Perspektywa Elary
Łańcuchy na moich nadgarstkach były zimne i ciasne.
Każdy mój krok w stronę sali rozpraw odbijał się echem głośniejszym niż poprzedni, jakby świat ogłaszał moje upokorzenie.
Szło obok mnie dwóch strażników – po jednym z każdej strony, ich dłonie mocno zaciskały się na moich ramionach, jakbym była jakąś dziką bestią.
Tuż przed tym, jak dotarłam do ciężkich, dębowych drzwi, zobaczyłam ich.
Mój ojciec.
Moja matka.
Asher.
Stali w korytarzu, jakby zjawili się tu przez przypadek. Ale ja wiedziałam lepiej. Czekali na mnie.
„Zatrzymajcie się” – powiedział cicho mój ojciec do strażników. „Dajcie nam chwilę”.
Strażnicy zawahali się, po czym cofnęli.
Stałam nieruchomo.
Co pozostało do powiedzenia?
„Potrzebujemy twojej pomocy” – powiedział Alfa Gideon.
Zamrugałam. Moje wargi się rozchyliły.
Pomocy?
Wtedy Luna Celeste wystąpiła naprzód. Wyraz jej twarzy był łagodny – nie z powodu matczynego ciepła, lecz wyuczonej dyplomacji.
„Vivienne tego nie przetrwa, Elaro” – powiedziała. „Wiesz o tym”.
To uderzyło mnie jak policzek.
Okrutny, niewiarygodny zwrot akcji.
„Ona nigdy nie zaznała bólu” – dodał łagodnie Asher. „Nie jest taka jak ty”.
Nie taka jak ja.
„Dorastałaś wśród Wyrzutków” – ciągnął. „Jesteś silna. Zniosłaś gorsze rzeczy niż więzienie”.
Moje serce się zacisnęło.
„Chcecie, żebym wzięła na siebie winę” – wyszeptałam.
Nie zaprzeczyli.
Asher podszedł bliżej, zniżając głos. „Przysięgam, zadbam o to, byś była tam chroniona. Nie będziesz cierpieć”.
Zaśmiałam się.
Gorzkim, pustym śmiechem, który do żywego zdarł mi gardło.
Więc to była miłość? To była rodzina?
„Dziękuję” – powiedziłam. „Za to, że w końcu pokazaliście mi, kim dokładnie dla was jestem”.
Potem odwróciłam się, nie czekając na odpowiedź.
Drzwi się otworzyły.
Sala rozpraw była duża, okrągła, zbudowana z ciemnego kamienia i cieni. Na wysokim podeście zasiadała Rada Starszych – a w samym centrum, w czarnym mundurze ze srebrnym herbem, znajdował się Julian.
Mój przeznaczony.
Mój sędzia.
Mój kat.
Nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Za jego maską spokoju coś zamigotało – przebłysk winy? Wątpliwości?
Nie. Tylko kalkulacja.
Julian był Sędzią Rady. Autorytetem. Symbolem sprawiedliwości.
I wolałby chronić Vivienne, niż bronić własnej przeznaczonej.
Rodzina Daphne siedziała w pobliżu, pogrążona w rozpaczy. Alfa Killian wpatrywał się we mnie z furią, którą ledwie powstrzymywał pod skórą.
Świadkowie przemawiali jeden po drugim.
Wypaczone prawdy. Przekrzywione założenia. Wygodne milczenie.
Julian przewodził temu wszystkiemu, udając, że nie zna zapachu mojej duszy.
Udając, że nie czuje łączącej nas więzi, która mówiła mu, że jestem niewinna.
Ani razu nie spojrzał na mnie z powrotem.
Wreszcie wyrok spłynął z jego warg niczym sztylet wbity prosto w serce:
„Elaro z watahy Obsydianu, za zbrodnie przeciwko watasze Grimvale i narażenie życia dziedziczki Alfy zostajesz skazana na pięć lat w Wilkołaczym Areszcie”.
Moje kolana prawie się pode mną ugięły.
Pięć lat.
Pięć lat w tamtym miejscu.
Żadnej próby walki. Żadnych drugich szans.
Tylko wygnanie.
Tylko cisza.
Tylko zdrada.
Wywleczono mnie z sali rozpraw. Moje ciało wydawało się zdrętwiałe, jakby każde usłyszane przeze mnie słowo zamieniło się w ciężar miażdżący moje kości.
A potem usłyszałam kroki.
Stuk. Stuk. Stuk.
Vivienne.
Wyszła na korytarz, miała skrzyżowane ramiona, a na jej twarzy malowało się zadowolenie, lśniące niczym triumf.
„Więzienie ci pasuje, Elaro” – powiedziała słodko, a jej głos ociekał jadem. „W końcu to praktycznie twój drugi dom, prawda? Córka Wyrzutków i w ogóle”.
Wpatrywałam się w nią z płytkim oddechem.
„Nie martw się” – ciągnęła. „Pięć lat zleci błyskawicznie. A kiedy wrócisz... cóż, jeśli wrócisz... zobaczysz, że dokonałam tak wspaniałych rzeczy z życiem, które ty zmarnowałaś”.
Pochyliła się.
„Wszyscy wybrali mnie. Nawet on”.
Nie wypowiedziała imienia Juliana. Nie musiała.
Odwróciłam wzrok, przełykając krzyk rosnący mi w gardle.
„Do nigdy, siostrzyczko” – wyszeptała, po czym odeszła, a jej śmiech odbijał się echem wzdłuż korytarza niczym klątwa.
Strażnicy ponownie pociągnęli mnie naprzód.
Krok po kroku, w stronę bram więzienia.
W stronę ciemności.
W stronę miejsca, o którym myśleli, że mnie złamie.
Drzwi celi otworzyły się ze zgrzytem. Smród krwi, rdzy i pleśni uderzył we mnie niczym ściana. Podłoga była wilgotna. Ściany poplamione.
A potem...
Agonia.
Uderzyła we mnie znikąd.
Oślepiający, rozdzierający duszę ból eksplodował w mojej piersi, jakby pazury wbiły się w moje serce i wyrywały je od środka.
Wrzasnęłam, padając na kolana.
Moja wilczyca zaskomlała głęboko we mnie – a potem zawyła z bólu.
I przez tę burzę udręki, usłyszałam to.
Jego głos. Julian. Poprzez więź.
Ale to, co do mnie dotarło, nie było ani ciepłem, ani przeprosinami.
To był lód.
„Odrzucam cię jako moją przeznaczoną”.
Więź pękła jak strzaskana kość.
Cisza, która po tym zapadła, była głośniejsza niż jakikolwiek krzyk.
Moje dłonie drżały na kamiennej podłodze.
Łzy zatarły mi wzrok – nie z powodu bólu odrzucenia, ale przez prawdę, jaką ze sobą niosło.
Wybrał ich.
Wybrał ją.
A teraz nie miałam już przeznaczonego. Rodziny. Imienia. Nikogo.
Tylko wściekłość.
Tylko ciemność.
Tylko ogień, który zaczął się tlić w rozbitych ruinach mojego serca.
To jest moje piekło.
I jeśli je przetrwam, przysięgam...
Sprawię, że wszyscy spłoną.






