Uporczywe dzwonienie budzika niosło się po pokoju, a śmiertelnie zmęczona Vivian raz po raz włączała drzemkę, naciągając kołdrę na głowę, by pospać jeszcze choć chwilę.
Po piątym dzwonku zerwała się z łóżka, jakby poraził ją prąd. Chwyciła telefon z nocnego stolika i zgarbiła ramiona, nie znajdując żadnej wiadomości od Gavina.
Starając się zachować optymizm, sama do niego napisała. Komunikacja to przecież ulica dwukierunkowa; jeśli on nie pisze, ona może napisać pierwsza.
Szybko pobiegła do łazienki i wzięła ciepły prysznic. Było po szóstej, a o siódmej trzydziestej powinna być w biurze. Jako szefowa musiała dawać przykład.
Ubrała się w czarny garnitur biznesowy, związała kasztanowe włosy w wysoki kucyk, włożyła szpilki w szpic i wyszła do pracy.
— Dzień dobry, Tesso — przywitała się ze swoją sekretarką, Tessą Brooks, która siedziała już przy biurku. Vivian weszła do swojego gabinetu, a Tessa natychmiast ruszyła za nią z plikiem dokumentów.
— Dzień dobry, proszę pani. Chciałabym zgłosić nieprawidłowości w zapisach finansowych — zaraportowała profesjonalnie Tessa, kładąc papiery na biurku Vivian.
Vivian, siedząc już w wygodnym skórzanym fotelu za wielkim mahoniowym biurkiem, wzięła dokumenty i zaczęła je przeglądać.
Z każdą przeczytaną stroną na jej twarzy pogłębiał się grymas. To, co widniało w dokumentach, wcale nie było dobrą wiadomością.
— Tesso, zwołaj natychmiast spotkanie kryzysowe. Ktoś wyprowadza fundusze firmy i przlewa je na konta-słupy — rozkazała Vivian, czując, jak serce wali jej w piersi.
— Tak jest — odparła Tessa. Ledwo zdążyła się odwrócić, by wyjść, gdy drzwi gabinetu otworzyły się z hukiem i do środka weszli gwałtownie mężczyźni w policyjnych mundurach.
— Przepraszam, nie powinno was tu być! — wykrzyknęła zaniepokojona Tessa, ale wysoki blondyn zignorował ją i podszedł do biurka Vivian.
— Pani Vance, zgadza się? Nazywam się Garret Kross, jestem inspektorem z komisji antykorupcyjnej — powiedział mężczyzna, pokazując Vivian odznakę, po czym schował ją do kieszeni.
— Jestem tu z policją, aby aresztować panią pod zarzutem oszustw i unikania płacenia podatków. Wszystkie dokumenty w tym biurze zostają zabezpieczone do dalszego śledztwa. Ma pani prawo zachować milczenie, wszystko, co pani powie, może zostać użyte przeciwko pani przed sądem — oświadczył inspektor Garret, zakuwając Vivian w kajdanki i podrywając ją z fotela.
Była zbyt zszokowana, by zareagować. „Co u licha się dzieje?” — pytała samą siebie, prowadzona w oszołomieniu przez korytarz.
— Panie oficerze, to musi być pomyłka! Pani Vance nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! — krzyczała Tessa, biegnąc za nimi, ale oni pozostali głusi na jej wołania.
Vivian trwała w szoku, gdy zjeżdżali windą na parter. Jej serce tłukło się o żebra, gdy patrzyła na swoje skute dłonie.
Spojrzenia pracowników sprawiały, że czuła się fatalnie. To była niezwykle upokarzająca sytuacja; miała nadzieję, że wszyscy o tym szybko zapomną.
Gdy wyszli z budynku, osaczyli ją reporterzy, wpychając kamery i mikrofony prosto przed jej twarz.
— Pani Vance, czy to prawda, że dopuściła się pani oszustwa?
— Pani Vance, kto teraz przejmie firmę?
— Pani Vance, czy nie wstyd pani w taki sposób szargać reputacji firmy pani zmarłego ojca?
Reporterzy zasypywali ją absurdalnymi pytaniami, a Vivian zacisnęła pięści, kipiąc z gniewu.
Kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę i zmarszczyła brwi. „Kiedy Gavin wrócił?” — pomyślała zdezorientowana, ale zaraz poczuła przypływ nadziei, bo tylko on mógł jej teraz pomóc.
Zanim jednak zdążyła go zawołać, on otworzył drzwi swojego Ferrari, z którego wysiadła piękna kobieta w czerwonej sukience. Wzięli się pod ramię i weszli do budynku, całkowicie ją ignorując, podczas gdy ją wpychano do radiowozu.
„Gavin...” — wołała go w myślach, dopóki drzwi samochodu nie zatrzasnęły się i radiowóz nie odjechał.
....
— Nie będę się powtarzał. Gdzie są pieniądze inwestorów? — zapytał inspektor Garret, uderzając dłonią w stół, aż Vivian podskoczyła.
Zabrano ją bezpośrednio do pokoju przesłuchań i zaczęto bombardować pytaniami, zanim w ogóle zdążyła złapać oddech.
