Jeden z żołnierzy wyciągnął Szefa na salę jadalną. Skomlał, błagając, by go puścili.
"Nie wiedziałem. Skąd mogłem wiedzieć?"
Na środku jadalni żołnierz puścił Szefa, a on osunął się na podłogę.
Mój wzrok powędrował na ekrany telewizorów, na których odtwarzano powtórkę z procesu selekcji, wyświetlając nazwiska jedno po drugim.
Dwudziestym piątym i ostatnim nazwiskiem było moje.
Nie rozumiałam. Nigdy nie wysyłałam zgłoszenia.
"Nie miałem pojęcia, że może być przyszłą Luną", powiedział Szef, chwytając się za głowę. "Gdybym wiedział, nigdy bym nie..."
"Za tę zniewagę wobec rodziny królewskiej ten lokal zostanie zamknięty do odwołania", główny żołnierz przerwał Szefowi. Następnie strażnik spojrzał na mnie. "Część z nas odprowadzi cię do domu, proszę pani, żebyś mogła zabrać swoje rzeczy osobiste".
"Jak długo tam zostanę?" zapytałam. Czułam się, jakbym była w jakimś śnie. W każdej chwili obudzę się w tamtej kuchni.
Nie chciałam już nigdy w życiu postawić tam stopy.
Żołnierz posłał mi pytające spojrzenie. "Wszystko powinno być jasno określone w pani zgłoszeniu".
Zgłoszenie. Jasne. To, którego nie wysłałam.
Nie chciałam zadawać więcej pytań i ryzykować zwrócenia na siebie niepożądanej uwagi, więc pokiwałam głową. "Oczywiście".
Kilku żołnierzy przy wyjściu przywołało mnie do siebie. Poszłam za nimi, a oni zawieźli mnie do mojego mieszkania. Kiedy dotarliśmy na miejsce, poprosiłam, żeby zaczekali na zewnątrz.
Dostosowali się, choć jeden z nich ustawił się tuż za drzwiami. "Aby pomóc z bagażem", wyjaśnił.
Nie byłam przyzwyczajona do takiej troski, więc przez chwilę przyglądałam mu się z zaskoczeniem. Utrzymał żołnierską postawę, zdając się nie zwracać uwagi na moje spojrzenie.
To wszystko było zbyt dziwne.
Otworzyłam drzwi mieszkania i weszłam do środka. Anna podekscytowana przywitała mnie tuż za progiem. Elva, nie tak entuzjastyczna, wciąż siedziała na kanapie, bawiąc się swoimi lalkami.
"Cześć, mamusiu".
"Cześć, Elva", zawołałam do niej, po czym spojrzałam na Annę, która wyglądała, jakby zaraz miała wyskoczyć z własnej skóry.
"Zostałaś wybrana! Możesz w to uwierzyć?"
"Nie". Odciągnęłam ją od drzwi frontowych. Mimo to nadal mówiłam ściszonym głosem, żeby żołnierz na zewnątrz nie usłyszał. "Przecież nawet nie złożyłam zgłoszenia. Skąd wzięli moje nazwisko?"
Anna szybko odwróciła wzrok.
"Anna".
"Więc wysłałam zgłoszenie w twoim imieniu..."
"Anna!" krzyknęłam szeptem.
"Nie pasujesz do tego miasta, Piper, a już na pewno nie do tej pracy z tym obrzydliwym szefem".
"Nie wierzę w to. Co ja mam teraz zrobić?"
Jej oczy ponownie spotkały się z moimi. Wyciągnęła do mnie ręce, wnętrzami dłoni do góry. "Masz wziąć udział w Grze Wyboru Luny".
"Nigdy tego nie chciałam", odpowiedziałam. "Jeśli tam pojadę, zostanę upokorzona. Nie spełniam kryteriów, Anno. Mam córkę".
Anna wzruszyła ramionami. "Co ci szkodzi spróbować, Piper? Jeśli pojedziesz i cię zdyskwalifikują, wrócisz tutaj i nic się nie zmieni. Ale jeśli cię przyjmą..."
"To się nigdy nie wydarzy".
Anna westchnęła dramatycznie. "Przynajmniej spróbuj. Choćby po to, żeby mieć darmowe wakacje w Stolicy. Elva nigdy jej nie widziała". Anna uklęknęła, skupiając na sobie uwagę Elvy. "Nie chciałabyś zobaczyć pałacu, Elvo? Gdzie mieszkają Król i Luna?"
"Luna miała piękną sukienkę", powiedziała Elva.
"Ona ma wiele pięknych sukienek", stwierdziła Anna. "Podobnie jak wiele innych dziewcząt, które tam są".
Elva głośno westchnęła. "Naprawdę?" Kiedy Anna przytaknęła, Elva skierowała na mnie swoje sarnie oczy. "Mogę zobaczyć te piękne sukienki, mamusiu?"
To była zagrywka poniżej pasa ze strony Anny. Jak mogłam oprzeć się tym sarnim oczom?
