Vivian poczuła nagły przypływ emocji na widok przyjaciółek, a jej oczy wezbrały łzami.
— Hej... spokojnie, wszystko będzie dobrze, wyciągniemy cię z tego — powiedziała Sloane, podchodząc do Vivian i mocno ją przytulając.
Vivian w końcu miała okazję dać upust swojemu żalowi; zapłakała głośno, chowając twarz w ramieniu Sloane, która gładziła ją kojąco po plecach.
Lyra, stojąca po drugiej stronie stołu, wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale ugryzła się w język po karcącym spojrzeniu Sloane.
Sloane wiedziała, co Lyra ma na końcu języka... ale Vivian przechodziła zbyt wiele, by teraz słuchać słów w stylu: „A nie mówiłam?”.
Widziały Gavina w wiadomościach; udzielał wywiadu jako nowy prezes, całkowicie odcinając siebie i firmę od Vivian.
Po czymś, co zdawało się wiecznością, a trwało zaledwie kilka minut, Vivian w końcu przestała szlochać i zaczęła pociągać nosem.
— Co się stało, kochana? Byłyśmy w szoku, kiedy usłyszałyśmy nowiny. Rzuciłyśmy wszystko i przyjechałyśmy od razu — powiedziała Clara, a serce Vivian wezbrało wdzięcznością.
Jej przyjaciółki były niezwykle zajętymi kobietami, ale dla niej porzuciły swoje obowiązki i przybiegły z pomocą. Przynajmniej jedna rzecz w jej życiu była prawdziwa: ich przyjaźń.
— Sama nie wiem. Jestem zdezorientowana. Obudziłam się, wzięłam prysznic jak zwykle i pojechałam do pracy. Nie spędziłam w biurze nawet dziesięciu minut, kiedy wpadła komisja antykorupcyjna i aresztowała mnie pod zarzutem oszustw i malwersacji podatkowych — wyjaśniła, a potem przypomniała sobie coś jeszcze. — No tak! Zanim wpadła policja, Tessa zgłaszała mi jakieś nieprawidłowości w dokumentacji finansowej.
— Policja pokazała mi dowody, jakie mają przeciwko tobie, i nie będę kłamać, są dość mocne. Ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby cię z tego wyciągnąć. Może zadzwońmy do Tessy i poprośmy o te dokumenty, o których mówiła? — zaproponowała Sloane, patrząc na pozostałe dwie kobiety, które skinęły głowami.
Wszystkie miały numer do Tessy, więc Clara wyciągnęła telefon, wybrała numer i włączyła tryb głośnomówiący. Sloane nadal pocieszała Vivian, podczas gdy Lyra usiadła na krawędzi stołu.
Telefon dzwonił długo, aż w końcu ktoś odebrał w ostatniej chwili.
— Halo? — w słuchawce rozległ się obcy męski głos, a kobiety zmarszczyły brwi.
— Dzień dobry, chciałabym rozmawiać z Tessą — powiedziała Clara, podgłaśniając rozmowę, by wszyscy słyszeli.
— Właścicielka tego telefonu ucierpiała w wypadku, sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Obecnie przebywa w śpiączce w szpitalu miejskim — odpowiedział męski głos, a wszystkim zebranym zamarł oddech.
Co tu się, kurwa, działo? Czy to był przypadek, że tuż po aresztowaniu Vivian jej asystentka uległa wypadkowi i leżała nieprzytomna, nie mogąc zeznawać?
To zdecydowanie śmierdziało spiskiem, ale na razie nie miały żadnych konkretnych tropów.
— Wiesz, kto mógł przelać te fundusze? — zapytała niepewnie Clara, na co Lyra wywróciła oczami.
— Przestańcie owijać w bawełnę. Ten gościu nawet wystąpił w telewizji, żeby świętować swoją nominację, podczas gdy jego dziewczyna jest w tarapatach. To proste: wykorzystał jej ślepą miłość, żeby namówić ją do podpisania papierów, a ona, bo głupio mu ufała, podpisała wszystko bez sprawdzania — wyrzuciła z siebie Lyra, nie dbając o to, czy brzmi to szorstko. Była typem osoby, która nazywa rzeczy po imieniu.
