languageJęzyk

Rozdział 1

Autor: Aeliana Moreau15 cze 2026

– Sprzedałaś mnie? – zapytała Freya, a w jej głosie pobrzmiewało czyste obrzydzenie.

– Zapłacił za ciebie pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Co mam zrobić? Zostałaś kupiona i opłacona – odparła Eleanor, macocha Frei.

– Nie wychodzę za mąż.

– O, właśnie że wychodzisz! On już nam zapłacił! Jak tylko skończysz studia, weźmiesz ślub. W końcu znalazłam mężczyznę, który się zgodził.

Eleanor podniosła zdjęcie starszego mężczyzny. Łysy, gruby, brzydki. Miał co najmniej pięćdziesiątkę. Freya miała zaledwie dwadzieścia jeden lat.

Gniew Frei wykipiał. – Mam chłopaka! Nie należę do ciebie, nie możesz mnie sprzedać! Nie mogłaś sprzedać temu staruchowi Sloane?

Zanim Freya zdążyła nabrać tchu, Eleanor wymierzyła jej mocny policzek.

– Ty głupia suko! On już za ciebie zapłacił! A pieniędzy już nie ma! Wyjdziesz za niego, albo będę musiała sprzedać dom!

– Powinnaś się cieszyć, że ktokolwiek uważa, że jesteś cokolwiek warta – zakpiła Sloane.

– Nie sprzedasz domu i nie wyjdę za tego człowieka! Sama oddam te pieniądze! – Nie zabierając żadnej ze swoich rzeczy, Freya wybiegła z domu prosto w deszcz.

Eleanor zawsze była złą suką, ale to był szczyt wszystkiego.

Freya została *sprzedana*. Miała ochotę jednocześnie płakać i wrzeszczeć. Jej łzy mieszały się z deszczem i po chwili nie potrafiła już ich odróżnić.

*Wes*, pomyślała. *Muszę go zobaczyć*.

Przebywanie z nim zawsze poprawiało jej nastrój. Wes miał dar sprawiania, że złe emocje znikały. To za niego miała wyjść po studiach. Nie za jakiegoś zboczonego starucha. Pochodził z bogatej rodziny. Może oni mogliby jej pomóc.

Ruszyła gwałtownie w stronę akademika Wesa. Deszcz nagle ustał. Prawdę mówiąc, nie wróciłaby do domu, gdyby tego popołudnia tak nie lało.

Ostatnią rzeczą, na jaką Freya miała ochotę, był powrót do domu. To nie był dom. Przynajmniej nie dla niej. Straciła matkę, gdy była młoda, a jej ojciec od tamtej pory znajdował się w różnym stadium upojenia alkoholowego. W jednej ze swoich rzadszych chwil trzeźwości ożenił się ponownie. Eleanor na początku była miła. Przyszła ze swoją własną córką, Sloane. Powiększenie rodziny zdawało się dobrze wpływać na ojca. Przynajmniej przez jakiś czas. Szybko jednak wrócił do dawnych nawyków. Pił już od dziewiątej rano. Nigdy ich nie krzywdził ani nic z tych rzeczy. O to dbała Eleanor. Była wcielonym złem.

Freya stała się służącą we własnym domu. Jej ojciec żył w nieustannym alkoholowym otępieniu. Freya nie była pewna, czy on tam w ogóle jeszcze jest. Eleanor wykorzystywała to i zmuszała Freyę do wszystkiego. Eleanor i Sloane nigdy nie kiwnęły palcem. Chyba że po to, by uderzyć w Freyę.

Widok domu budził w niej słodko-gorzkie uczucia. Choć wiązały się z nim cenne wspomnienia z dzieciństwa, krył w sobie także głęboką traumę z powodu znęcania się, któremu poddawała ją Eleanor. Zimny deszcz przemoczył ją do szpiku kości.

– Tylko szybko wejdę i wyjdę – upewniała się Freya tego popołudnia przed wejściem do budynku. Podeszła do tylnych drzwi i modliła się, by były otwarte.

Gdy podeszła bliżej, uderzyły ją znajome dźwięki.

– Ty bezużyteczny worku gówna! Dlaczego po prostu jeszcze nie zdechniesz? Żywy nie jesteś dla mnie nic wart! – Jadowite krzyki Eleanor wstrząsały domem.

