Tańczyli, aż rozbolały ich stopy, by w końcu późną nocą doczłapać się z powrotem do pałacu. Z pokoi wyłonili się dopiero wtedy, gdy słońce było już wysoko na niebie.
Kaelie udała się do jadalni. Znajdując wygodnie wyglądające krzesło, klapnęła na nie i zaczęła napełniać kawą bardzo duży kubek. Sączyła napój z dużą ilością śmietanki i cukru, powoli zajadając śniadanie.
Relaksując się, przeglądała telefon, znajdując różne filmy i zdjęcia opublikowane przez grupę poprzedniej nocy. Chłopcy pijący szoty. Dziewczyny robiące sobie selfie w łazience. W pewnym momencie Thatcher wdał się w pojedynek taneczny z jakimiś kolesiami i... wygrał?
Znalazła filmik, na którym Cal tańczy na środku ulicy, podczas gdy Tam krzyczy na niego z krawężnika, żeby wracał. Cal próbował przed nią uciekać, co wywołało salwy śmiechu u reszty, a Thatcher darł się: „Mamy uciekiniera!”. Kaelie uśmiechnęła się na to wspomnienie. Pamiętała te wspólne wybuchy radości i wspomnienia, które właśnie tworzyli.
Kiedy w końcu udało im się zagonić pijanego Cala do porządku, chłopcy wrzucili go do bagażnika Escalade'a. Zrobiono wtedy mnóstwo zdjęć, które od razu trafiły do sieci. Całą drogę do domu śpiewali z radiem, śmiejąc się ze swoich okropnych głosów.
— Dziś będzie padać — ogłosiła Hadley, wchodząc z Calem do jadalni. Reszta zebrała się już wokół stołu, zajadając się naleśnikami, jajkami, boczkiem, muffinkami i wszystkim, czego dusza zapragnie. Cal od razu skierował się do dzbanka z kawą.
— Dopiero późno w nocy, więc nawet nie zaczynaj mi prawić kazań o pakowaniu rzeczy na każdą pogodę — rzucił Thatcher, posyłając jej wymowne spojrzenie. Reszta zachichotała.
— Jestem pewien, że żadne z was się nie rozpuści — dodał Kieran, próbując zachować spokój.
— Jak się czujesz? — zapytał Evander, szczerząc się do Cala. — Kawa. Teraz — odpowiedział tamten głosem pełnym desperacji.
— Wziąłeś jakąś aspirynę? — zapytała Hadley. — Aspirynę? — dopytał. — No wiesz, niebieska tabletka, duże „A” — zaśmiała się.
— Więc... jeśli pogoda pozwoli — zaczęła Kaelie, patrząc na Hadley — co robimy dzisiaj wieczorem?
— Doskonałe pytanie! — ożywił się nagle Evander. — Mój brat wraca dziś w nocy, więc dzisiaj jest mój ostatni dzień wolności, zanim znów spadną na mnie obowiązki, których nie będę mógł unikać.
— No to co TY chcesz robić, Evanderze? — zapytała księcia Tamsin.
— Myślę, że wszyscy zgadzamy się, że wczoraj było super — zaczął, a wszyscy pokiwali głowami. — Chciałbym posłuchać muzyki na żywo. Znajdźmy jakiś koncert i chodźmy.
— To nie brzmi źle, zróbmy tak! — przyklasnął Kieran.
Po leniwym popołudniu nad basenem grupa ponownie wpakowała się do Escalade'a Evandera.
Wylądowali na rockowym koncercie, który zostawił ich całkowicie wyczerpanych. Chłopcy nie odważyli się pić tyle co poprzedniej nocy, więc trzymali się piwa. Muzyka była świetna, wszyscy śpiewali razem z tłumem i machali włączonymi latarkami w telefonach.
Po koncercie znaleźli restaurację otwartą całą dobę. Wcisnęli się do boksów i zamówili jedzenie.
— O której jutro wyjeżdżacie? Chcę was pożegnać — zapytał Evander.
— Pewnie wyruszymy około południa — odparł Cal.
— Tak, my też — zgodził się Kieran.
— Dobrze, po południu mam spotkania, więc pasuje idealnie — odrzekł Evander.
Nie chcąc, by ta noc się kończyła, w końcu jednak zebrali się i wrócili do pałacu. Po nalocie na kuchnię w poszukiwaniu przekąsek, rozeszli się do swoich pokoi. Znów było późno, ale nikogo to nie obchodziło. Było warto.
