languageJęzyk

Rozdział 4 Punkt bez powrotu

Autor: Aeliana Thorne 4 kwi 2026

Chloe zawsze uosabiała uległość – obowiązkowa żona, która nigdy nie kwestionowała jego wyjść i powrotów. Więc dlaczego nagle wydawała się kimś zupełnie obcym?

Arthur wziął uspokajający oddech, wymuszając bardziej stonowany ton. "Przyznaję, byłem pochłonięty firmą i nie poświęcałem ci uwagi, na którą zasługujesz. Postaram się być lepszy". Złagodził głos jeszcze bardziej, popychając markową torebkę w jej stronę. "To najnowsza limitowana edycja – kupiłem ją specjalnie dla ciebie. Jeśli chcesz czegoś jeszcze, po prostu to weź". Mówiąc to, wyciągnął z portfela kartę i położył ją przed Chloe – kartę dodatkową, połączoną z jego głównym kontem, bez limitu wydatków.

To było wyobrażenie Arthura o gałązce oliwnej. Jeśli chodziło o finanse, nigdy nie był wobec niej skąpy. Pod wieloma względami Chloe była żoną idealną – cichą, niewymagającą, nigdy nierobiącą scen.

Urządzanie awantur po prostu nie leżało w jej naturze.

Brwi Arthura zmarszczyły się lekko, a w jego oczach przemknęła autentyczna irytacja.

"Arthurze, myślę, że nie rozumiesz, w czym rzecz". Chloe spojrzała na niego swoimi pięknymi, ale zimnymi i zdystansowanymi oczami. "Nie jestem tutaj, by negocjować. Oficjalnie cię powiadamiam – znikasz z mojego życia na dobre!".

To przebrało miarkę dla Arthura.

"Chloe, nie przeciągaj struny. Jennifer uratowała mi życie. Jestem twoim mężem. Czy tak moja żona traktuje osobę, która mnie uratowała? Szukasz zaczepki o każdy drobiazg, niezdolna do okazania choćby odrobiny wspaniałomyślności. Nie martwisz się, co ludzie powiedzą, jeśli to wyjdzie na jaw?".

Uderzył dłonią w stół, a dźwięk odbił się echem w pomieszczeniu. Po raz pierwszy od lat podniósł na nią głos.

Chloe przyjrzała się jego wściekłej twarzy i w rzeczywistości się uśmiechnęła. "Nie jestem winna Jennifer absolutnie niczego. Dlaczego miałabym być wspaniałomyślna? Kim ona dla mnie jest? Chcesz, żebym oddawała jej cześć? Dobrze – kiedy umrze, ufunduję jej tablicę pamiątkową".

"Nie boisz się, że ludzie nazwą cię małostkową i powiedzą, że nie nadajesz się na żonę dyrektora generalnego?". Arthur ledwo powstrzymywał wściekłość.

Patrząc, jak łatwo Arthur wpada w furię z powodu Jennifer, Chloe poczuła gorzką ironię. Więc to była jego prawdziwa miłość. Przez sześć lat stała u jego boku jako jego żona. Arthur ożenił się z nią tylko dlatego, że nalegał na to Charles, i dlatego, że była w ciąży. Zaaranżował kogoś, by się nią opiekował, podczas gdy on sam zakopał się w pracy. Te lata sprawiły, że jego firma rozrosła się, by stać się najpotężniejszym konglomeratem w Capaville.

Prawdopodobnie przez całe ich małżeństwo odbyli mniej rozmów niż tylko tego jednego dnia.

"Wyjdzie na jaw?". Wargi Chloe wygięły się w kpiącym uśmiechu. "Nawet jeśli, to nie ja będę musiała świecić oczami".

"Chloe... Nie posuwaj się za daleko". Głos Arthura zagrzmiał w pokoju. Miał tak mocno zaciśnięte pięści, że aż strzelały mu knykcie.

Zauważając kątem oka Roberta schodzącego po schodach, Chloe zniżyła głos. "To wszystko, co mam do powiedzenia. Ja już podpisałam papiery. Jeśli chcesz to załatwić kulturalnie, po prostu je podpisz. Jeśli nie, skontaktuje się z tobą mój prawnik".

Z tymi słowami wstała. W chwili, gdy zdecydowała, że już nie chce Arthura, stał się dla niej nikim.