— Powiedziałam, że nic nie wiem o pieniądzach, o które pan pyta — warknęła wściekle, patrząc spode łba na inspektora. Miała rozciętą wargę — uderzył ją wcześniej, bo nie dostawał takich odpowiedzi, jakich oczekiwał.
Sposób, w jaki zadawali pytania, sugerował, że już dawno uznali ją za winną.
— Posłuchaj, kobieto, nie marnujmy swojego czasu. Nie mówię tego bezpodstawnie, wszystkie dowody wskazują na ciebie — powiedział inspektor Garret, kładąc przed Vivian dokument.
— Zobacz sama. To twój podpis, zatwierdzający transfer milionów dolarów na konta-słupy — wskazał palcem.
Vivian poczuła szum w głowie. „Kiedy ja zatwierdziłam te transakcje?” — myślała w udręce, próbując sobie coś przypomnieć, ale w pamięci miała tylko pustkę.
— Inspektorze, naprawdę nie wiem, gdzie są te pieniądze. Ta firma należy do mnie. Czy to ma sens, żebym okradała własne dzieło, w które włożyłam krew i pot? — zaprzeczyła, jakoby miała cokolwiek wspólnego z przelewami.
Inspektor umilkł, zdając się rozważać jej słowa.
— Masz rację, to nie ma sensu. Ale na ten moment wszystkie dowody, jakie mamy, wskazują na panią, pani Vance. Ma pani dowód, że to nie jest pani podpis? — zapytał Garret, nachylając się nad stołem i opierając na nim obie dłonie.
— Ja... Nie... Podpis jest mój, owszem, ale nie wiem, jak znalazł się na tych papierach. Chcę rozmawiać z moim prawnikiem — zażądała Vivian, na co inspektor tylko zachichotał.
— Nawet jeśli próbuje pani grać na zwłokę, to nic nie zmieni. Dopóki ja prowadzę tę sprawę, pójdzie pani za kratki, pani Vance — oznajmił Garret, podając jej telefon.
— Masz pięć minut.
Vivian drgnęła z wdzięcznością; pomyślała, że inspektor musiał jednak dostrzec jej niewinność.
Wybrała dobrze znane numery, ale telefon dzwonił bez echa. Po trzech nieodebranych połączeniach, z mocno bijącym sercem, zadzwoniła do swojego prawnika, pana Barnesa. Jednak podobnie jak w przypadku Gavina, nikt nie odbierał.
Serce Vivian zamarło, a w żołądku poczuła bolesny skurcz. Ogarnęło ją złe przeczucie, gdy wciąż wybierała oba numery. „Dlaczego obaj ignorują moje telefony?”
W końcu udało jej się połączyć z numerem Gavina, ale odezwała się jego sekretarka, Myra.
— Proszę zadzwonić później, prezes jest na posiedzeniu zarządu — powiedziała Myra.
Vivian poczuła, jak jej serce wykonuje gwałtowny fikołek. Przełknęła ślinę z trudem.
— Myra... co ty mówisz? Jaki prezes? — zapytała do słuchawki, a Myra po drugiej stronie westchnęła, najwyraźniej rozpoznając głos Vivian.
— To pan Thorne, proszę pani. Jest nowym prezesem Vance Holdings — Myra przekazała szokującą wiadomość, a serce Vivian rozpadło się na tysiąc kawałków. „Co tu się, kurwa, dzieje?”
Uspokajała się jednak w myślach, by nie wyciągać pochopnych wniosków. „Pewnie zastępuje mnie tylko na czas mojej nieobecności” — przekonywała samą siebie.
— Możesz podać mu słuchawkę i powiedzieć, że chcę z nim rozmawiać? — zapytała Vivian, a Myra po chwili wahania się zgodziła.
— Jasne, proszę chwilę poczekać.
— Przykro mi, pani Vance, pan Thorne przekazał, że jest zajęty — powiedziała Myra, starając się być tak uprzejma, jakby te słowa ostre jak miecze mogły dzięki temu mniej boleć.
Telefon wypadł z dłoni Vivian i upadł na stół, gdy dotarła do niej bolesna prawda. „Wrobili mnie!”
Nie chciała wierzyć w swoje przypuszczenia, ale jeśli do tej pory nie rozumiała, co się dzieje, to była naprawdę naiwna.
— Inspektorze, zostałam wrobiona. To jedyne wyjaśnienie. Musi mi pan uwierzyć — błagała Vivian, a jej oczy wypełniły się łzami.
Pierwszy raz w życiu znalazła się w takiej sytuacji, więc naturalnie nie wiedziała, jak sobie z nią poradzić.
Ciało odmówiło jej posłuszeństwa, a serce czuło się tak, jakby przebijało je tysiąc strzał.
„Gavin... naprawdę mnie oszukałeś? Ale dlaczego? Jedyne, co robiłam, to kochałam cię, a ty mi się tak odpłacasz?” — krzyczała w duchu, a zmarszczki na jej twarzy były świadectwem udręki.
