languageJęzyk

3. Pościg

Autor: Clara Sunshine18 maj 2026

VOKTOR

W powietrzu unosił się zapach seksu i potu, a pokój wypełniał odgłos ciał uderzających o siebie i jęki dwóch kobiet leżących na łóżku. Całowały się nawzajem, podczas gdy ja pieprzyłem jedną z nich. Tak naprawdę nic nie czułem, nawet gdy dopadł mnie orgazm. Po prostu wyszedłem z niej i wstałem z łóżka, zaciągając się papierosem trzymanym w ustach. Nie zaszczyciłem nawet spojrzeniem tych dwóch wilczyc, z którymi przed chwilą spałem. Przez najbliższy dzień czy dwa nie będą mogły normalnie chodzić. Spełniły swoją rolę, a teraz nie chciałem ich więcej widzieć. Dla mnie wszystkie kobiety były takie same. Pieprzyłem je i szedłem dalej.

Miałem trzydzieści cztery lata i nie miałem partnerki, ale cieszyłem się z tego. Nie nadawałem się do stałego związku. Jestem, kurwa, pokręconym wybrykiem natury. Skoro nie byłem typowym wilkołakiem, uznałem, że przeznaczenie mnie ominęło. Minęło ponad dziesięć lat, odkąd zaakceptowałem ten fakt. To po prostu oznaczało, że mogłem mieć sto kobiet, gdybym chciał, a miałem ich o wiele więcej. I nie musiałem użerać się z tak zwaną bratnią duszą.

Nie miałem, kurwa, serca ani uczuć. Nie było we mnie miejsca dla nikogo innego i tak mi odpowiadało. Bycie samemu. Widziałem niezliczoną ilość mężczyzn padających na kolana, byle tylko przypodobać się swoim kobietom. Ja do nich nie należałem. Niektórzy nazywali klątwą brak przeznaczonej partnerki, ja nazywałem to, kurwa, bonusem. Żadnej suki, która mąciłaby mi w głowie. Jedyne, co wymagało uwagi, to mój kutas, a tego miałem pod dostatkiem.

Wszedłem do łazienki, by zmyć z siebie ich brud. Nie trudziłem się zapalaniem światła. Po co, skoro widziałem w ciemności? Skrzywiłem się, wchodząc pod prysznic po wrzuceniu papierosa do kosza.

Odkręciłem kran i pozwoliłem, by lodowata woda spływała po moim ciele. Nic nie czułem. Ani zimna, ani przyjemności. Wszystko było mi jedno. Lata mijały, a z każdym kolejnym czułem się bardziej zwierzęciem niż człowiekiem. Jedyną rzeczą, która sprawiała, że czułem, że żyję, był ból i zabijanie. Kochałem pościg, grę i sam akt mordu. Moim jedynym celem stało się oczyszczanie świata z pieprzonych śmieci.

Namydlałem ciało i właśnie spłukiwałem pianę, gdy poczułem, że ktoś nawiązuje ze mną połączenie myślowe.

„Alfo. Mamy lokalizację”. Torsten, mój zastępca, mój Beta. Sam był Alfą, ale zrezygnował z pozycji, by trwać u mego boku. Prawdopodobnie był najbliższą mi osobą, którą mógłbym nazwać przyjacielem.

„Gdzie?”, odparłem przez więź.

„Kieruje się w stronę Birmingham. Jeśli wyruszymy teraz, możemy go dopaść”.

„Bądźcie gotowi za dziesięć minut”.

Przerwałem połączenie i chwyciłem ręcznik. Na moich ustach błąkał się ponury uśmiech. To było niedaleko watahy tego palanta Evarica. Pokusa, by złożyć mu niezapowiedzianą wizytę, wydawała się niezłą rozrywką. Ten człowiek zasiadał w mojej radzie, ale szczerze nienawidziliśmy się nawzajem. Był tylko o sześć lat starszy ode mnie, ale należał do tych zadufanych w sobie gnojów, których uwielbiałem wkurwiać. Miałem go odwiedzić jutro. Myślę, że przyspieszę ten termin.

„Torsten”.

„Tak, Alfo?”.

„Daj znać Alfie Evaricowi, że będziemy dziś wieczorem zamiast jutro. Mogą nas ugościć”. Wyszedłem z łazienki i podszedłem do łóżka, by wziąć telefon. Jedna z wilczyc poruszyła się i usiadła, przyciskając prześcieradło do piersi.

– Alfo…

Zignorowałem ją, chwyciłem telefon i wyszedłem z pokoju. Nigdy nie byłem na terenach Evarica, mimo że on często przyjeżdżał na zebrania watah. Więc właściwie będzie to uczciwa wizyta, by zobaczyć, jak zarządza swoimi ludźmi. Musiałem przyznać, że miał najsilniejszą watahę w okolicy.

Moja się nie liczyła, ponieważ werbowałem członków z różnych stad. To była bardziej armia wojowników niż rodzina. Miałem silne wilki, które zajmowały się zagrożeniami i były wysyłane w teren. Osiedliłem się niedaleko watahy moich Strażników, ale nie na tyle blisko, by stada się mieszały. Miałem terytoria wszędzie i przemieszczałem się w razie potrzeby.

