Nadszedł ten dzień. Bal właśnie się zaczynał. Nie było już czasu na ucieczkę przed rzeczywistością.
Kaelie wyobrażała sobie różne scenariusze. Co jeśli on ją zignoruje? Albo wcale jej nie będzie chciał? Co jeśli ta kobieta tam będzie?
„Cokolwiek się stanie”, mówiła sobie, „nie płacz”. Skończyła już z wylewaniem łez. Była silniejsza niż jakakolwiek inna wilczyca i dobrze o tym wiedziała.
Gdy samochód zatrzymał się przed pałacem, przygotowała się psychicznie. Biorąc głęboki oddech, zebrała się na odwagę i wysiadła.
Ludzie stojący wokół odwrócili się, by się gapić. Kaelie miała na sobie ciemnoczerwoną suknię z opuszczonymi ramionami, która opinała ją w odpowiednich miejscach i sięgała samej ziemi. Miała rozcięcie do połowy uda, a na szyi naszyjnik z pereł z czarnym kamieniem pośrodku. Jej włosy były upięte w kok, z którego wokół twarzy opadały pokręcone pasma.
Wyglądała olśniewająco. Nie sposób było jej nie zauważyć.
Kieran podszedł do niej i podał jej ramię, wyczuwając jej niepokój. Splótłszy ręce, skierowali się ku drzwiom pałacu. Wspierała się na bracie, czując na sobie wszystkie te spojrzenia. Głowę trzymała wysoko.
Kieran był ubrany w czarny smoking, a jego włosy były idealnie ułożone. Jej ojciec wyglądał podobnie. Matka miała na sobie zieloną suknię, a siostra srebrną, którą wybrały razem. Inne alfy cofały się nieco przed aurą promieniującą od ich rodziny.
Pałac był piękny. Przy zapalonych wszystkich światłach lśnił niczym nocne niebo. Alfy i ich rodziny wchodzili po marmurowych schodach i przechodzili przez wielkie drzwi stojące między potężnymi kolumnami. Stukot szpilek niósł się echem po marmurze.
Gdy przekroczyli próg, dobiegły ich dźwięki muzyki. Orkiestra po mistrzowsku wykonywała melodię, zapraszając wszystkich do tańca.
Żyrandole lśniły, odbijając światło w kryształach. Ludzie w strojach galowych mieszali się ze sobą, śmiejąc się i żartując. Był tam każdy, kto się liczył, a wszyscy mieli nadzieję, że ich dzieci zyskają przychylność króla podczas nadchodzących miesięcy szkolenia.
To wszystko było grą. Grą o to, kto zdobędzie największą władzę.
Osoby na parkiecie wirowały w rytm muzyki, a partnerzy pewnie prowadzili ich przez salę. Kaelie chłonęła to wszystko.
Obserwowała, jak ludzie wchodzą ze sobą w interakcje. Najpotężniejsze osoby w terytorium zgromadzone w jednym pomieszczeniu. Weszli do sali balowej.
— Chciałabyś drinka? — zapytał Kieran.
— Tak, poproszę — odpowiedziała bez wahania.
Kieran poprowadził ją do baru.
— Bourbon bez lodu i kieliszek szampana, poproszę — powiedział do barmana.
Gdy odebrali napoje, rozejrzeli się po sali.
— To będzie długa noc — stwierdził Kieran.
— Tak — zgodziła się Kaelie.
— Niech igrzyska się zaczną — ogłosił.
Zauważyli swoich przyjaciół na balkonie na najwyższym piętrze sali balowej.
— Wyglądasz pięknie, a ty, Kaelie, też wyglądasz nieźle — powiedział dramatycznie Cal, gdy do nich podeszli.
— Bardzo zabawne — odparła Kaelie, przewracając oczami.
Rodzina królewska miała się pojawić dopiero godzinę po wszystkich innych.
Grupa obserwowała tańczących poniżej. Kaelie wypiła kieliszek szampana, a potem kolejny.
Gdy się śmiali, Kieran nagle zesztywniał. Jego wzrok spoczął na wilczycy po drugiej stronie sali. Odstawił szklankę i natychmiast do niej ruszył.
— Zdaje się, że ktoś znalazł swoją mate — powiedział Thatcher, obserwując go.
Dziewczyna była ładna. Miała krótkie brązowe włosy i zielone oczy. Ubrała czarną suknię na jedno ramię i stała obok kogoś, kto wyglądał na jej ojca.
Kieran podszedł do niej, a potem skłonił się jej ojcu. Dziewczyna uśmiechnęła się do Kierana.
— Oooo — westchnęła Tamsin.
— Powinniśmy pójść ją poznać? — zapytał entuzjastycznie Cal.
— Absolutnie nie, ani mi się waż do nich ruszyć. Nie możemy przytłoczyć tej biednej dziewczyny — rozkazała Hadley swojemu mate.
— Haha, tak, nic nie mówi „witaj w rodzinie” tak dobrze, jak wielka grupa ludzi osaczająca cię i gapiąca się jak na zwierzę w zoo — dołączyła Tamsin.
Kaelie patrzyła, jak jej rodzina podchodzi do pary. Podawali sobie ręce i przedstawiali się; uśmiechnęła się, ciesząc się szczęściem brata. Pozna jego mate później.
Tancerze wirowali w kółko niczym zegar odliczający jej przeznaczenie; Kaelie patrzyła.
Kieran wrócił po chwili z mate u boku.
— Słuchajcie, to jest Adeline — powiedział z dumą.
— Cześć — odezwała się nieśmiało.
— To jest moja siostra Kaelie, a to Cal, Hadley, Thatcher i Tamsin.
— Cześć, miło cię poznać — odśpiewała grupa.
Stali tam, poznając Adeline, czyli Addy, jak kazała na siebie mówić, i dowiedzieli się, że ona również będzie z nimi na Szkoleniu Liderów.
Wielki zegar wybił godzinę. Nadszedł czas. Serce Kaelie zabiło mocniej. W zatłoczonej sali balowej ucichły głośne rozmowy.
Rozbrzmiały fanfary i drzwi otworzyły się, ukazując rodzinę królewską. Szli z gracją w stronę tronu. Cyrus zajął miejsce, stając przed nim. Jego ciemnoblond włosy były czyste i ułożone. Smoking, który miał na sobie, leżał idealnie, podkreślając jego mięśnie i nie pozostawiając wątpliwości co do jego siły.
Evander i jego matka stanęli po obu stronach króla.
Cyrus przemówił: — Witajcie, goście! Bardzo się cieszymy, że mogliście przybyć dzisiejszego wieczoru. Wiem, że będziecie tęsknić za swoimi dziećmi, gdy będą tutaj na Szkoleniu Liderów, ale zapewniam was, że otoczymy je doskonałą opieką! Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić i z niecierpliwością czekam na rozmowę z każdym z was. Dość już mojego gadania, może teraz zatańczymy? — Tłum się zaśmiał, a muzyka rozbrzmiała na nowo.
Kaelie stała na balkonie, nie mogąc oderwać wzroku od króla. Jego zapach uniósł się w jej stronę. Zapach świeżego deszczu. Wpatrywała się w niego, sparaliżowana jego aromatem, a wtedy jego wzrok nagle spotkał się z jej oczami. Już wiedział.