W jej opinii Vivian sama była sobie winna. Kto miesza faceta w rodzinny biznes? Faceta... nawet nie narzeczonego, tylko zwykłego chłopaka. Ewidentnie się o to prosiła.
Było jej przykro, owszem, ale zamierzała mówić prawdę i wyrazić swoją szczerą opinię.
— Lyra — upomniała ją Sloane ostrym tonem, ale Vivian ją powstrzymała.
— Ona ma rację. Nie mogę uwierzyć, że byłam tak głupia i naiwna. Ufałam mu i zrobiłam go współwłaścicielem firmy, a on wbił mi nóż w plecy, gdy nie patrzyłam — powiedziała, a przyjaciółki oniemiały.
— Co zrobiłaś? — Teraz przyszła kolej na Sloane, by wpaść w szał. Odsunęła się od Vivian, chwytając ją za ramiona, wstrząśnięta tym wyznaniem.
— Dziewczyno, jak mogłaś zrobić coś tak durnego? Jak ja mam ci teraz pomóc? — wrzasnęła Sloane, a w jej głosie słychać było frustrację. Nigdy by nie pomyślała, że jej inteligentna przyjaciółka tak łatwo da się podejść facetowi.
— Wiem, to było głupie... Boże! Czuję się teraz taką idiotką. Jak mogłam nie widzieć? Sygnały były, ale je ignorowałam — zawodziła Vivian w udręce, a przyjaciółki patrzyły na nią z litością.
Chciały pomóc, ale co mogły zrobić? Nawet gdyby zebrały wszystkie swoje pieniądze, to nie wystarczyłoby na spłacenie długów.
Sloane próbowała wcześniej wpłacić kaucję, ale główny inspektor odrzucił jej wniosek. Nie wiedziała, jak powiedzieć przyjaciółce, że ona również jest bezsilna.
Drzwi otworzyły się i wszedł policjant, który je tu zaprowadził. — Panie, macie pięć minut na dokończenie rozmowy, potem musicie wyjść.
— Kochana, rozmawiałam z komendantem i powiedziano mi, że nie mogę wpłacić za ciebie kaucji, a inwestorzy domagają się spłaty pieniędzy, które rzekomo jesteś im winna — Sloane zdecydowała się przekazać złe wieści, które w sobie dusiła. Wiedziała, że jej obecność dała Vivian nadzieję, więc nienawidziła niszczyć tej ostatniej iskierki.
Zgodnie z przewidywaniami Vivian straciła rezon, a blask w jej jasnoniebieskich oczach całkowicie zgasł, zastąpiony przez tępe odrętwienie.
— Spróbuję zadzwonić do agencji nieruchomości i sprawdzić, czy mogą wystawić na sprzedaż niektóre z moich posiadłości — powiedziała Vivian, prosząc o telefon jednej z przyjaciółek.
Sloane, która stała najbliżej, podała jej komórkę. Vivian wybrała kilka numerów.
Po wyjaśnieniu sytuacji i podaniu kodów nieruchomości Vivian o mało nie zemdlała od tego, co usłyszała od agenta.
Gavin zmienił status własności wszystkich jej posiadłości. Nie wiedziała jak, ale nagle została bez grosza przy duszy.
Serce bolesne jej się ścisnęło; czuła się, jakby kot rozrywał jej pierś pazurami.
Gavin nie chciał tylko podciąć jej skrzydeł — on chciał ją zniszczyć raz a dobrze, nie zostawiając żadnej drogi ucieczki.
Był tak okrutny. Jak mogła kochać takiego potwora przez dziesięć pieprzonych lat? Musiała być ślepa.
Przyjaciółki próbowały ją pocieszać, ale ona była już poza zasięgiem jakichkolwiek dobrych słów. Jej umysł zalała fala gniewu, nienawiści i bólu. Jedyne, czego pragnęła, to ukręcić Gavinowi szyję.
