Perspektywa Elary
Podróż samochodem mijała w milczeniu, ale ta cisza nie była pusta.
Była głośna od wszystkiego, czego Asher nie mówił. Od wszystkiego, czego odmawiał przyjąć do wiadomości.
Siedziałam na tylnym siedzeniu, a wytarty dżins moich więziennych spodni szorstko ocierał się o moją skórę.
Mój wzrok błądził po wnętrzu samochodu.
Puchaty, różowy pokrowiec na siedzeniu pasażera.
Truskawkowe pluszowe misie ustawione w idealnym rzędzie na desce rozdzielczej.
Zdjęcie kobiety kołyszące się na lusterku wstecznym – była teraz starsza, łagodniejsza, a jej uśmiech był promienny i pewny siebie. Wypieszczona. Chroniona. Nietknięta.
Vivienne.
Wyglądała, jakby pasowała do tego miejsca.
Jakby ten samochód, ten świat, został ukształtowany wokół niej.
I jakimś cudem, wciąż sprawiała, że to ja wyglądałam jak outsiderka.
Odwróciłam twarz od lusterka.
Ale mój wzrok padł na torbę na zakupy leżącą obok mnie.
Przez jej otwartą górę wyglądała pierzasta, biała suknia, tak nieskazitelna, że nawet nie wydawała się prawdziwa.
Nie należała do mnie.
Nie musiałam o to pytać.
Wszystko w tym samochodzie krzyczało, że tu nie pasuję.
Moje palce zwinęły się z zażenowaniem. Zrogowaciałe opuszki moich więziennych dłoni otarły się o tani materiał dżinsów.
Vivienne dostała kreacje od projektantów.
Ja dostałam więzienne mundury i kartotekę kryminalną.
Na zewnątrz drzewa rozmywały się w pędzie, a Asher w końcu postanowił się odezwać.
„Mama i tata... naprawdę za tobą tęsknili przez te ostatnie pięć lat. Płakali każdego dnia. Od tego stresu posiwiały im włosy” – powiedział, jakby to miało jakieś znaczenie. Jakby to cokolwiek naprawiało.
Na tym jednak nie poprzestał.
„Kiedy dotrzemy do domu, nie zaczynaj ze swoim dawnym nastawieniem. Nie chcę widzieć żadnej rywalizacji z Vivienne. Nie utrudniaj sprawy. Jeśli będziesz się zachowywać, wataha Obsydianu nie potraktuje cię niesprawiedliwie”.
Nie odpowiedziłam.
Cisza się przeciągała, gęsta i niewygodna. Sprawdził lusterko wsteczne, kierując wzrok z powrotem na mnie.
„Elara. Mówię do ciebie. Słyszałaś, co powiedziałem?”
Spojrzałam w górę. Spokojna. Zimna. Zmęczona.
A potem się odezwałam – wypowiadając więcej słów, niż od czasu opuszczenia więzienia.
„Zgodnie z Artykułem 48 Wilkołaczego Kodeksu Karnego, więźniom przysługuje prawo do widzenia raz w miesiącu z bliskimi członkami rodziny”.
„Raz w miesiącu. Przez pięć lat. To daje sześćdziesiąt możliwych wizyt”.
„Nie miałam ani jednej”.
Spotkałam jego spojrzenie w lusterku. Mój głos się nie podniósł. Nie musiał.
„Ani razu ty ani nasi rodzice nie przyszliście mnie zobaczyć. Ani na trzydzieści minut. Ani na trzy minuty. Nawet jednego listu”.
Zająknął się.
Po raz pierwszy nie miał gotowej wymówki.
Jego dłonie zacisnęły się na kierownicy, a kości jego knykci pobladły.
Następnie, słabym głosem: „Byłaś zbyt trudna. Uznali, że jeśli cię nie odwiedzą, nauczysz się pokory. Chcieli, żebyś przemyślała swoje zachowanie. Zrobili to dla twojego własnego dobra”.
Dla mojego własnego dobra.
Jasne.
Zupełnie tak, jak było to „dla mojego dobra”, kiedy pozwolili, by Vivienne wrobiła mnie w zwabienie Daphne do opanowanego przez Wyrzutków lasu.
Zupełnie tak, jak było to „dla mojego dobra”, kiedy zostałam skazana, a mój własny przeznaczony milczał.
Zupełnie tak, jak było to „dla mojego dobra”, kiedy rzucili mnie na pożarcie wilkom i nazwali to sprawiedliwością.
Nie odpowiedziłam. Po prostu odwróciłam się z powrotem do okna i pozwoliłam, by krajobraz przesuwał się obok mnie.
W końcu samochód wjechał na posiadłość watahy Obsydianu.
Asher wyskoczył pierwszy, chwytając z tylnego siedzenia torbę z suknią, jakby była świętą relikwią.
Odszedł energicznym krokiem, zapominając, że w ogóle istnieję – dopóki w połowie drogi do drzwi nie zamarł.
Jakby właśnie sobie przypomniał, że ma siostrę.
Odwrócił się z powrotem, niezręcznie odchrząkując.
„Idź się przebrać. Oczekują cię w sali bankietowej”.
Po czym zniknął za marmurowymi drzwiami wejściowymi.
Dom górował przede mną niczym mauzoleum. Znajomy w zarysach, ale martwy w każdym calu.
Pięć lat nie sprawiło, że to miejsce wydawało się choć trochę bardziej przypominać dom.
Jeśli w ogóle, było zimniejsze niż zapamiętałam.
Przeszłam przez frontowe drzwi i ruszyłam w dół tego samego korytarza, który kiedyś szorowałam na kolanach.
Do mojego pokoju.
Jeśli w ogóle można go było tak nazwać.
Żadnych okien. Żadnego ciepła. Żadnego światła słonecznego.
Tylko składana polówka, stare biurko i pudła ułożone w stos aż pod sufit.
To był schowek.
Vivienne pozwolili samej wybrać sobie tapetę.
Ja dostałam pleśń i cienie.
Zamknęłam za sobą drzwi z zapartym tchem.
Asher powiedział, żebym przebrała się w coś stosownego.
Wydałam z siebie suchy śmiech.
Stosownego?
Jedynymi ubraniami, jakie posiadałam, były te, które miałam na sobie – tanie, bezkształtne, wyblakłe od zbyt wielu prań w zimnej, więziennej wodzie.
Koszulka i dżinsy, które kupiłam pięć lat temu za pieniądze zarobione na pakowaniu zakupów podczas przerw zimowych.
Pamiętałam, jak promieniałam radością, gdy mu je demonstrowałam.
Zmarszczył brwi, jakbym go znieważyła.
„Co ty masz na sobie? Nie potrafisz ubrać się jak Vivienne? Wyrzuć to. Wyglądasz jak żart”.
Wtedy przełknęłam tę zniewagę. Próbowałam raz za razem. Mając nadzieję. Wyciągając rękę.
Ale już nie.
Nie byłam tą samą dziewczyną, która błagała o ochłapy uczucia.
Nie tą samą siostrą, która kurczowo trzymała się rodziny, która nigdy jej nie pragnęła.






