Po drugiej stronie otwierają się drzwi, w których ukazuje się kobieta ubrana w całości na czarno. Jej twarz jest zasłonięta koronkowym welonem, jakby musiała ukrywać swoją tożsamość, by nie zostać rozpoznaną przez nikogo z nas i uniknąć zemsty.
– Będziecie wychodzić jedno po drugim – informuje nas. – Nie będziecie ich widzieć, ale oni was tak. Stójcie w bezruchu i w milczeniu po drugiej stronie szyby. Zanim się zorientujecie, będzie już po wszystkim.
Jej głos brzmi niezwykle dojrzale.
Wymawia jakieś imię, a kątem oka zauważam drobną, malutką dziewczynę, która, sądząc po tym, jak kuli ramiona, musi być potwornie przerażona.
Wychodzi za drzwi, które po chwili zatrzaskują się z hukiem tuż za nią.
Kobieta w czerni pozostaje z nami w pokoju i choć jej nie widzę, czuję, jak każdego z nas poddaje chłodnym oględzinom.
Mija może dziesięć minut, kiedy rozlega się pukanie do drzwi, wzywające kolejną osobę.
Krok po kroku pokój pustoszeje, a powietrze staje się coraz cięższe i bardziej niekomfortowe.
– Dla niektórych z was dzisiejszy dzień będzie dniem wyjątkowym – rzuca nagle kobieta. – Jestem o tym przekonana.
Być może ta kobieta jest starszą panią, która powoli zaczyna tracić zmysły. Wyjątkowym dniem? Bycie kupionym niczym kawałek mięsa?
Jak bardzo wyjątkowa może być świadomość, że resztę życia poświęcisz na to, by pozwalać im zatapiać kły we własnej szyi?
– Szczerze w to wątpię, proszę pani – odzywam się, nie mogąc się powstrzymać.
Czuję, jak jej wzrok spoczywa na mnie, a reszta obecnych wciąż w pokoju osób posyła mi zszokowane spojrzenia.
– Nie waż się podważać moich słów, młoda damo.
– Co jest tak wyjątkowego w byciu kupionym?
Kobieta najwyraźniej uznaje, że nie jestem warta jej czasu ani strzępienia sobie na mnie języka. Drzwi otwierają się ponownie, a potem ona zwraca się w moją stronę.
Moja kolej.
Z trudnością stawiam krok za krokiem, a jednak daję radę.
Przechodzę obok niej, i w nozdrza uderza mnie zapach stęchlizny. Nie muszę na nią patrzeć, by wiedzieć, że na jej twarzy musi teraz widnieć zadowolony uśmieszek.
Kiedy wychodzę na środek, oślepia mnie snop światła tak jasny, że muszę zamknąć oczy – nie jestem przyzwyczajona do takiego sztucznego oświetlenia, które posiada tylko niewielu.
Oczy mnie pieką i łzawią, a dłoń obcej osoby okazuje się niezbędna, by poprowadzić mnie na sam środek.
Po kilkukrotnym mrugnięciu powiekami uświadamiam sobie, że stoję w miejscu, w którym dawniej znajdowała się kościelna ambona, a gdzie teraz nie ma nic poza podłogami wyłożonymi pluszowymi, czerwonymi dywanami i olbrzymią szklaną taflą, w której odbija się moje własne odbicie.
Są po drugiej stronie. Przypatrują mi się, oceniają, próbując poczuć zapach mojej krwi.
Światła przygasają, a nad moją głową świeci się zaledwie jeden jedyny reflektor, eksponując mnie tak, jakbym była jakimś drogocennym wazonem.
Nie pozwalam sobie na spuszczenie wzroku ani na rumieniec, mając pełną świadomość, że wiele par oczu ogląda moje niemal nagie ciało.
– Elara Voss – odzywa się głos, który rozpoznaję jako głos kobiety w czerwonej sukni. Brzmi głośno i pewnie siebie.
– Zdrowa, waży pięćdziesiąt jeden kilogramów, nie wykazuje żadnych anomalii fizycznych, grupa krwi zero Rh minus i… ma nienaruszoną cnotę. Licytację zaczynamy od piętnastu krwawych rubinów.
Nie widzę kompletnie nic, co dzieje się po drugiej stronie szyby.
– Dżentelmen numer pięć oferuje dwadzieścia krwawych rubinów. Kto da więcej?