— Dobra, panie, czas minął — ogłosił ten sam policjant i czekał przy drzwiach, aż przyjaciółki Vivian wyjdą.
Po tym, jak ją jeszcze raz uściskały i zapewniły, że zrobią wszystko, co w ich mocy, opuściły pokój, a Vivian została sama, by zmierzyć się z brutalną rzeczywistością.
Wkrótce do pokoju weszła strażniczka. Serce Vivian zabiło nerwowo na myśl o tym, co nastąpi.
— Idziemy. Od teraz jesteś numerem 1995 — powiedziała szorstko strażniczka.
Nazywała się Verna Grimes i pracowała w policji miejskiej od dwudziestu lat. Doświadczenie nauczyło jej, by nigdy nie oceniać książki po okładce... młoda kobieta idąca za nią wyglądała niewinnie, ale kto wiedział, co przeskrobała, że tu trafiła.
Kierując się w stronę cel kobiecych, zatrzymały się przed biurkiem, a Verna wyciągnęła niebieski drelich dla Vivian.
Choć Vivian czuła się skrzywdzona, nie miała wyjścia — musiała zdjąć swój markowy garnitur i włożyć stary więzienny mundur, który cuchnął pleśnią.
Na szczęście umieszczono ją w osobnej celi, w przeciwnym razie pewnie padłaby ofiarą szykan. Słyszała straszne historie o tym, jak po aresztowaniu ludzie byli bici i gwałceni.
Trzy dni minęły w mgnieniu oka, a Vivian wciąż tkwiła w celi. Zbladła i wyglądała, jakby straciła na wadze. Jej włosy były w nieładzie, a ona nie była w stanie tknąć posiłków, które jej serwowano. Czuła się przez to bardzo słaba.
Leżała na brudnej podłodze, zbyt zmęczona i wyczerpana, by się tym przejmować, gdy zamek w kratach zgrzytnął i weszła Verna.
— Wstawaj, ktoś do ciebie przyszedł — powiedziała, a Vivian szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia, zastanawiając się, kto to może być, skoro jej przyjaciółkom nie pozwolono na kolejną wizytę.
Próbowała się podnieść, ale była zbyt słaba. Widząc to, Verna pomogła jej wstać i wyprowadziła ją z celi, trzymając za rękę.
Gdy Vivian dotarła do pokoju widzeń, ze zdumieniem zobaczyła młodego mężczyznę w okularach w złotej oprawce i czarnym garniturze.
Mężczyzna nie odezwał się, tylko wyjął termos i postawił go na stole. Gdy go otworzył, rozszedł się słodki aromat, a żołądek Vivian zakręcił się z głodu. Na jej policzki wypłynął lekki rumieniec.
— Proszę jeść, pani Vance. Dowiedziałem się, że prawie nic pani nie jadła, więc przyniosłem ten kleik ryżowy, żeby pani odzyskała siły — powiedział mężczyzna, a Vivian natychmiast zaczęła łapczywie pochłaniać jedzenie. Nie miała czasu zastanawiać się, skąd ten człowiek zna jej nazwisko ani skąd wziął się ten kleik. Była zbyt głodna, by o to dbać.
Mężczyzna, widząc, jak bardzo jest wygłodniała, poczuł do niej współczucie.
Gdy Vivian skończyła posiłek, mężczyzna przedstawił się, wręczając jej wizytówkę.
— Nazywam się Silas Mercer, jestem z grupy Sterling Systems i pełnię funkcję osobistego asystenta prezesa — powiedział Silas, poprawiając okulary na nosie.
— Dobrze, panie Mercer, czemu zawdzięczam tę wizytę? Przyszedł pan pytać o pieniądze? — zapytała Vivian, zdezorientowana, ale nasycona po trzech dniach głodówki... jedzenie smakowało jak niebo w gębie.
— Mam sposób, by wyciągnąć panią z więzienia i spłacić pani długi, ale najpierw musi pani przyjąć ofertę mojego szefa — oznajmił Silas.
— Jaką ofertę? — zapytała Vivian z uniesioną brwią.
— Musi pani wyjść za niego mąż.