Teraz liczył się dla niej tylko Robert.

"Chloe! Nie rozdmuchuj tego do niebotycznych rozmiarów. Chcesz rozwodu z tak błahego powodu? Jesteś nierozsądna! Jeśli naprawdę to zrobisz, myślisz, że tam sobie poradzisz? Nie zapominaj, kim jesteś". Arthur chwycił ją za nadgarstek.

Przypominał jej – Chloe była tylko prowincjonalną dziewczyną, którą sprowadzono z powrotem, by odgrywała rolę bogatej dziedziczki. Jeśli przestanie być żoną prezesa i wróci do swojej rodziny, co się z nią stanie?

Na te słowa oczy Chloe pociemniały. Spojrzała w dół na dłoń Arthura zaciskającą się na jej nadgarstku; ucisk już sprawił, że jej skóra poczerwieniała.

Arthurze!

Gdyby był dobrym mężem, zniosłaby wszystko, by być idealną żoną. Ale skoro nie był, to po co tracić na niego choćby jeszcze jedno tchnienie?

Właśnie kalkulowała, jakiej siły musiałaby użyć, żeby się wyrwać, gdy rozdzwonił się telefon Arthura, przerywając napiętą ciszę.

Wyraz twarzy Arthura uległ zmianie. Puścił jej nadgarstek i odebrał połączenie.

Na ekranie błysnęło imię Jennifer. Jego oczy pociemniały, gdy podniósł słuchawkę.

"To ja. Co się stało?". Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą kipiał ze złości, teraz mówił z łagodną troską.

"Arthurze, Jenarth właśnie zemdlał. Nie potrafię go dobudzić, nie wiem, co robić... Arthurze... Tak bardzo się boję...". Głos Jennifer drżał przez łzy.

W salonie było tak cicho, że Chloe słyszała każde słowo. Jennifer z pewnością wiedziała, jak wybrać odpowiedni moment.

Arthur był w domu zaledwie od kilku minut, w samym środku ich kłótni. W obecności Chloe każdy, kto miał usłyszeć, z pewnością usłyszał. Ten telefon był idealnie zgrany w czasie – wiedziała dokładnie, co robi.

"Arthurze, mój Jenarth... Kompletnie nie reaguje... Zawsze był chorowity, a co, jeśli coś się stanie... Ach... Jestem przerażona!". Szlochy Jennifer stawały się coraz bardziej rozpaczliwe.

"Jennifer, nie panikuj. Zaraz wezwę lekarza". Głos Arthura był przepełniony niepokojem. "Trzymaj się, już do ciebie jadę".

Rozłączył się, zerknął na Chloe, która ze spokojem obserwowała każdy jego ruch, i rzekł surowo: "Przestań robić sceny, dobrze? Zakończmy to tutaj. Coś jest nie tak z Jennifer. Jenarth ma zaledwie pięć lat, cierpi na chorobę serca i nie może się denerwować. Jennifer wychowuje go sama – jest wyczerpana i nie ma do kogo się zwrócić. Potrzebuje teraz kogoś. Muszę iść".

Bez słowa więcej Arthur odwrócił się i pospieszył do wyjścia.

Kiedy wychodził, Robert dotarł na dół schodów. Arthur tylko na niego zerknął, nie odezwał się i wyszedł.

Robert spojrzał na oddalające się plecy Arthura i parsknął. "Nawet najstarsze sztuczki knującej baby mogą wodzić go za nos. Dzięki Bogu, wszechświat zlitował się nade mną i on nie jest moim ojcem. Co za żart!".

Chloe spojrzała na puste drzwi, w których zniknął Arthur, i wydała z siebie zimny śmiech.

Arthurze, to twój wybór. Idź i bądź ze swoją "prawdziwą miłością". Obyście żyli długo i szczęśliwie, uwikłani w siebie nawzajem.

Jej wzrok padł na niepodpisane dokumenty rozwodowe wciąż leżące na stole.

Każdy rozsądny mężczyzna podpisałby je natychmiast – nie prosiła o nic więcej, niż tylko o to, co prawnie jej się należało.

"Idź spakuj swoje rzeczy" – powiedziała cicho Chloe do Roberta. "Czas, byśmy opuścili to miejsce".

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki