Elara
To odkrycie spada na mnie, mrożąc krew w żyłach. Cisza jest tak głęboka, że powietrze opuszczające moje płuca w urywanym westchnieniu zdaje się odbijać echem po całej sali. Wszystkie oczy zwrócone są na mnie. Wbijam paznokcie w wewnętrzne strony dłoni, powstrzymując ochotę, by na nich wszystkich nakrzyczeć, żeby przestali na mnie patrzeć, jakbym już była martwa. Dopóki moje serce nie powie inaczej, jestem w pełni żywa i gotowa do walki. Nie pozwolę im tak łatwo się zniszczyć.
O jakich bzdurach ja myślę? Na litość boską, to wampir. Mógłby połamać mi wszystkie kości jednym, prostym ruchem dłoni.
Inne drzwi otwierają się z rozmachem, ale zamiast wpuścić nową członkinię naszego klubu świeżo zakupionych owieczek, do środka wpada całkiem spora grupa kobiet. Ich suknie wyglądają na drogie, z pewnością uszyte z najlepszych materiałów przez najwybitniejszych krawców, z przepysznymi dekoltami i rękawami zakończonymi kaskadami koronki. Przesadnie czerwony odcień ich ust to pierwsza rzecz, która wzbudza moją czujność, a zaraz potem zimny dotyk dłoni na moim łokciu.
– Chodź – mówi jedna z nich, ledwie na mnie patrząc. – Musimy cię dla niego przygotować.
Szarpią mnie bez cienia delikatności. Moje stopy przyrastają do ziemi na sekundę, na tyle, by przypomnieć sobie, w jakiej sytuacji się znajduję, a potem pozwalam im się odprowadzić. Rzucam jeszcze jedno, ostatnie spojrzenie na pozostałe, zanim drzwi zamykają się szczelnie za moimi plecami. Przyglądam się tej kobiecie i reszcie świty. Wszystkie mają twarze białe jak alabaster, gładką skórę bez skazy i usta czerwone jak maki. Wampiry, wszystkie bez wyjątku.
Mrowienie dreszczu przemyka wzdłuż mojego kręgosłupa.
– Pospiesz się. – Pociąga mocniej za moje ramię. – Będzie lepiej, jeśli nie każesz mu zbyt długo czekać. Konsekwencje ci się nie spodobają.
Kolejna z nich występuje naprzód i odsłania grubą kotarę z lśniącego, czerwonego aksamitu, która skrywa wannę na ogromnych, złotych nogach.
Kilka par rąk zaczyna wędrować po moim ciele, pozbywając się jedwabiu, który mnie okrywa. W ciągu kilku sekund jestem naga, a ich brak kontroli nad własną siłą sprawia, że ich chwyt jest bolesny. Tłumię jęknięcie, gdy zmuszają mnie, bym weszła i zanurzyła się w wodzie.
Tego, czego nie potrafię stłumić, to jęk czystej ulgi, gdy moja skóra dotyka gorącej wody. Szorują moje ramiona z taką siłą, że natychmiast robią się czerwone. Sprawiają, że czuję się, jakbym przez całe życie chodziła z warstwą brudu na skórze. Szorują i szorują, podczas gdy inne dłonie masują moje włosy i płuczą je wodą.
Z tą samą siłą co wcześniej zmuszają mnie do wstania i szybko owijają w jedwabny szlafrok.
– Najlepszym wyborem będzie upięta fryzura – mówi ta sama kobieta co wcześniej. – To pomoże nieco zamaskować jej zapach.
Nie umyka mi sposób, w jaki marszczy nos, wypowiadając te słowa. Wpatruję się w nią, zafascynowana jej urodą. Czy wszystkie te potwory są aż tak piękne? Jej włosy mają najbardziej intensywny odcień rudości, jaki kiedykolwiek widziałam, a ich niezwykły blask tworzy niesamowity kontrast z bladością jej kanciastej twarzy. Ma oczy w kolorze letnich łąk i zmysłowe usta.