Ten dom był kiedyś takim radosnym miejscem. Ta radość istniała już tylko w pamięci Frei. Budynek był ciemny i opuszczony. Wraski Eleanor i dudnienie telewizora zagłuszały kroki Frei skradającej się po wnętrzu. A przynajmniej tak jej się zdawało.

W chwili, gdy dotarła do swojego pokoju, czyjeś ramiona oplotły ją w pasie.

– Freya! Skradasz się tu po ciemku! Co ty sobie myślisz? – pisnęła Sloane, zaciskając uścisk na ciele Frei.

Ciało Frei zesztywniało. To była ostatnia rzecz, której chciała.

Eleanor była zła, ale Sloane wcale nie była lepsza. Często wtórowała okrucieństwu Eleanor. Sloane wręcz nim żyła. – Mamo! Zobacz, kto próbuje nas unikać!

Eleanor wymaszerowała z salonu, mrużąc oczy na widok Frei.

– Czego do diabła chcesz? – wrzasnęła. Sloane puściła ją i zachichotała ze złośliwą uciechą.

– Potrzebuję kilku swoich rzeczy – westchnęła Freya.

– Ty i ten twój ojciec nieudacznik potraficie tylko brać, brać i brać! Żadne z was nie wnosi nic do tej rodziny! Przez ostatnie dziesięć lat to ja utrzymywałam nas na powierzchni! A ty! Byłaś takim cholernym wrzodem na tyłku!

– Pracuję na trzech etatach, studiując dziennie! Płacę ci pięćset dolarów miesięcznie! Sprzątam ten dom w każdy weekend! Czego jeszcze ode mnie chcesz? – odparowała Freya.

– Ceny idą w górę. Czy ty nie powinnaś być wykształcona? Twój ojciec wpędził nas w takie długi! Na nic mnie już nie stać!

Freya była zmęczona tą kłótnią. Było jej zimno i była przemoczona. Chciała po prostu wyjść.

– Nie mam siły się z tobą użerać. Zabiorę tylko rzeczy i wychodzę…

Jej myśl przerwał nagły, ponowny atak deszczu. Musiała biec przez ulewę i brodząc w wodzie, dotarła w końcu do akademika Wesa. Freya zapukała do drzwi i czekała. Drzwi się otworzyły, a ona miała nadzieję ujrzeć po drugiej stronie swoje wybawienie.

– Wes! Ja… – urwała, widząc zamiast niego współlokatora Wesa. – Och, przepraszam, że przeszkadzam.

– Freya, jesteś przemoczona. Wszystko w porządku?

– Tak, przepraszam. Jest Wes? Muszę się z nim widzieć.

– On… – zaczął współlokator. Podrapał się w tył głowy i spuścił wzrok. – Nie ma go. Wyszedł przed chwilą. Powiedział, że jest zajęty… czymś.

Freya poczuła się źle. Wes był pod dużą presją ze strony rodziny i zazwyczaj był zajęty, by sprostać ich wymaganiom. Powinna była wiedzieć, że nie wpada się tak bez zapowiedzi.

– Och. W porządku. Rozumiem. Dzięki. Spróbuję później – uśmiechnęła się i odwróciła, by odejść.

– Freya?

– Tak? – Freya odwróciła się i zobaczyła, że współlokator Wesa wyciąga ku niej rękę ze smutnym wyrazem twarzy. Zdawał się z czymś bić, ale potrząsnął głową, jakby zmienił zdanie.

– Nic takiego. Uważaj na siebie, dobrze? – Posłał jej uśmiech i zamknął drzwi.

Freya powlekła się z powrotem do swojego akademika, ociężała od wody, smutku i żalu. *Zostaje mi pranie na golasa*, zażartowała w duchu. Po dniu, który zdawał się najdłuższym w jej życiu, w końcu dotarła do korytarza swojego akademika. Gdy zbliżała się do pokoju, wydawało jej się, że słyszy swoje imię.

– Co jeszcze może się dzisiaj wydarzyć? – szepnęła do siebie. Gdy podeszła bliżej, głosy stały się wyraźne.

– No dalej, **Wes** – przymilał się czyjś mdły, słodki głos. – W końcu będziesz musiał wybrać między nami. Powiedz mi, kochanie. Która z nas? Którą naprawdę kochasz?

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki