GENEVIEVE
Zaryczał budzik, wyrywając mnie z niewygodnej pozycji, w której zasnęłam. Bolała mnie szyja, plecy protestowały, a myśli w głowie już pędziły z prędkością światła.
Przez chwilę leżałam bez ruchu, wpatrując się w popękany sufit. Czy ja naprawdę się na to zgodziłam?
To pytanie zapętlało się w mojej głowie jak zdarta płyta. Czy na pewno dokonałam właściwego wyboru?
Jęknęłam i przetarłam oczy, zmuszając się, by usiąść. Robiłam to dla mamy. Zrobiłabym dla niej wszystko. Dosłownie wszystko.
Wywlokłam się z łóżka i jak zombie przeszłam przez poranną rutynę. Szybki prysznic, włosy spięte w niedbały kok i minimalny makijaż – tylko tyle, by wyglądać, że żyję. Wsunęłam na siebie zwykłą białą koszulę i popielatą spódnicę – to był jeden z niewielu przyzwoitych strojów, na które mogłam sobie pozwolić, odkąd zaczęłam pracę w Sterling Holdings. Może nie ociekał luksusem, ale był czysty i schludny.
Spojrzałam na zegarek. Zostało mi tylko pięć minut, jeśli chciałam zdążyć na czas. Świetnie.
Porywając batonik musli z niemal pustej półki w kuchni, rzuciłam się do drzwi. Kiedy jednak je otworzyłam, gwałtownie się zatrzymałam. Ktoś blokował mi drogę.
Viktor.
– Vi... Viktor? – wyjąkałam, a serce zabiło mi mocniej.
Oparty o framugę drzwi, ze skrzyżowanymi ramionami i chłodnym spojrzeniem, stał właściciel kasyna, w którym mój ojciec, Donovan, uwielbiał uprawiać hazard, upijać się do nieprzytomności i zakopywać swoje problemy w białym proszku. To nie był pierwszy raz, kiedy pojawił się w naszym domu, by odebrać dług. I zawsze sprawiał, że cierpła mi skóra. Sposób, w jaki na mnie patrzył? Przyprawiał mnie o dreszcze.
– Gdzie jest Donovan? – warknął, pocierając szorstką brodę.
– Nie wiem – odparłam szybko, cofając się o krok.
– Jest mi winien pieniądze.
To nie mogło być prawdą. Wczoraj zabrał wszystkie moje oszczędności. Na co do diabła je w takim razie przeznaczył?
– Jak powiedziałam, nie wiem, gdzie jest. Wczoraj wieczorem wyrzuciłam tego pijanego dupka z domu.
Oczy Viktora lekko się zwęziły. – Doprawdy?
– Posłuchaj, Viktor, muszę gdzieś być, a i tak jestem już spóźniona.
Zmierzył mnie powolnym spojrzeniem z góry na dół, uniósł brew, po czym oblizał wargi w ten obrzydliwy sposób, od którego zbierało mi się na wymioty.
– Pewnego dnia, Genevieve – mruknął niczym ostrzeżenie, albo obietnicę, z którą nie chciałam mieć nic wspólnego, po czym odszedł.
Kiedy wyszłam na zewnątrz i ruszyłam w stronę głównej drogi, przemknął obok mnie samochód, ochlapując mnie brudną wodą z kałuży.
– Dupek! – wrzasnęłam, ale kierowca nawet się nie zatrzymał ani nie obejrzał.
Spojrzałam na swoje przemoczone ubranie i jęknęłam. Nie mogłam w takim stanie wejść do Sterling Holdings. Nie miałam nawet w co się przebrać. W tym tygodniu nie zdążyłam jeszcze zrobić prania.
Sfrustrowana i mokra, wróciłam do środka i zaczęłam przetrząsać szafę. W końcu na samym dnie znalazłam stary sweter. Był wyblakły, trochę za luźny, ale suchy i ciepły. Musiał wystarczyć.
