languageJęzyk

Rozdział 3

Autor: Jacqueline22 kwi 2026

GENEVIEVE

Przetarłam oczy, zanim weszłam na oddział mamy. Musiały być opuchnięte. Nie przestałam płakać od świtu, a Donovan? Nadal nie odbierał.

– Cześć, mamo – powiedziałam, udając uśmiech tak kruchy, że mógłby pęknąć, gdyby tylko mocniej zamrugała.

Wyraz jej twarzy natychmiast uległ zmianie. – Genevieve, co się stało? Płakałaś.

Oczywiście, że przejrzała mnie na wylot. Zawsze to robiła.

– Tak... mój szef znów zachowuje się jak dupek – skłamałam. Prawda by ją złamała. A nie mogłam dodać kolejnej rysy do jej i tak już potrzaskanego świata.

– Genevieve... – zaczęła łagodnie.

– To była moja wina. Nie chcę o tym rozmawiać – mruknęłam, zbywając temat, jakby wcale nie ważył tony.

Nie nalegała. Po prostu sięgnęła po moją dłoń. – Dobrze, kochanie. Nie musisz.

Skinęłam głową, przełykając gulę w gardle. – Czy Donovan wpadł?

– Nie... czy on wrócił do domu? – Jej głos zabrzmiał nieco wyżej, rozkwitając nadzieją, od której zbierało mi się na mdłości.

Ten człowiek nie zasługiwał na jej nadzieję.

– Nie. Nie wrócił. – Mój głos stał się zimny, ostry i gorzki. Zauważyła to.

– Genevieve...

– Powinnam już iść. Musisz odpocząć. Chemioterapia zaczyna się w przyszłym tygodniu.

Kolejne kłamstwo. Wypaliło mi gardło. Boże, musiałam sprawić, by stało się prawdą, zanim to ją zabije.

Przytuliłyśmy się. Pachniała środkiem odkażającym i lawendą. Trzymałam ją w ramionach zbyt długo. Potem wyszłam.

Szpital był blisko, ale każdy krok sprawiał wrażenie, jakbym wlokła za sobą martwe ciało – własne ciało. Ciężar beznadziei wgniatał mnie w ziemię, ciężki i nieubłagany. Wciąż słyszałam to w głowie – jego głos.

Wyjdź za mnie.

Mówił poważnie? Czy to była tylko gra? Pułapka, by mógł z przyjemnością patrzeć, jak się w niej miotam?

Na samą myśl robiło mi się niedobrze. Ale fakt, że to rozważałam? Był jeszcze gorszy.

Kiedy dotarłam do domu, drzwi wejściowe były uchylone.

Nie.

Wiedziałam, że je zamknęłam.

Weszłam do środka i oto był. Donovan. Rozwalony na kanapie, cuchnący potem i zastałym alkoholem. Nieprzytomny, bezużyteczny.

Obrzydzenie zapiekło mnie w gardle.

Chwyciłam kubek, napełniłam go wodą i chlusnęłam mu prosto w twarz.

– Wstawaj, ty dupku.

Zerwał się na równe nogi, parskając. – Co jest, kurwa?! Ty mała...

– Ukradłeś moje pieniądze, Donovan! Gdzie one są?!

Jego przekrwione oczy rozbłysły zadowoleniem. – Miałaś tyle zamelinowane i pozwoliłaś, żeby Viktor mnie poturbował za marne grosze? Egoistyczna mała suko.

– Nigdy miałeś ich nie dotykać. To było na chemię dla mamy.

Prychnął. – Po co ten trud? I tak przecież umiera.

Miarka się przebrała.

– Zamknij się! – warknęłam. – Zamknij ten swój pieprzony pysk!

I wtedy uderzył mnie w twarz.

Mocno.

– Tak się nie odzywa do ojca – wybełkotał. – Matka nie nauczyła cię...

Pękłam.

Mój wzrok padł na odłamek szkła leżący w pobliżu stołu. Chwyciłam go drżącą, ale pewną dłonią.

– Wynoś się. Natychmiast. Albo przysięgam na Boga, że wypruję z ciebie flaki.

Zatrzymał się. Zamrugał.

Groźba dotarła do celu.

Podniósł ręce, cofając się. – Nie bądźmy w gorącej wodzie kąpani...

– Powiedziałam, wynoś się! – wrzasnęłam, robiąc krok w jego stronę.

Potknął się. Po czym wziął nogi za pas.

Kiedy drzwi zatrzasnęły się z hukiem, opadłam z sił. Osunęłam się na kolana, trzęsły mi się ręce, klatka piersiowa gwałtownie falowała. Potem pojawiły się łzy – gwałtowne, niekontrolowane. To nie było ciche łkanie. To był żal, wściekłość, bezradność, wszystko splątane w jedno.

Przez długi czas siedziałam w samym środku tego sztormu.

Kiedy drżenie ustało, posprzątałam dom, jakby to mogło zmyć ze mnie wstyd. Ale przed jedną myślą nie mogłam uciec:

Pan Sterling.

Może powinnam była go wysłuchać. Może powinnam zadać więcej pytań. Może – tylko może – mówił poważnie.

Nienawidziłam go. Nienawidziłam tego, jak zimny potrafił być. Jak potężny. Jak to zawsze wydawał się być dziesięć kroków przede mną. Ale nie zostało mi nic.

Zdesperowani ludzie dokonują głupich wyborów.

Wzięłam do ręki telefon.

Odebrał po czwartym sygnale.

– W sprawie pańskiej propozycji... – Mój głos był pusty. – Mówił pan poważnie?

– Tak. – Żadnego wahania. Żadnych emocji. Tylko zimna pewność.

– Więc ją przyjmuję – wyszeptałam. Moja duma roztrzaskała się niczym szkło na kafelkach.

– Dobrze – powiedział. Jakby od początku wiedział, że się złamię. – Jutro omówimy warunki. W biurze.

Klik.

I tak po prostu, wymieniłam swoją wolność na nadzieję.

Jeśli to ją ocali... może warto.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 3: Rozdział 3 - Kontraktowa żona szefa miliardera | StoriesNook