Mój wzrok błądzi po sali, wpatruję się w szkło, szukając czegokolwiek.
– Dama numer dziesięć proponuje dwadzieścia pięć krwawych rubinów.
Padają kolejne kwoty.
Mężczyźni i kobiety. Liczby i jeszcze więcej liczb…
Co jakiś czas uginają się pode mną nogi i czuję się całkowicie przytłoczona świadomością, że kontrola nad moim życiem przecieka mi przez palce i że za kilka minut stracę ją już bezpowrotnie.
Wzrok mi się zamazuje, więc mrugam energicznie, żeby przegonić to uczucie.
– Numer dwadzieścia osiem oferuje pięćdziesiąt rubinów – kto da więcej?
Pięćdziesiąt?
Jakże wielka jest w tym ironia, że kupują mnie tutaj za krwawe rubiny, podczas gdy moja rodzina dostanie za to zaledwie garstkę monet w sakiewce.
Za zaledwie jeden taki drogocenny kamień moja rodzina mogłaby wieść dostatnie życie przez lata.
– Siedemdziesiąt krwawych rubinów.
Dreszcz przebiega mi wzdłuż kręgosłupa.
– Osiemdziesiąt krwawych rubinów!
To jest takie sadystyczne i pozbawione człowieczeństwa.
– Sto krwawych rubinów!
Rozdzierający, przenikliwy dźwięk przerywa potok kolejnych ofert, nakazując zamilknąć kobiecie, która nieustannie torturowała mnie swoim głosem.
Stoję w miejscu w oczekiwaniu na jakieś wyjaśnienia.
Mijają sekundy, a potem całe minuty.
– Licytacja właśnie dobiegła końca – w głosie kobiety słychać teraz wyborne zadowolenie.
– Panna Elara Voss została właśnie kupiona przez Cassiana Dravena za cenę sześciuset krwawych rubinów.
Światło nade mną gaśnie, spowijając mnie w absolutnej ciemności.
Do moich uszu dobiega skrzypienie otwieranych drzwi, a kilka par rąk chwyta mnie za ramiona, wyciągając mnie stamtąd.
Nie wiem, czy powinnam się opierać, więc daję się wywlec z sali.
Kiedy zabierają mnie do innej sali, uświadamiam sobie, że panujące w poprzednim świetle dawało mi ciepło, a teraz po raz kolejny ogarnia mnie chłód.
Dołączam do reszty moich towarzyszy, których pokazano przede mną.
Wpatrują się we mnie z szeroko otwartymi oczami, i z początku sądzę, że to ze względu na potworny strach, jakiego z pewnością doświadczyli tam, w tamtej sali, lecz po paru minutach uświadamiam sobie, że przyczyną jestem ja.
– O co chodzi?
Żadne z nich nie waży się pisnąć ani słowa.
Przymierzam się z wzrokiem po swoim ciele, szukając czegoś, co jest nie na swoim miejscu – rany, czy może poszarpanego skrawka odzienia, odsłaniającego więcej niż potrzeba.
Ale wszystko wygląda w porządku.
Podnoszę wzrok, wciąż poszukując odpowiedzi.
– Dlaczego wszyscy tak na mnie patrzycie?
Mijają potwornie dłużące się minuty, aż do czasu, gdy ta maleńka, drobna, zgarbiona dziewczyna, którą już wcześniej tu zauważyłam, nabiera śmiałości i zabiera głos.
– Słyszeliśmy.
– Co usłyszeliście?
– Kto cię kupił.
– No i co z tego? To był jakiś Cassian Drakov… Drakon czy ktoś w tym guście.
– Cassian Draven – poprawia mnie. – Czy to możliwe, żebyś była aż tak nieświadoma?
– Słucham?
– Cassian Draven – oznajmia chłopak. – To potwór pozbawiony serca. Najgorszy ze wszystkich. Kieruje nim nienasycone pragnienie.
– A czy nie tacy są oni wszyscy? – pytam.
– Nie tak jak on – dodaje dziewczyna z powrotem. – Twoje życie dobiegło końca w tej samej chwili, w której cię kupił.
– Myślę, że dotyczy to nas wszystkich zgromadzonych w tym pokoju.
– Chodzi nam o to… że prawdopodobnie nie dożyjesz do następnej pełni księżyca.