"Dobrze", powiedziałam. "Pojedziemy zobaczyć te piękne sukienki".
Gdy Elva zaczęła wiwatować, posłałam Annie beznamiętne spojrzenie.
Tylko się uśmiechnęła. "Podziękujesz mi później".
Mimo że to magia rodziny królewskiej dokonała selekcji, wybranie mnie musiało być jakąś pomyłką. Oczywiście nie mogłam tego powiedzieć na głos. Kwestionowanie wyroku rodziny królewskiej było równoznaczne ze zdradą.
To, co mogłam zrobić, to zabrać Elvę do pałacu, aby pokazać jej sukienki, a potem grzecznie wycofać się z rywalizacji.
Dotarłyśmy do pałacu o świcie, zajeżdżając na długi, okrągły podjazd. Niosąc Elvę na rękach, poszłam za żołnierzami do pokoju, aby przygotować się na poranne spotkanie towarzyskie.
Raz jeszcze podziękowałam strażnikowi. Tym razem wydawał się mniej zaskoczony. W drzwiach szepnął: "Powodzenia, proszę pani".
Dwadzieścia minut później przebrałam się i pomogłam Elvie założyć najładniejsze ubranka, jakie ze sobą przywiozłyśmy. Dopasowałyśmy się w prostych, letnich sukienkach. Uczesałam włosy Elvy w kręcone kucyki. Swoje zostawiłam rozpuszczone, co było u mnie nietypowe. Ostatnio do pracy zawsze upinałam je w kok.
Gotowe, poszłyśmy za oczekującą pokojówką do głównego salonu, gdzie zaczęło gromadzić się wiele pięknych kobiet. Ich suknie były znacznie bardziej wyszukane niż moja; inne dziewczyny wyglądały, jakby prosto wycięto je z najnowszych, drogich magazynów o modzie.
Oczy Elvy rozszerzyły się jak spodki. Wskazywała na jedną sukienkę, a potem na następną, jakby nie wiedziała, na co najpierw patrzeć.
W rogu pokoju pokojówka przygotowała stół z mimozami i parfait. Zaprowadziłam tam Elvę i wręczyłam jej parfait oraz łyżeczkę. Jej oczy wciąż jednak uciekały w stronę sukienek.
Na szczęście Elva zdawała się nie zauważać drwin i ukradkowych spojrzeń, na które obie zapracowałyśmy samą swoją obecnością. Jedna z kobiet popatrzyła na moją sukienkę ze zniesmaczonym grymasem wykrzywiającym usta.
Poczułam ukłucie zażenowania i opuściłam podbródek.
"Elvo, kochanie, chodźmy..."
Elvy nie było przy mnie. Podniosłam wzrok, zaniepokojona, i zobaczyłam ją zaledwie kilka kroków dalej, jak wyciąga rękę ku błyszczącej, różowej sukni jednej z kobiet.
"Elva", powiedziałam, spiesząc, by ją powstrzymać.
Ale byłam za wolna. Trochę z jej parfait skapnęło z krawędzi pucharka i upadło na tę błyszczącą tkaninę.
"Ups", powiedziała Elva.
Położyłam dłoń na ramionach Elvy, odsuwając ją do tyłu. "Tak mi przykro", powiedziałam do kobiety.
W oczach kobiety płonął ogień. Jej mordercze spojrzenie przeskakiwało ze mnie na Elvę i z powrotem. "Zabierz tego bachora z moich oczu".
"To był wypadek", tłumaczyłam.
"Przepraszam", powiedziała Elva cichutkim głosem.
"Nie powinno tu w ogóle być dziecka. Kim ty jesteś, nianią? Za kogo ty się uważasz, żeby próbować spoufalać się z potencjalnymi królowymi?" Jej słowa były okrutne i ostre, tak brzydkie w porównaniu do jej pięknej twarzy.
Ramiona Elvy się zatrzęsły. Głośno pociągnęła nosem.
Nie było powodu, by doprowadzać dziecko do płaczu. Moja własna złość osiągnęła szczyt. "Moment, chwileczkę –"
"Nie słyszałaś, co powiedziałam?" warknęła dziewczyna. "Wynocha!"
Nagle popchnęła mnie – mocno. Nie spodziewałam się tego, a bez wilka nie mogłam dorównać jej w sile. Upadłam do tyłu, na ziemię.
Wypuściłam Elvę tylko po to, żeby nie pociągnąć jej za sobą.
Mając mnie z drogi, dziewczyna skierowała swoją agresję na Elvę. Pchnęła ją w kierunku wyjścia, z brutalną siłą.
Elva już płakała na dobre. Całkowicie upuściła swoje parfait, które rozprysnęło się, marnując się na podłodze.
Poderwałam się na nogi.
Rozległ się autorytatywny głos. "Co tu się dzieje?"
Elva musiała wyczuć coś opiekuńczego w tym mężczyźnie. Pobiegła prosto do niego. Pochylił się, żeby ją złapać.
Serce podskoczyło mi do gardła.
Elva wbiegła prosto w ramiona Nicholasa.






