languageJęzyk

Rozdział 4

Autor: Alice Richardson20 kwi 2026

Każde uderzenie dzwonu spada na nas jak kubeł zimnej wody.

Mama chwyta Abigail za rękę, a mój ojciec podaje mi ramię, by mnie poprowadzić.

Silas staje po mojej prawej stronie i otwiera drzwi, wpuszczając do środka podmuch lodowatego powietrza.

Wszyscy jakby wstrzymują oddech na ułamek sekundy, po czym ruszamy.

Ulica jest całkowicie wyludniona, chociaż dziesiątki par oczu obserwują nas ze swoich okien.

Każda pełnia księżyca to wydarzenie, któremu wszyscy przyglądają się z bezpiecznej przystani swoich domów, z gęsią skórką na ciele i bólem w sercu, bo za każdym razem, gdy jedno z nas trafia na Czerwoną Aukcję, przypomina to pozostałym o tym, co pewnego dnia nadejdzie również do ich domostw.

Tej nocy w setkach przeklętych wiosek takich jak nasza odbywają się dziesiątki podobnych aukcji.

Idziemy w milczeniu, słysząc jedynie trzask zamykanych okien i miauczenie bezpańskiego kota.

– Jeśli poprosisz mnie w tej chwili, zabiorę cię stąd – szepcze Silas.

– Uciekniemy z wioski, udamy się do lasu, a za zaoszczędzone przeze mnie pieniądze przepłyniemy ocean.

Serce skacze mi do gardła, rozglądam się wokół w nadziei, że nikogo nie ma na tyle blisko, by usłyszeć tę jego zuchwałość.

– Nie wygaduj bzdur. – Zgrzytam zębami. – Nawet nie waż się sugerować czegoś takiego ponownie. To byłaby zdrada.

Próbuje coś powiedzieć, ale jedno moje spojrzenie wystarczy, by zmusić go do milczenia.

On nie może o tym mówić poważnie.

Sprzeciwianie się zasadom i systemowi to zdrada.

Zabiliby całą naszą rodzinę – a raczej wypili z nich krew niczym ze świń, na głównym placu.

Świat uległ zmianie; nie jesteśmy już najbardziej okrutnymi żyjącymi istotami. Teraz są nimi oni.

Pozwolili nam marzyć o świecie, w którym ludzie rządzili wszystkim, po czym zniszczyli tę iluzję jednym, zwykłym ruchem dłoni.

– Wygląda na to, że na tej aukcji nie ma zbytnich tłumów – zauważa z niepokojem w głosie idąca z tyłu mama.

Mniejsza liczba uczestników licytacji oznacza większe szanse na bycie kupionym.

Z trudem przełykam ślinę, starając się pozbyć ucisku w gardle.

Na końcu ulicy już widać spadzisty dach tego, co kiedyś było kościołem.

Po pojawieniu się wampirów wszystko, co miało związek z religią, zostało spalone i zniszczone – oprócz kościołów.

Uznali, że używanie ich do aukcji jest niezwykle ironiczne.

Jakby chcieli powiedzieć: „Spójrz, Boże, oto miejsce, w którym kupuję twoje ukochane dzieci, by traktować je jak zwierzęta, ucztować na nich i łamać ich duszę”.

Nie mają pojęcia, że dla wielu ich przybycie wywołało jeszcze głębszą potrzebę wiary – kurczowego trzymania się nadziei na istnienie litościwego bytu, który nad nami czuwa.

Drzwi kościoła są otwarte na oścież, a ze środka wylewa się intensywne pomarańczowe światło.

Zatrzymujemy się i patrzymy na siebie nawzajem, mając świadomość, że nie mogą pójść ze mną ani kroku dalej.

Mama po raz kolejny wybucha płaczem i rzuca się w moje ramiona.

– Każdego wieczoru będę się modliła o to, żebyś była bezpieczna, zdrowa i silna.

– Mamo…

– Kochanie, nie strasz już naszej córki – rzuca tata, obejmując ramionami mamę, gdy ta próbuje schować się w jego objęciach.

– Jest silna i wypełni swoją rolę. Zdoła do nas napisać i przekazać słowa, które przyniosą nam ulgę, prawda?

Kiwam głową.

– Siostrzyczko, pokaż im, jak twardzi potrafią być Vossowie.

– Masz to jak w banku. – Uśmiecham się.

– Nie zachęcaj siostry do bycia lekkomyślną – beszta go mama.

– Córeczko, musisz być uległa – nawet jeśli obiecują, że nie zrobią ci krzywdy ponad… cóż, sama wiesz, że ich słowo niewiele znaczy. Mogą cię wciąż zranić.

– Wiem o tym, mamo – mówię, mimo że aż rwie mnie do lekkomyślnych czynów. – Będę grzeczna.

– To moja dziewczynka.

Klękam, całkowicie świadoma, że brudzę sobie spódnicę.

Całuję Abigail w czubek głowy i szepczę jej do ucha jakieś głupstwo, by ją rozśmieszyć, potem przytulam Silasa, a na koniec obejmuję ramionami moich rodziców i przyciskam ich mocno do siebie.

