Stawiam stopę na stopniu powozu i, pochylając głowę, wchodzę do środka. Jest ciemno, ale kiedy unoszę wzrok, dostrzegam spory cień w kształcie mężczyzny. Powietrze uchodzi z moich płuc, jakbym dostała kopniaka w klatkę piersiową. Siadam z bardzo wyprostowanymi plecami i spiętymi ramionami. Staram się nie patrzeć bezpośrednio na cień.
– Ruszajmy – mówi, stukając w dach spokojnym, lecz stanowczym głosem. Jest męski i hipnotyzujący. – Chcę dotrzeć do domu najszybciej, jak to możliwe.
Jego życzenie jest dla mnie rozkazem.
Konie rżą, gdy strzela bicz, przerywając nocny spokój. Ruszamy z kopyta, przy akompaniamencie dudnienia o brukowaną drogę. Wyglądam przez okno, unikając tego, co tak naprawdę budzi moje zainteresowanie i mój strach.
Mija około godziny, podczas której moje pośladki cierpią przy każdym wyboju. Cisza jest dusząca, ale przypuszczam, że nie mogę oczekiwać niczego innego. To nie tak, że ta relacja łowcy i ofiary będzie przyjazna i serdeczna. Wiercę się na siedzeniu, żeby znaleźć lepszą pozycję.
Pięć minut później znów zmieniam pozycję.
– Przestań się wiercić – mówi ostro. – Dociera do mnie twój zapach.
– Przepraszam – szepczę.
Teraz to on się porusza, wyłaniając się z cienia, gdy blask księżyca oświetla jego twarz. Sprawia to, że wygląda na jeszcze bledszego. To on. Mężczyzna z wcześniej. I po raz kolejny te niebieskie, zimne oczy sprawiają, że włoski na moim karku stają dęba. Nie ma w nich życia, są puste, martwe. Ma pełne wargi zaciśnięte w twardą linię, wysokie i ostre kości policzkowe oraz starannie przystrzyżony, kilkudniowy zarost. Moje oczy nie potrafią przestać na niego patrzeć, całkowicie oszołomione jego urodą. Te potwory naprawdę są piękne. Piękne po to, by wabić, polować, zabijać.
Podczas tych oględzin uświadamiam sobie, że jego oczy również patrzą na mnie, i natychmiast się rumienię. Odwracam wzrok w stronę okna. Mimo to czuję na sobie ciężar jego spojrzenia. Bawię się palcami, liczę wyboje, które trzęsą powozem, robię cokolwiek, by odwrócić od niego swoją uwagę. Jego obecność jest tak namacalna, że wręcz ciąży w powietrzu.
Przesuwa swoimi długimi, zgrabnymi palcami do okna powozu, a ja widzę, jak otwiera je na kilka centymetrów. Podmuch zimnego powietrza, który wpada do środka, sprawia, że mocniej chwytam swoją pelerynę i się w nią otulam. Jego sztywna postawa nieznacznie się rozluźnia, gdy jego klatka piersiowa opada przy głębokim wydechu.
Mija może kolejna godzina, zanim powóz się zatrzymuje, a do moich uszu dobiega głos woźnicy. Ciekawość bierze nade mną górę i dyskretnie próbuję kątem oka zobaczyć, co znajduje się na zewnątrz. Niewiele mogę dostrzec, jedynie grube pnie drzew i dziką roślinność. Kilka minut później znów jesteśmy w drodze i przejeżdżamy przez bramy porośnięte winoroślą. Powóz lekko się przechyla, co wskazuje na to, że droga jest stroma. Mój towarzysz pozostaje obojętny, nie ruszając się nawet o centymetr.
Jakby los nie ukarał mnie wystarczająco tej nocy, następuje seria nieszczęść: stroma droga, wybój i moja własna niezdarność. Powóz podskakuje, a moje ciało leci do przodu, zderzając się z czymś niezwykle twardym.
Palce, a właściwie szpony, biorąc pod uwagę to, jak głęboko wbijają się w moje ramiona, szybko mnie odpychają. Moja głowa znajduje się znacznie niżej niż jego, więc ze strachem unoszę wzrok. Jego oczy wbijają się we mnie jak sztylety. Moje serce zamiera, gdy widzę jego stwardniały wyraz twarzy, rozszerzone nozdrza, spiętą szczękę i wargi wykrzywione z niezadowolenia.
– Zmarnowane rubiny.
Odpycha mnie od siebie, jakby moja bliskość była fizyczną dolegliwością. Moje plecy uderzają o drewniane siedzenie, a w oczach tańczą mi małe, czarne plamki.
– Nikt cię nie prosił, żebyś tyle za mnie płacił – mruczę gniewnie.
– Co powiedziałaś?