— Dopilnowałem, żeby nasze pokoje były po przeciwnej stronie pałacu niż pokoje tych gołąbków — zażartował Evander, gdy wraz z bliźniakami wchodzili po schodach.
— Chyba uszy by mi krwawiły, gdybym musiał słuchać ich igraszek — rzucił Kieran, wywołując śmiech Evandera i Kaelie.
Gdy dotarli na szczyt schodów, Kaelie zatrzymała się i podeszła do okna naprzeciwko, obserwując padający deszcz.
— Dobranoc wam, zobaczymy się jutro przed waszym wyjazdem — powiedział Evander i odszedł do siebie.
— Dobranoc — odpowiedzieli chórem Kaelie i Kieran.
Kaelie stała tam, patrząc na krople deszczu spływające po szybie, podczas gdy Kieran poszedł do swojego pokoju. To był udany weekend, który sprawił, że z większą ekscytacją zaczęła myśleć o nadchodzącym szkoleniu dla przywódców. Jej rodzice poznali się właśnie na takim szkoleniu, gdy byli młodzi. Jej matka była córką alfy z innej watahy i akurat szła na pole treningowe, kiedy poczuła zapach Vaughna. Gdy tylko ich spojrzenia spotkały się na boisku, on podbiegł do niej, wziął ją w ramiona i od tamtej pory byli nierozłączni.
Czy jej historia miłosna też będzie tak romantyczna? Taka, od której topnieją serca wszystkich dziewczyn? Zawsze miała swoich przyjaciół, ale pragnęła czegoś głębszego. Partnera, który będzie przy niej bez względu na wszystko. Kogoś, kto będzie ją kochał bezwarunkowo i traktował jak najcenniejszy skarb. *Może*, pomyślała.
Westchnęła i już miała odejść od okna do swojego pokoju, gdy nagle coś poczuła. Zamarła. Rozejrzała się, ale nikogo nie było w pobliżu. Ten zapach był tak słodki, że mógł oznaczać tylko jedno. Jej Partner. On tu był. Uniosła głowę, gorączkowo szukając źródła zapachu. Aromat partnera doprowadzał ją do szaleństwa, sprawiając, że serce waliło jej jak oszalałe. Musiała go znaleźć. Zapach był słaby. Kimkolwiek był ten mężczyzna, przechodził tędy kilka godzin temu. Szła za wonią wzdłuż korytarza, aż dotarła do pewnych drzwi.
Zatrzymała się. Kiedy zdała sobie sprawę, gdzie jest, poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Stała w Skrzydle Królewskim. Drzwi przed nią prowadziły do sypialni Króla. Tylko rodzina królewska miała tu wstęp. Czy jej partnerem był król? Czy to możliwe? Jej ojciec przyjaźnił się z zmarłym królem, ale po jego odejściu obie rodziny nie spędzały już ze sobą tyle czasu co kiedyś. Z wyjątkiem Evandera.
Stała tam, oszołomiona tym odkryciem. Uniosła dłoń, ale nie potrafiła zmusić się do naciśnięcia klamki. Co miałaby powiedzieć? Przepraszam, że budzę, ale jestem twoją partnerką? Chodziłam po korytarzach w środku nocy i poczułam twój zapach? Brzmiało to przerażająco.
Wtedy to usłyszała. Dźwięk, który sprawił, że żołądek wywinął jej koziołka, a serce ścisnęło się z bólu. Zza drzwi dobiegały jęki.
Łzy zaczęły płynąć same. Nie mogła nad nimi zapanować. Nie wiedziała, co robić, ale musiała stąd uciekać. Zmusiła nogi do ruchu. Nie mogła myśleć, nie mogła oddychać, jedyne, co mogła, to biec. Biec tak szybko i tak daleko, jak tylko zdoła.
Popędziła z powrotem tą samą drogą. Desperacko szukając powietrza, wybiegła do ogrodów, padając na ziemię po potknięciu się o kamień. Leżała tam, niezdolna do wykonania choćby najmniejszego ruchu.
Deszcz lał strumieniami. Grzmoty niosły się echem. W oddali błyskały pioruny, ale jej to nie obchodziło. Nie dbała o to, że jest w samym środku burzy. Nie dbała o to, że leży na ziemi. Nie, jedyne, o czym mogła myśleć, to jej partner. Jej jedyny prawdziwy partner był w tej chwili w łóżku z inną kobietą. Ścisnęła klatkę piersiową i szlochała, podczas gdy deszcz przemaczał jej ciało do suchej nitki.