Nie mając już czasu na użalanie się nad sobą, pośpieszyłam z powrotem na zewnątrz i udało mi się złapać taksówkę. Oczywiście ruch uliczny okazał się absolutnym koszmarem. Samochody wlokły się w ślimaczym tempie, a klaksony trąbiły niczym symfonia zagłady.
Wyglądało to tak, jakby wszechświat rzucał mi pod nogi wszystkie możliwe przeszkody. Jedno ostateczne ostrzeżenie. Ostatnia szansa, by wycofać się z paktu, który zawarłam z diabłem.
Ale nie zrobię tego. Nie mogłam. To było dla mamy. Potrzebowała, żebym to zrobiła.
Dotarłam dwadzieścia minut po czasie. Nienajlepsze wrażenie jak na pierwszy dzień fałszywych zaręczyn.
Lobby Sterling Holdings onieśmielało – marmurowe podłogi, nowoczesne meble i wszędobylskie nieskazitelne szkło. Recepcjonistka spojrzała na mnie i posłała mi uprzejmy uśmiech. Zmusiłam się do odpowiedzi tym samym i popędziłam do windy.
Z każdym piętrem, na które wjeżdżała winda, moje serce biło coraz mocniej. Poprawiłam sweter, wzięłam głęboki oddech i wysiadłam na najwyższym piętrze.
Drzwi do sali konferencyjnej zarządu były już otwarte.
Sebastian siedział po drugiej stronie stołu, popijając kawę, jakby nie miał na świecie żadnych zmartwień. Alistair stał przy oknie, w idealnie skrojonym garniturze, ze skrzyżowanymi ramionami, emanując władzą i chłodem.
Odwrócił się, gdy weszłam. Nasze spojrzenia się skrzyżowały.
Spojrzał na mnie, tak naprawdę na mnie spojrzał, a coś w wyrazie jego twarzy zmieniło się na ułamek sekundy, zanim zamaskował to swoim typowym chłodnym dystansem.
– Jesteś spóźniona – powiedział niskim, opanowanym głosem.
Przełknęłam gulę w gardle. – Korki.
Sebastian uniósł brew. – Czy może tchórzostwo?
– Ani jedno, ani drugie – odparłam, starając się utrzymać pewny głos. – Powiedziałam, że to zrobię i słowa dotrzymam.
Alistair ruszył powoli w moją stronę, skracając dystans, aż stanął zaledwie kilka centymetrów ode mnie. Musiałam odchylić głowę, by na niego spojrzeć. Zapach jego wody kolońskiej sprawił, że mój żołądek zwinął się w supeł. To było niesprawiedliwe, że tak irytujący mężczyzna mógł pachnieć tak nieziemsko.
Nic nie mówił. Po prostu się wpatrywał.
– Dziś opracujemy warunki – powiedział w końcu. – Wprowadzisz się do końca tygodnia. Pozory mają znaczenie, a jeśli ktokolwiek zacznie podejrzewać, że to mistyfikacja, oboje przegramy.
Sebastian oparł się w fotelu, wyraźnie rozbawiony. – Już robi się tak romantycznie.
Alistair go zignorował. – Ustalimy podstawowe zasady. Będziesz uczestniczyć w kolacjach, wydarzeniach, we wszystkim, co okaże się konieczne. Ja zajmę się mediami. Ty masz się po prostu uśmiechać i wyglądać, jakbyś była we mnie beznadziejnie zakochana. Myślisz, że sobie poradzisz?
Uniosłam podbródek. – Czy mam coś do powiedzenia w kwestii tych zasad?
Kąciki jego ust nieznacznie się uniosły – nie był to do końca uśmiech, raczej złośliwy grymas. – Zobaczymy.
Sebastian wstał i klasnął w dłonie. – Cóż, zapowiada się świetna zabawa. Zaczynamy, gołąbeczki?
Moje serce tłukło się o żebra, gdy zajęłam miejsce naprzeciwko Alistaira.
Naprawdę to robiłam. Zostawałam jego żoną na trzy lata.
Wszystko dla mojej matki.
A może, tylko może, dla czegoś więcej, do czego nie potrafiłam się jeszcze przed samą sobą przyznać.