– Nic mi nie będzie, obiecuję.

– Tak bardzo cię kochamy, córeczko.

Składam na ich policzkach głośny pocałunek i ściskając oburącz rąbek spódnicy, kieruję się w stronę wejścia do starego kościoła.

Nie oglądam się za siebie – ich smutne twarze rozdarłyby mi serce.

Przyspieszam kroku i przekraczam próg drzwi.

Panujący wewnątrz chłód na moment odbiera mi dech w piersiach.

Mimo że budynek był kiedyś kościołem, niewiele zostało z jego oryginalnego wnętrza.

W niczym nie przypomina to wizerunków znanych mi z książek.

Wszystko, co mogło nieść za sobą jakieś religijne przesłanie, zniknęło.

Tam, gdzie powinna znajdować się chrzcielnica, stoi piramida z pucharów wypełnionych karmazynowym płynem; ze ścian nie spoglądają święci, a jedynie portrety bladych twarzy.

Czysta Krew, wampirza elita, najwyższa władza.

Kościelne ławy zastąpiono pluszowymi fotelami, ołtarz to teraz po prostu jeszcze jeden stół, a nieliczne krzyże, które pozostały na swoich miejscach, odwrócono do góry nogami w ramach drwiny.

Kobieta o owalnej twarzy, odziana w suknię z czerwonego aksamitu, podchodzi do mnie na widok mojego wejścia.

– Proszę o twoje Libris.

Szukam w małej kieszonce zawieszonej na nadgarstku i wyciągam z niej księgę z moimi danymi.

Kobieta otwiera ją i czyta z wyraźnym wyrazem znużenia na twarzy.

Obserwuje mnie przez chwilę spod rzęs, oceniając mnie.

– Za mną.

Idzie przejściem między fotelami, a zanim docieramy do czegoś, co kiedyś było ołtarzem, skręcamy w stronę niewielkich drzwi.

Zaczynam słyszeć bicie własnego serca.

Zimno jest niemal bolesne i zastanawiam się, jak to możliwe, że ona nie okazuje żadnych oznak dyskomfortu.

Jest człowiekiem – rumieniec na jej policzkach i brak obezwładniającej bladości jednoznacznie to potwierdzają.

Wchodzimy do pomieszczenia oświetlonego słabym blaskiem świec, gdzie napotykam spojrzenia innych osób.

Jest tu kilkoro dziewcząt i chłopców, wszyscy z szeroko otwartymi, przerażonymi oczami.

– Zdejmij suknię i załóż to – nakazuje kobieta, wskazując na skrawek czerwonego materiału.

Rozglądam się wokół w poszukiwaniu parawanu, za którym mogłabym się przebrać.

– Tu nie ma żadnego…

– Skromność i nieśmiałość to luksus, na który od teraz nie możesz sobie pozwolić – przerywa mi. – Przebierz się szybko, za chwilę tu będą.

Biorę czerwoną jedwabną tkaninę i zerkając pospiesznie na moich współtowarzyszy, dostrzegam, że ledwie zakrywa ona ich nagość.

Mężczyźni mają nagie torsy, a od pasa w dół noszą jakiś dziwny element ubioru.

Czerwienię się i szybko odwracam wzrok.

Wszyscy, ogarnięci wstydem, unikają z sobą kontaktu wzrokowego.

Próbuję rozwiązać sznurowadła gorsetu.

– Ostatnie pytanie – rzuca kobieta w czerwonej sukni, zanim znika na korytarzu. – Czy twoja cnota pozostała nienaruszona?

Mrugam ze zdziwieniem.

– Co moja cnota ma z tym wszystkim wspólnego?

– Lubią smak dziewiczej krwi – mówi wyniosłym tonem. – Twoja cnota zwiększy twoją wartość.

– Przeklęte świnie… – mruczę pod nosem.

– Odpowiedź jest prosta: tak lub nie.

Unosi w moją stronę brew, niecierpliwiąc się. Prostuję ramiona i dumnie unoszę podbródek.

– Tak, moja cnota jest nienaruszona.

Kiwa głową, jakby była zadowolona z mojej odpowiedzi, i znika.

Zaledwie kilka minut wystarczyło, by zaliczyć ją do grona osób, do których pałam antypatią.

Z trudem sięgam rękami do tyłu i próbuję rozpiąć suknię. Przychodzi mi to z trudem, ale oczywiście nikt nie zamierza zaoferować mi pomocy. Gdy w końcu udaje mi się poluzować gorset, pozwalam sobie na głośne westchnienie i pozwalam mu upaść na podłogę. Zsuwam z siebie suknię, tak że zostaję tylko w cienkiej bieliźnie.

Obejmuję ramionami swoje ciało, po czym ją również zdejmuję i staję zupełnie naga. Z wzrokiem wbitym w ścianę, odpychając od siebie poczucie wstydu i nie pozwalając sobie na opuszczenie wzroku, wciągam przez głowę czerwony jedwab, który opada miękko i przylega do mojego ciała.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 4: Rozdział 4 - Służka krwi Króla Wampirów | StoriesNook