— Pani Vance, inwestorzy chcą zwrotu pieniędzy albo pójdzie pani do więzienia, nie wspominając o zarzucie oszustw podatkowych, za który posiedzi pani bardzo długo. Na pani miejscu zacząłbym od spłacenia inwestorów, żeby nie utrudniali pani jeszcze bardziej życia — zakpił inspektor Garret, a w jego głosie pobrzmiewał sarkazm.
Umysł Vivian był w rozsypce, czuła się zagubiona. „Co mam robić?”
— Dlaczego miałabym spłacać pieniądze, o których nawet nie mam pojęcia? Inspektorze, zna pan zasady. Proszę znaleźć mi prawnika, który wyciągnie mnie za kaucją, albo pozwolić mi zadzwonić do przyjaciółki prawniczki, żeby mnie wyciągnęła, a ja przygotuję się do rozprawy — powiedziała, odzyskując zmysły, gdy zrozumiała, że płacz nic nie da.
— Wykorzystała już pani swoje połączenia, pani Vance. Wystąpię o obrońcę z urzędu, ale wątpię, żeby mógł pani pomóc w tej sprawie — zauważył chłodno Garret.
„Dlaczego nie pomyślałam, żeby najpierw zadzwonić do Sloane?” — Vivian karciła się w myślach za głupotę, ale zapomniała, że to była jej naturalna reakcja; Gavin jako jej chłopak był pierwszą osobą, o której pomyślała w sytuacji kryzysowej.
Było jednak jasne, że tylko ona tak myślała. Gavin nigdy nie był wobec niej szczery. Gdy tylko wpadła w kłopoty, on natychmiast zwołał zarząd i mianował się prezesem jej firmy.
Inspektor Garret wyszedł, by załatwić prawnika, zostawiając ją samą z myślami o tym, jak mogła doprowadzić do takiej sytuacji.
W jej głowie zapaliła się lampka, gdy przypomniała sobie pewne zdarzenie...
~ Wspomnienie ~
Pół roku wcześniej...
Gavin jak zwykle zachowywał dystans, a Vivian była u kresu wytrzymałości, nie wiedząc, jak naprawić ich związek, który zdawał się wisieć na włosku.
— Gavin, dlaczego nie powiesz mi, co się z tobą dzieje? Jesteś taki nieobecny — zapytała, gdy jedli kolację w rezydencji.
Gavin nawet na nią nie spojrzał, tylko dalej pisał coś w telefonie, odpowiadając: — To wszystko siedzi w twojej głowie.
Powiedział to w sposób, który nie zostawiał Vivian żadnego pola do dyskusji. Uśmiechnęła się, próbując zagłuszyć kłucie w piersi. Wróciła do jedzenia, obiecując sobie, że poruszy ten temat później...
Godzinę później Gavin w końcu wyznał, co go gryzie: — Po prostu mam wrażenie, że do siebie nie pasujemy... Jestem tylko kimś, kto został wiceprezesem dzięki znajomościom... mówią, że jestem zależny od kobiety, to upokarzające...
Serce Vivian ścisnęło się z bólu. Myślała, że między nimi wszystko jest w porządku. Widząc, że czuje się gorszy, wypaliła bez namysłu:
— Zrobię cię współwłaścicielem moich nieruchomości... to, co moje, jest i twoje...
Po chwili ciszy Gavin nagle się zgodził, a po wieczornym seksie wrócił do czatowania w telefonie, zostawiając Vivian po jej stronie łóżka, z ogromną przepaścią między nimi.
~ Koniec wspomnienia ~
Dopiero teraz, po zdradzie, Vivian połączyła fakty. Ciągłe siedzenie Gavina na telefonie i to, że bez oporów przyjął współwłasność, to były ewidentne sygnały ostrzegawcze, które zignorowała.
Vivian zrozumiała, jak bardzo była głupia i jak drogo ją to kosztowało.
...
Inspektor Garret wrócił do pokoju przesłuchań z nietęgą miną.
— Pani Vance, żaden prawnik nie chce podjąć się pani sprawy, a z góry dostałem informację, że pani przypadek nie podlega kaucji, więc na ten moment musi pani pozostać w areszcie — powiedział, odwracając wzrok.
— Chyba pan żartuje?! — krzyknęła Vivian, a w jej głosie słychać było desperację. Czuła ciężar w klatce piersiowej, jakby przygniatał ją głaz, nie pozwalając oddychać.
— Istnieje ryzyko ucieczki, więc zostanie pani tutaj do odwołania — oznajmił inspektor Garret i rzuciwszy jej przepraszające spojrzenie, wyszedł, by przygotować dla niej celę.
Vivian została uderzona huraganem emocji, opłakując utratę miłości i firmy.
Nagle drzwi do pokoju otworzył policjant i ogłosił: — Przyszły do pani przyjaciółki. Macie 20 minut.
Sloane i pozostałe dwie koleżanki weszły do środka, a Vivian natychmiast ożyła.
„O słodki Jezu! Dzięki Bogu, wreszcie ratunek!” — pomyślała z ekscytacją, czując, jak promień nadziei rozświetla jej serce, wdzięczna, że nie wszystko jeszcze stracone.






