languageJęzyk

Rozdział 2

Autor: Alice Richardson20 kwi 2026

Docieramy nad jezioro, idąc ramię w ramię, a ja zatracam się, wpatrując się w taflę wody. Lea ma szczęście. Poświęcenie jej siostry oznaczało, że Libris jej rodziny zostało przypieczętowane.

Po jego przypieczętowaniu uważa się, że rodzina zapłaciła już wystarczająco dużo. Rodzice oddają swoje pierworodne dziecko, a w zamian otrzymują pewność, że nie stracą już żadnego ze swoich potomków, a także małą sakiewkę monet, która ma im wystarczyć na rok. Drobna jałmużna w zamian za utratę dziecka na zawsze.

– Słuchasz mnie?

Mrugam, wyrywając się z zamyślenia.

– Wybacz. – Uśmiecham się z zakłopotaniem. – Co mówiłaś?

– Nie przejmuj się. – Znowu ten smutny uśmiech. – Z pewnością masz o czym myśleć. Mówiłam, że wczoraj, podczas spaceru z moją mamą, Filippo, syn piekarza, zatrzymał się, by z nami chwilę porozmawiać. Nie mógł oderwać ode mnie wzroku, może…

– Może…? – Jej policzki różowieją. – Podoba ci się Filippo?

Próbuje mnie zignorować, patrząc na wszystko, tylko nie na mnie. Mimo to nie daję za wygraną i zaczynam szturchać ją w bok, zmuszając do spojrzenia na mnie wśród śmiechu.

– Nie bądź głupia, Filippo jest zbyt...

– Zbyt jaki?

– Zbyt poprawny.

– Niepoprawny? – Unoszę brew. – Ty jesteś najgrzeczniejszą osobą, jaką znam.

Puszcza moje ramię i zaczyna iść tyłem, obracając się powoli, gdy mówi.

– Tak, i dlatego chcę kogoś, kto jest zbuntowany, żądny przygód, kogoś, przy kim poczuję, że żyję. Nie chcę niczego tradycyjnego i typowego – pragnę kogoś, kto popchnie mnie do robienia nowych rzeczy.

– Chcesz przyprawić swoich rodziców o zawał – rzucam.

Znów się śmieje, wirując wokół własnej osi, gdy idziemy dalszą częścią ścieżki. Docieramy do jej końca, co jest znakiem, że nadszedł czas, by zawrócić i wrócić do wygód naszych domów. Mam inny pomysł na dzisiejszy wieczór. Wracamy po własnych śladach i gdy docieramy na miejsce, zatrzymuję się przed Leą i patrzę jej prosto w oczy.

– Dziś wieczorem wracam do domu sama – oznajmiam. – Potrzebuję kilku chwil tylko dla siebie.

– Elaro, to nie jest dobry pomysł. Ściemnia się, nie możesz wracać sama…

– Leo, proszę… – mówię błagalnym tonem. – Nie zostało mi dużo czasu, wkrótce skończą się te spacery, nie będę miała czasu dla siebie. Nawet na to, żeby pomyśleć.

Szelest rąbka jej sukni rozlega się na żwirze, gdy podchodzi bliżej i mocno mnie przytula. Pozwalam jej się pocieszyć, wdychając słodki zapach fiołków jej włosów. Czuję drżenie jej ramion i wtedy wiem, że płacze. Staram się nie pozwolić, by łzy przesłoniły mi wzrok. Byłyśmy przyjaciółkami przez całe życie, a teraz jedna z nas musi na zawsze pożegnać się z drugą, nawet jeśli ona nie wie o moich ostatecznych zamiarach. Nie dostanie moich listów, ponieważ jestem tak przerażona swoim losem, że zamierzam przed nim uciec jak tchórz.

– Ciii, już dobrze… – Głaszczę ją po plecach w kojącym geście. – Wszystko będzie dobrze, napiszę do ciebie i opowiem ci, jak wygląda mój nowy dom. Będzie tak, jakbym tu była.

To kłamstwo smakuje jak popiół.

Odsuwa się ode mnie, nie mogąc powstrzymać szlochu, który jej się wyrywa. Ścieram kciukami łzy płynące po jej policzkach i posyłam jej przelotny uśmiech.

– Będę pisać do ciebie mnóstwo listów – obiecuje. – Tak dużo, że aż będziesz miała mnie dość.

– To niemożliwe.

– Opowiem ci o wszystkim, co odkryję w moich książkach, opowiem ci o Filippo i o każdym innym chłopaku, który napatoczy się podczas naszych spacerów…

– Żądam szczegółów ślubu z Filippo – droczę się z nią. – Znowu się rumienisz!

– Jesteś idiotką!

Przyciska mnie do siebie po raz kolejny, a pożegnanie kończy drobnym machnięciem dłoni i okrzykiem:

– Do jutra!

Odchodząc ścieżką, kilka razy odwraca się za siebie, by na mnie spojrzeć, a ja stoję w miejscu, dopóki jej pomarańczowe fale nie znikną z pola widzenia.

Wypuszczam z płuc powietrze, które do tej pory wstrzymywałam, i osuwam się na ziemię, tam gdzie roślinność jest wyblakła i sucha. Nie zawracam sobie głowy zbieraniem spódnic – to, jak bardzo pobrudzi się moja suknia, nie ma już znaczenia.

Niebo powoli przybiera odcień ciemnego błękitu, a jedynymi dźwiękami, które mi towarzyszą, są szum wiatru, ruch wody i szelest targanych wiatrem koron drzew. Jezioro znajduje się na jednym z krańców wioski, w jej najbardziej bezludnej części. Pierwszy zamieszkany dom jest oddalony pewnie o setki metrów. Młodym damom nie wypada tu przychodzić, a tym bardziej przebywać samotnie w tak odległym i odludnym miejscu. Moi rodzice na pewno by tego nie pochwalili.