Reszta słucha rozkazów tej, którą od teraz będę uważać za ich przywódczynię. Ciągną mnie za włosy, przez co niejednokrotnie do oczu napływają mi łzy. Szczotkują, formują i układają pasma według własnego upodobania. Oglądają moje dłonie, piłują mi paznokcie i wsmarowują w nie maści.
– Pan życzy sobie, by założyła tę suknię – mówi inna, przynosząc strój zawinięty w bibułę.
W tym samym czasie kolejne dłonie zaczynają przesuwać po moim ciele materiały, których nawet moje własne palce wahają się dotknąć z obawy przed ich zniszczeniem. Nie wiem, ile czasu mija pod czujnym okiem tych kobiet, ale ostatecznie ta z intensywnie zielonymi oczami odsłania wysokie lustro, w którym mogę ujrzeć swoje odbicie.
Moje włosy są zebrane w misterne warkocze, zakończone niskim kokiem na karku. Nie mam na sobie gorsetu ani niczego podobnego, przez co czuję się dziwnie swobodnie. Moje plecy mrowią z zimna, a jedno zerknięcie potwierdza, że są całkowicie nagie aż do krągłości pośladków. Mrugam z niedowierzaniem. Ta suknia w niczym nie przypomina tych, które nosimy w wiosce; jest inna.
Zwiewny materiał ma szaroniebieski kolor, ze sznureczkami zawiązanymi wokół mojej szyi. Nie widzę swoich stóp, ukrytych pod rąbkiem szerokiej spódnicy. Stawiają przede mną buty na wysokim obcasie i szybko wsuwają mi je na stopy. Wszystko zdaje się być dobrane idealnie do mojego rozmiaru. Zarzucają mi na ramiona czarną pelerynę, a zwinne palce wiążą ją na wysokości mojej piersi.
– Zrobiłyśmy, co w naszej mocy.
– Miejmy nadzieję, że to wystarczy.
– Wygląd jego krwawych służek jest bardzo ważny.
Nie wiem, czy mówią do mnie, do siebie nawzajem, czy po prostu głośno wypowiadają swoje myśli.
– Chodź, musimy iść.
Ponownie chwytają mnie za łokieć, zmuszając do tak szybkiego marszu, że potykam się i wpadam na plecy czerwonowłosej kobiety. Posyła mi surowe spojrzenie i ostrzegawczo obnaża kły. Odwzajemniam spojrzenie, odmawiając spuszczenia wzroku. Ona również nie ustępuje, pozostając w tej samej pozycji, dopóki inna ze świty nie dotyka uspokajająco jej ramienia i nie ponagla nas do dalszej drogi.
Gdy tylko ponownie przechodzimy przez aksamitną kotarę, mija nas postawny, barczysty mężczyzna. Porusza się szybko, z królewską postawą, a mowa jego ciała jasno wskazuje, że nie jest zadowolony. Wpatruję się w niego i wydaje się, że nasze oczy spotykają się, gdy mnie mija.
W jego tęczówkach dostrzegam najzimniejszy błękit, jaki kiedykolwiek widziałam.
Tracę oddech, a pozostałe kobiety zdają się mnie naśladować.
– Panie – szepczą chórem.
Rozglądam się, niczego nie rozumiejąc.
– Pospiesz się – strofują mnie. – Powóz czeka.
Robię, co mi każą, i wychodzę przez tylne drzwi kościoła. Przed nami stoi powóz o najbardziej lśniącej czerni, ozdobiony misternymi, srebrnymi rzeźbieniami. Woźnica otwiera mi drzwiczki, ale nie potrafię wejść do środka bez wcześniejszego obejrzenia się za siebie. Wiem, że to głupie, wiem, że za mną nie będzie nikogo znajomego. Mimo to robię to, jakby moja rodzina na mnie patrzyła.
Moje oczy napełniają się łzami, gdy jedyne, co widzę, to pusta ulica i światło z wnętrza budynku odbijające się na bruku.