Zachowanie milczenia byłoby najrozsądniejszą opcją i taką, która zagwarantowałaby mi przeżycie do jutra, ale jeśli się nad tym zastanowić, już raz próbowałam odebrać sobie życie. Impuls samobójczy wydaje się być we mnie w pełni rozbudzony.
– Powiedziałam, że nikt cię nie zmuszał, żebyś płacił za mnie taką ilość rubinów.
Mruży oczy i lekko przekrzywia głowę z pewnym rozbawieniem.
– Gazela spoufalająca się z lwem – mówi kpiącym tonem. – Być może lepiej posłużysz mi jako błazen niż jako posiłek.
Rumieniec, który nie ma nic wspólnego ze wstydem, barwi moje policzki. Gryzę się w język, by nie powiedzieć nic więcej, tak mocno, że mogłabym nawet puścić krew. Moje palce po omacku szukają oparcia na siedzeniu za mną, by móc wstać.
– Twoje serce bije tak szybko, jakbyś błagała mnie, bym pozwolił ci posmakować moich kłów… – Pochyla się na swoim siedzeniu, patrząc na mnie z góry ze swojej dominującej pozycji, podczas gdy ja wciąż leżę na podłodze powozu. Widzę, jak jego język pieści jeden z jego ostrych kłów. – …na twojej szyi… – Jego oczy ciemnieją, aż ich błękitny odcień niemal znika. – …albo może w innych, delikatniejszych miejscach.
Znowu się zatrzymujemy. Tym razem wydaje się, że to przystanek końcowy, ponieważ woźnica otwiera drzwiczki i kłania się głęboko, czekając na swojego pana. Posyła mi coś, co przypomina drwiący uśmiech, i wysiada z powozu. Znowu oddycham swobodniej, gdy jego obecność się oddala, i również wychodzę na zewnątrz, gdzie czeka na mnie grupa kobiet z wcześniej.
Na chwilę kładę dłoń na sercu, próbując odzyskać panowanie nad sobą.
A więc ten mężczyzna to Cassian Draven, mój strażnik więzienny i ten, któremu powierzono wkrótce zatopienie kłów głęboko w twojej szyi.
Potrząsam głową na tę myśl – skąd ona w ogóle się wzięła?
Wampirzyce dygają lekko, gdy Cassian mija je, nawet nie zaszczycając ich spojrzeniem. Widzę, jak szybko wchodzi po niewielkich schodach, a mój wzrok podąża za nim wyżej… i wyżej…
Kiedy dociera do mnie, co znajduje się przed moimi oczami, nie mogę powstrzymać się przed otwarciem ich tak szeroko, że omal nie wyskakują mi z orbit. To nie jest dom ani zwykła posiadłość – to cholerny zamek. Ściany są z szarego kamienia, wyglądające na nie do przebicia, stopnie do głównego wejścia wytarte zębem czasu, a po ogrodzie rozrzucone są kamienne posągi. Okręcam się wokół własnej osi, ogrody ciągną się poza zasięg mojego wzroku. Słyszę szum wody, krakanie wrony i szelest liści na wietrze.
Ponownie skupiam się na imponującym budynku przede mną. Są tam wielkie, łukowate okna, gzymsy zdobią otwarte paszcze, a w centrum fasady znajduje się witrażowa rozeta. Masywne posągi są rozrzucone tu i ówdzie, królując na dachach, a dwa z nich stoją po obu stronach schodów, niczym strażnicy głównego wejścia.
– Nie mamy całego dnia – mówi rudowłosa wampirzyca. – Będziesz miała czas, by podziwiać piękno tego miejsca.
– Albo i nie – odzywa się kolejna, zakrywając usta, by ukryć chichot.
Moje palce mrowią z chęci spoliczkowania tej idealnej twarzy. Jestem pewna, że zostawiłabym widoczne ślady. Ten pomysł aż nazbyt mnie kusi.
Staram się nie dać po sobie poznać, że jej słowa na mnie wpływają, a tym bardziej, że budzą moją najbardziej agresywną stronę. Stawiam pierwszą stopę na schodach i zaczynam wchodzić, początkowo powoli, a potem coraz szybciej. Nie jestem zaskoczona faktem, że po wejściu do zamku atmosfera jest równie zimna, a może nawet zimniejsza niż na zewnątrz.
– Zostawcie nas – rozkazuje ruda. – Zaprowadzę ją do jej komnat.
Rozglądam się, bynajmniej nie po to, by podziwiać luksus i piękno tego miejsca, lecz w poszukiwaniu niebieskich oczu. Nigdzie go nie widać, więc przypuszczam, że nie będę go zbyt często widywać.
Tylko wtedy, gdy będzie miał ochotę na szybki łyk.
Znowu te głupie myśli.
Prycham, co przynosi mi pełne dezaprobaty spojrzenie rudej. Kiedy jesteśmy same, ona rusza przodem, a ja podążam za nią.