Zrzucam buty z okrągłymi noskami, a potem rajstopy. Czuję ziemię pod stopami, gdy ruszam w stronę brzegu.

Kiedy woda dotyka moich palców u nóg, przechodzi mnie dreszcz, który paraliżuje całe moje ciało. Robię kolejny krok, a potem jeszcze jeden.

Moje ciało nie przyzwyczaja się do zimna – lodowata, grudniowa woda jest jak setki igieł wbijających się w moją skórę. Choć to bolesne, nie zatrzymam się. Mam cel i nie zamierzam z niego zrezygnować.

Moja klatka piersiowa protestuje, gdy drżące ciało wciska we mnie fiszbiny gorsetu. Idę naprzód, woda sięga mi powyżej piersi, a moje zęby nie przestają dzwonić. Nie czuję palców u nóg, z trudem poruszam dłońmi. Posuwam się jeszcze odrobinę dalej, walcząc, by utrzymać się na powierzchni.

Każda minuta jest jak ziarnko piasku spadające w klepsydrze, odliczające czas.

Krok po kroku całe moje ciało drętwieje, a zimno przyćmiewa nawet mój umysł. Z moich drżących ust ulatują małe obłoczki oddechu.

Nadchodzi moment, w którym moje stopy wydają się tak ciężkie, że przestaję nimi poruszać i nieruchomieję, pozwalając, by moja głowa zanurzała się, cal po calu.

Gdy nurkuję pod powierzchnię, z moich płuc uchodzi powietrze. Szok spowodowany całkowitym zanurzeniem w tej zimnej wodzie jest potworny. Zbytni spokój panujący wokół jest wręcz niepokojący.

Tonę powoli, zawieszona w wodzie, obserwując, jak moje włosy falują wokół mnie, podczas gdy ani moje ramiona, ani nogi nie są w stanie zdobyć się na wysiłek, by płynąć i wynurzyć się na powierzchnię. Zimno wbija się we mnie jak lodowe pale.

Klatka piersiowa protestuje. Płonie i mogłabym przysiąc, że jakieś dłonie na nią napierają, miażdżąc ją.

Odruchowo otwieram usta w poszukiwaniu powietrza, ale znajduję tylko wodę. Krztuszę się. Wstrząsa mną spazm, wzrok mi się zamazuje, a ciężar ciała wciąga mnie coraz głębiej i głębiej.

Kolejne skurcze przeszywają moje ciało, przerywając spokój wody, i choć bardzo staram się poruszyć ramionami, odmawiają mi posłuszeństwa.

Nawet jeśli pragnę śmierci, instynkt przetrwania jest silny, ale w kółko powtarzam sobie, że właśnie tego chcę.

Mój wzrok staje się zdradliwy, pokazując mi coś, co wygląda jak twarz, która znika natychmiast, gdy tylko mrugam.

Krawędzie pola mojego widzenia ciemnieją, niczym brzegi płonącej fotografii.

– Musisz żyć, musisz żyć…

Słowa te rozbrzmiewają szeptem w wodzie.

– Musisz żyć, musisz żyć.

Moje powieki stają się coraz cięższe, podobnie jak wrażenie, że coś zbliża się w moją stronę.

– Ten akt tchórzostwa mnie rozczarowuje.

Coś w tych słowach sprawia, że zaczynam kipieć ze złości.

Wlewają się we mnie jak kwas żrący moje żyły.

Zalewa mnie fala wstydu.

Nie mogę tego zrobić. Nie mogę tego zrobić moim rodzicom. Mojemu rodzeństwu.

Libris nie jest przypieczętowane – przeze mnie Silas będzie musiał trafić na Czerwoną Aukcję. Nie mogę go na to skazać – to moje brzemię, tylko i wyłącznie moje.

Próbuję otworzyć oczy, walczyć z wodą, ale jest już za późno.

Nieważne jak bardzo się staram, moje ciało odmawia posłuszeństwa.

– Głupia dziewczyno.

Histeria sprawia, że znów otwieram usta, a woda wlewa się do nich strumieniem, wypełniając płuca i tłumiąc mój krzyk.

Moje włosy przesłaniają mi wzrok, owijają się wokół szyi jak stryczek.

Spoglądam w górę i widzę tylko ciemność. Jestem daleko od powierzchni.

Ta tajemnicza twarz zbliża się coraz bardziej, coraz bliżej i bliżej...

Na chwilę tracę przytomność, a kiedy odzyskuję zmysły, czuję, że moja twarz spoczywa na brzegu jeziora, umazana mokrą ziemią.

Moja suknia wciąż unosi się na wodzie, a nogi nadal są zdrętwiałe.

Wbijam łokcie w ziemię, aby wyciągnąć z wody to, co zostało z mojego ciała.

Moje dłonie drżą, a kiedy spoglądam na palce, widzę, że są sine.

Przewracam się na plecy; niebo staje się coraz ciemniejsze, a księżyc coraz bardziej widoczny.

Mój oddech nie jest miarowy – jest rzężący, a z mojej klatki piersiowej wydobywają się agonalne dźwięki.

Próbuję unieść dłonie do ust, aby spróbować je ogrzać.

Nogi nie wykonują moich poleceń, a stopy przybrały fioletowawy odcień.

Wiatr porusza koronami drzew i przynosi ze sobą kolejny szept.

– Zaakceptuj swój los.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki