ALISTAIR
– Mówiłem ci, że zmieni zdanie – powiedział Sebastian z poczuciem wyższości na twarzy.
Byliśmy w moim gabinecie, czekając na przybycie mojej asystentki, abyśmy mogli sfinalizować warunki naszej umowy. Sebastian był właścicielem jednej z najbardziej prestiżowych kancelarii prawnych w Nowym Jorku, a jego reputacja mówiła sama za siebie. Nie było nikogo lepszego do reprezentowania mojej firmy.
– Co jednak sprawiło, że zmieniła zdanie? – zapytał, przeczesując dłonią włosy.
– Kogo to obchodzi? Ważne, że się zgodziła – odparłem, zerkając na zegarek. – Spóźnia się. Nigdy się nie spóźnia.
– Może znów zmieniła zdanie – uśmiechnął się złośliwie Sebastian, opierając się na krześle. – Przypomniała sobie, jakim byłeś dla niej skończonym dupkiem.
– Nie męczy cię czasem słuchanie własnego gadania? – jęknąłem, również opierając się w fotelu.
– Nie – odparł niezrażony. – Zwłaszcza kiedy mam rację.
– Zamknij się – mruknąłem, ponownie sprawdzając godzinę.
– Wyluzuj. To pewnie korki. – Oparł się głębiej. – Albo może dotarło do niej, że nie jesteś wart tych nerwów.
– Sebastianie – ostrzegłem, posyłając mu mordercze spojrzenie.
Uniósł ręce w udawanym geście poddania.
– I czy mógłbyś, na miłość boską, pozwolić mi mówić, zanim otworzysz usta i palniesz coś, co ją odstraszy?
– Dobra. Tylko dlatego, że chcę, żeby to wypaliło.
Właśnie wtedy drzwi się otworzyły i weszła Genevieve, mając na sobie najbrzydszy sweter, jaki w życiu widziałem.
– Spóźniłaś się – powiedziałem.
Przełknęła ślinę. – Korki.
Sebastian uniósł brew. – Albo obleciał cię strach?
– Ani jedno, ani drugie – odparła, starając się utrzymać pewny głos. – Powiedziałam, że to zrobię, i mówiłam poważnie.
Wstałem i powoli ruszyłem w jej stronę, skracając dystans, aż dzieliły nas zaledwie centymetry. Odchyliła głowę, by spojrzeć na mnie z dołu.
Nie odezwałem się. Po prostu się wpatrywałem.
– Dzisiaj sporządzimy warunki – powiedziałem w końcu. – Wprowadzisz się do końca tygodnia. Pozory mają znaczenie, a jeśli ktoś nabierze podejrzeń, że to farsa, oboje przegramy.
Sebastian oparł się na krześle, wyraźnie rozbawiony. – Już jest tak romantycznie.
Zignorowałem go.
– Ustalimy podstawowe zasady. Będziesz uczestniczyć w kolacjach, wydarzeniach, we wszystkim, co okaże się konieczne. Ja zajmę się mediami. Ty masz się tylko uśmiechać i wyglądać, jakbyś była we mnie beznadziejnie zakochana. Myślisz, że sobie z tym poradzisz?
Uniosła podbródek. – Czy mam coś do powiedzenia w kwestii tych zasad?
Moje wargi drgnęły w lekkim uśmiechu. – Zobaczymy.
Sebastian wstał i klasnął w dłonie. – Cóż, to będzie zabawne. Zaczynamy, gołąbeczki?
Usiadła naprzeciwko mnie.
– A więc oboje ogłosicie zaręczyny w sobotę – powiedział Sebastian, porzucając żartobliwy ton. – Do tego czasu on kupi ci pierścionek, a za dwa tygodnie weźmiecie ślub. – Jego wzrok przeskakiwał między nami. – Pasuje?
Zawahała się, ale w końcu skinęła głową. Ja z kolei nie mogłem przestać patrzeć na ten potworny sweter, który miała na sobie. Spod makijażu prześwitywał siniec, ale tego nie skomentowałem.
– Wprowadzisz się do niego w niedzielę. Spakuj swoje rzeczy – dodał Sebastian.
Próbował ukryć zawahanie, wspominając o jej rzeczach. Dobrze, przynajmniej nie tylko ja miałem problem z tym swetrem.
– Chwila... co masz na myśli, mówiąc, że zamieszkamy razem? – zapytała, wyraźnie zaskoczona.
Sebastian uniósł brew. – Cóż, każde małżeństwo mieszka razem, prawda?
Posłałem mu oschłe spojrzenie.
– Ja, eee... nie pomyślałam o tym – mruknęła.
Sebastian zachichotał.
– Jak wspomniałem, będziecie małżeństwem przez trzy lata. W czasie trwania małżeństwa nie wolno ci być w związku z nikim innym. – Przysunął do niej umowę. – Przeczytaj ją dokładnie. Wyszczególniono tam wszystko, czego się od ciebie oczekuje. Jeśli masz jakieś własne warunki, daj mi znać.
Spojrzał na mnie, który przez cały czas milczałem, a potem z powrotem na nią.
– Otrzymasz milion dolarów po podpisaniu umowy, a kolejny milion po upływie trzech lat.
Jej oczy się rozszerzyły.
– To jest... – zaczęła, szukając słów. Obaj czekaliśmy.
– Za mało? – zapytałem, w końcu przerywając milczenie.
Odwróciła się w moją stronę, wpatrując się we mnie w całkowitym bezruchu.
– Genevieve – głos Sebastiana wyrwał ją z zamyślenia.
– Tak... To znaczy, to wystarczy. Aż nadto.
Moje wargi lekko się wykrzywiły.
– Dobrze. Masz czas do piątku, żeby ją przejrzeć i podpisać. – Sebastian wręczył jej teczkę. Wzięła ją i wstała, by wyjść.
– I Genevieve? – dodał, odchylając się do tyłu.
– Nie możesz pisnąć o tym nikomu ani słowa. Jeśli to zrobisz, umowa staje się nieważna.
– Oczywiście – odparła.
Po tych słowach wyszła z gabinetu.