Minęło osiem lat, odkąd zdobyłem tę pozycję. W wielu przypadkach siłą – zmuszałem Alfów do uległości, przejmowałem ich terytoria i egzekwowałem swój autorytet. Nie byłem zwykłym wilkołakiem i nie zamierzałem być tak traktowany.

Wszedłem do sypialni, wybierając parę luźnych szortów. Były wystarczająco szerokie i nie pękłyby przy transformacji. W końcu nie byłem zwyczajnym wilkołakiem. Byłem Likanem. Silniejszym, lepszym, mądrzejszym i oczekiwałem, że każdy będzie o tym wiedział.

Likan był jak arystokracja, więc w pewnym sensie objąłem swój tron. Ale bez względu na to, czy się do tego przyznają, czy nie, każda wataha jest bezpieczniejsza pod moimi rządami. Niewinne wilki nie padają ofiarą nadużyć. Jeśli tak się dzieje, wiedzą, że tu jestem. Byłem Alfą Watahy Nocnych Łowców. Znanej również jako Królewska Wataha. Z czasem działo się coraz więcej niepokojących rzeczy, ale robiłem co w mojej mocy, by powstrzymać zagrożenie.

Nie dość, że wyrzutki zaczęły działać w grupach, to jeszcze pojawiły się bestie zwane Wendigo. Wendigo to wilkołaki, które pożarły inne wilkołaki i stały się czymś innym. Żyły tylko po to, by zabijać i pożerać swój gatunek, nie mając w sobie ani śladu poczytalności.

A do tego dochodziły Manangale – istoty przypominające wampiry o wydłużonych kończynach, wielkich pazurach i zębach, roztaczające wokół siebie odrażający odór. Polowały na dzieci i kobiety w ciąży.

Najgorsze było to, że te stwory zostały stworzone za pomocą czarnej magii. I choć tropiłem je od ponad szesnastu lat, wciąż błądziłem po omacku. Sama myśl o tym sprawiała, że krew we mnie wrzała. Ktokolwiek za tym stał, był inteligentny. Bardziej niż przypuszczałem, ale przysięgam, że kiedy go znajdę, sprawię, że pożałuje dnia, w którym się urodził.

Czterech mężczyzn, którzy mieli mi towarzyszyć, było już gotowych. Przemieniłem się – sekundy bólu, gdy moje kości pękały i zmieniały kształt, były odświeżające. Przeciągnąłem szyję w obie strony i bez słowa ruszyliśmy biegiem.

Byłem szybszy od pozostałej trójki, ale oni wiedzieli, dokąd zmierzamy. Od kilku miesięcy nie widziałem żadnego z tych stworzeń, co mnie niepokoiło. Czy nadchodziło coś większego? To był tylko instynkt, ale rzadko się myliłem. Teraz jednak, gdy jeden z nich przemieszczał się na południe, kazałem go śledzić i jak zawsze, nie ucieknie mi. Chciałem spróbować dorwać jednego żywego, ale zawsze kończyło się na tym, że rozrywałem ich, kurwa, na strzępy. Księżyc świecił, a ja, jak zwykle, czułem się pod nim potężniejszy. Moje oczy płonęły, gdy przyspieszyłem, zmieniając się w czarną smugę pędzącą w stronę ofiary.

------

Minęły dwie godziny. Przemknąłem obok Birmingham. Znajdowałem się prawdopodobnie gdzieś w pobliżu Watahy Karmazynowego Księżyca. Podjąłem trop – to był Wendigo. A to oznaczało, że wielu ludzi jest w niebezpieczeństwie, nie tylko dzieci i ciężarne. Wbiegłem do miasta i zmarszczyłem brwi – czy one zazwyczaj nie trzymały się lasów? Rozejrzałem się, zdając sobie sprawę, że jestem w Stratford-Upon-Avon. Coś było nie tak… Przemieniłem się z powrotem, zaciskając sznurek w moich luźnych szortach.

Noc była chłodna, wiatr spokojny, więc uchwycenie zapachu nie było trudne. Jednak wciąż udawało mu się mnie unikać. To było dziwne… czy miał konkretny cel?

Gdzie on był? Trzymałem się cieni, wokół było zbyt wielu ludzi. Kurwa, to nie było dobre. Musiałem coś zrobić, żeby nas nie zauważono. Spojrzałem na linie wysokiego napięcia, moje oczy błysnęły czerwienią. Na moich ustach pojawił się zimny uśmiech. Teraz zacznie się zabawa. Skoro chciał bawić się w chowanego, dam mu to, czego chciał. Skoczyłem do góry, przecinając pazurami przewody elektryczne; sypnęły się iskry, rozświetlając niebo, zanim cała okolica pogrążyła się w mroku.

Usłyszałem w oddali niski, świszczący warkot i uśmiechnąłem się lodowato.

– Gra się rozpoczęła, skurwysynu.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki