wszedł jak burza ubrana na czarno – wciąż wilgotny po prysznicu, z rozczochranymi włosami, pachnący miętą i dominacją. Jego wzrok powoli i oceniająco przesunął się po mnie.
W jego oczach mignęła aprobata.
*Dobry chłopiec.*
Nie powiedział tego. Nie musiał. Czułem to na każdym centymetrze skóry.
I niech to szlag – moje serce znów zabiło szybciej.
Powoli, celowo podszedł do ciężarów, jakby to miejsce należało do niego. Jakbym ja należał do niego. Podniósł podkładkę, stuknął nią raz o dłoń, a potem spojrzał na mnie, jakbym był kolejną rzeczą, którą zamierzał złamać.
– Zejdź z bieżni.
Prawie przewróciłem oczami – ale tego nie zrobiłem. Nie, kiedy zobaczyłem ten błysk w jego oczach. Nie, kiedy moje ciało drgnęło, jakby lubiło, gdy tak do mnie mówiono.
Zwolniłem pas i zszedłem, wycierając pot z szyi ręcznikiem przerzuconym przez ramię.
– Rozgrzewka skończona – powiedział. – Czas wytrenować te partie, które faktycznie mają znaczenie.
Przełknąłem ciężko ślinę. – Co, na przykład brzuch?
Jego wargi drgnęły – na tyle, by stało się to niebezpieczne. – Kontrolę.
Zanim zdążyłem zapytać, co to do cholery miało znaczyć, rzucił mi parę gum oporowych i wskazał na podłogę. – Deska. Jedna minuta. Kiedy powiem „zmiana”, czołgasz się na następne stanowisko. Jeśli odpoczniesz, zanim ci na to pozwolę – twój tyłek zaczyna od nowa.
Moja klatka piersiowa się skurczyła. – Mówisz poważnie?
Jego wzrok opadł, tylko na sekundę, na moją talię. Potem powoli powędrował z powrotem w górę. – Czy wyglądam, jakbym żartował, Blake?
Nie. Nie, nie wyglądał.
Opadłem do deski, powstrzymując jęknięcie. Każdy centymetr mnie krzyczał z powodu wczorajszej podróży, z napięcia, z faktu, że nie mogłem przestać o nim – o nich – myśleć, a on teraz kazał mi przez to przechodzić?
– Jedna minuta – powiedział spokojnie, podchodząc bliżej. – Drgniesz, zaczynamy od nowa. Upadniesz, dodajemy pompki. Zaczniesz pyskować…
Pozwolił, by to zdanie zawisło w powietrzu, niedokończone.
Ale poczułem jego koniec.
Zostaniesz ukarany.
Moje ramiona drżały. Pot kapał z czoła na matę. Moje mięśnie płonęły – podobnie jak moje myśli.
Krążył wokół mnie powoli, jak drapieżnik oceniający ofiarę. Spokojny, milczący, dominujący. Czułem, jak obserwuje sposób, w jaki trzymam ciało, napięcie na moich plecach, drgnięcie moich dłoni, gdy chciałem się poddać, ale tego nie robiłem.
– Lubisz, gdy ci się mówi, co masz robić, prawda?
Jego głos rozległ się za mną, cichy i zadowolony z siebie. Moja szczęka się zacisnęła.
– Nie, proszę pana, nie lubię.
Pauza.
– To dlatego ci stoi?
Kurwa. Wstrzymałem oddech. – Nie stoi mi.
Ale stał. Czułem, jak mój wzwód zaczyna pulsować o materiał bokserek.
– Mm. – Przeszedł dookoła, by znów stanąć ze mną twarzą w twarz, z założonymi ramionami. – Jesteś tego pewien?
Spuściłem wzrok, zgrzytając zębami, gdy stoper w jego telefonie wydał sygnał.
– Zmiana – powiedział, chłodno i ostro.
Poczołgałem się na następne stanowisko, upokorzony. Podniecony.
On nie przestawał. Wykroki. Krzesełko przy ścianie. Unoszenie ramion z tymi głupimi gumami, które po dziesięciu sekundach paliły jak ogień piekielny. Za każdym razem, gdy zaczynałem słabnąć, on tam był – poprawiał mnie, kpił ze mnie, obserwował mnie.
Byłem zlany potem, moje ciało drżało.
– Ciężko ci? Sam tego chciałeś – powiedział w pewnym momencie, a jego głos brzmiał jak stal owinięta w aksamit. – Po to tu jesteś.
Zacisnąłem zęby. – To ty mnie tu zabrałeś.
Jego uśmieszek się pogłębił, gdy znów okrążył mnie od tyłu. – Dokładnie. Jako mojego asystenta, pamiętasz? Ale nie jesteś *moją pieprzoną sekretarką*, prawda? Jesteś zawodnikiem i chciałeś się spocić, tak? Cóż, sprawię, że się spocisz.
Nie poruszyłem się. Nie mogłem. Moje nogi były zablokowane w krzesełku, mięśnie drżały, a oddech był płytki.
– Pozwól, że powiem ci, jak to będzie wyglądać, chłopcze – powiedział cicho, tuż przy moim uchu. – Od tego dnia będę cię obserwować. *Uważnie*. Będę cię cisnąć. Poprawiać cię. Monitorować to, co jesz, jak śpisz, jak trenujesz… i jak reagujesz.
Moja klatka piersiowa się skurczyła. Nie krzyczał. Nie był zły. Nie musiał być.
– Będę cię łamać, kawałek po kawałku – powiedział, obchodząc mnie, by stanąć ze mną twarzą w twarz. – Nie po to, by cię zniszczyć, Blake, ale by zbudować z ciebie mężczyznę, którym zbytnio boisz się stać.
Jego oczy wbiły się w moje.
– Dyscyplina. Kontrola. Posłuszeństwo. To odróżnia gracza od lidera. I nie miej złudzeń… – Jego głos zniżył się, stając się cichy i mroczny. – Poprowadzę cię tam. Nawet jeśli będę musiał cię zaciągnąć siłą.
Nie powiedziałem ani słowa.
Nie mogłem.
Ponieważ część mnie chciała walczyć.
A część mnie chciała paść na kolana i powiedzieć: *Proszę*.
Ale nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy.
Moje kolana prawie się ugięły, gdy zacząłem naciskać mocniej, tylko po to, by udowodnić mu, że złamanie mnie będzie wymagało pracy, ale w rzeczywistości widziałem już najdrobniejsze pęknięcie pod moją drżącą powierzchnią.
Zanim skończyliśmy, byłem cały mokry od potu, moje mięśnie drżały, duma była w strzępach – a jakimś cudem jedyne, o czym mogłem myśleć, to on.
Sposób, w jaki na mnie patrzył. Sposób, w jaki do mnie mówił. Sposób, w jaki przeze mnie przenikał.
Byłem tu po to, by zostać rozgrywającym.
Ale zaczynałem myśleć, że on miał na myśli coś zupełnie innego.






