AELIANA
Przemieniłam się w biegu, czując, że to coś za mną przyspiesza. Wiedziałam, że to nie jest zwykły wyrzutek. Nie widziałam, dokąd biegnę, ale nie przestawałam, choć kostka rwała mnie z bólu, przez co kilkakrotnie się potknęłam.
Choć mój umysł krzyczał, bym się odwróciła i zobaczyła, co mnie ściga – był to podstawowy instynkt – nie zdałoby się to na nic, bo i tak nic bym nie ujrzała. Uderzyłam w ścianę i warknęłam. Odwracając się, wiedziałam, że muszę walczyć, inaczej zginę. Zamachnęłam się, ale zostałam powalona na ziemię. Słyszałam, jak stwór się zbliża, gdy znów próbowałam wstać. Poczułam, jak mnie wącha i spięłam się – czyżby nie chciał mnie zabić? Myliłam się. W następnej chwili poczułam, jak coś wbija się w moją szyję, wyrywając ze mnie wycie bólu. Rana piekła, a ja poczułam, jak moje ciało zmusza się do przemiany powrotnej. Ramię bolało mnie potwornie.
Głośny warkot rozdarł powietrze i poczułam, jak coś spycha ze mnie napastnika. Nic nie widziałam, ale słyszałam toczącą się walkę. Gryzienie, warczenie i dźwięk łamanych kości. Zapach krwi wypełnił powietrze, a potem zapadła cisza. Próbowałam usiąść, ale moja szyja i ramię płonęły.
„Kaelen”, zawołałam słabo przez połączenie. Nie mogłam wydobyć z siebie słowa, czułam się wyczerpana. Usłyszałam kroki i skrzyżowałam ramiona na piersi, pragnąc móc cokolwiek zobaczyć. Odurzający, drzewny zapach wypełnił moje nozdrza, przemieszany z męskim piżmem i dymem. Oblizałam usta – było w nim coś niesamowicie przyjemnego.
– Kim jesteś? – zapytałam, a mój głos brzmiał spokojnie i opanowanie mimo bólu, który czułam.
– Kimś, kto cię, kurwa, uratował, szczeniaku – odpowiedział najwspanialszy głos, jaki kiedykolwiek słyszałam. Serce mi zamarło na dźwięk tego szorstkiego tonu, który sprawił, że moja skóra zaczęła mrowić.
– Aeliana! – usłyszałam głos Sloane i odgłos biegnięcia. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, poczułam, że mężczyzna odchodzi, a ja zapragnęłam, by tego nie robił.
– Ej! Co do… – rzucił Killian.
– Kurwa, Aeliana! – krzyknął Kaelen. Poczułam, jak narzuca na mnie swoją koszulę, po czym bierze mnie na ręce.
– Jest ranna. O mój Boże – powiedziała Sloane spanikowana.
– Nic mi nie jest – odparłam, choć mój głos był słabszy, niż bym chciała.
– Co to, do diabła, było… – zapytała Sloane, gdy kładziono mnie w samochodzie; Sloane wsiadła obok, przyciągając mnie do siebie.
– Coś mnie goniło, a ktoś mnie uratował… – szepnęłam. Myśl o tym głębokim głosie sprawiła, że w brzuchu poczułam dziwne ściskanie.
– Cóż, kimkolwiek był ten skurwysyn, był szybki. Chwycił to coś i zniknął – powiedział Killian. W samochodzie zapadła cisza, gdy jechaliśmy do domu. Wiedziałam, że tata wpadnie w szał i nie chciałam, żeby dowiedział się o tym, co zaszło. Wpatrywałam się w mijane latarnie. Wydawało się, że tylko okolice kina zostały odcięte od prądu.
– Zabierz mnie do pokoju, Kaelen. Nie mów o tym mamie ani tacie. Proszę – powiedziałam słabo.
– Musi cię ktoś zbadać – odparł krótko Kaelen.
– Ostrzegam cię, Kaelen, po prostu mnie posłuchaj! – warknęłam.
– Ma trochę racji, wujek Varic urwie ci jaja – dodała Sloane. Dwaj młodzi mężczyźni wymienili spojrzenia i skinęli głowami, wzdychając. Wszyscy wiedzieliśmy, że to prawda.
– Ale musisz oczyścić tę ranę – dodał Killian.
– Zrobię to za nią i zostanę u niej na noc. Jeśli dostanie gorączki czy coś, dam wam znać.
– Przecież ty nawet nie masz połączenia myślowego – zauważył Kaelen. Sloane wychyliła się i zdzieliła go w tył głowy.
– Mogę przyjść do twojego pokoju! Nie mieszkasz przecież na drugim końcu terytorium, matole!
– Dobra, wyluzuj, kruszyno!
Westchnęłam, opierając się o siedzenie i zamknęłam oczy, ignorując ich przekomarzanie się. Dzisiejsza noc zakończyła się niespodziewanie i po raz kolejny musiałam zostać uratowana.
-----
W końcu znalazłam się w zaciszu swojego pokoju. Czułam ulgę, że mama i tata byli u siebie. Na pewno nie spali – wszyscy o tym wiedzieliśmy. Byli najbardziej zakochaną parą, jaką kiedykolwiek widziałam, a ich popęd seksualny był legendarny. Dzięki Bogu za dźwiękoszczelne ściany.
Ściany mojego pokoju były pomalowane na teksturowany, brudny róż z delikatnym połyskiem. Drewnianą podłogę przykrywał puszysty różowy dywan, a meble były szare. Pościel miała szaro-biały wzór, a okno sięgające podłogi osłaniały biało-różowe firanki z organzy. Kącik do czytania z rzędami książek, pamiętnikami i moją kolekcją świec znajdował się na lewo od drzwi. Na podłodze przed półkami leżało kilka poduszek, na których zazwyczaj siedziałam, czytając lub pisząc.
Na ścianie naprzeciwko łóżka stały szafy, a pośrodku toaletka z lustrem. Miałam dwie lampy podłogowe i lampę z brokatem. Wokół zagłówka łóżka i zasłon rozwieszone były sznury lampek choinkowych.
To był mój azyl, miejsce, gdzie nie potrzebowałam niczyjej pomocy. Gdzie czułam się kompetentna i gdzie nikt nade mną nie skakał.
Siedziałam tam teraz w koszuli Kaelena, podczas gdy Sloane przemywała moje ramię środkiem antyseptycznym.
– Powinnyśmy były poprosić Kaelena, żeby to polizał, wiesz przecież, że ślina alfy pomaga.
– Ble, obrzydliwe, to zbyt intymne. Ciebie może lizać, ale niech mnie nie dotyka! – odparowałam z obrzydzeniem.
– No weź! Jestem pewna, że by mu to nie przeszkadzało.
– Wiem, że nie, ale nie, dziękuję! – Poczułam ulgę, gdy nakleiła plastry na wszystkie ślady ugryzień i pozwoliła mi się położyć.
– To nie wygląda na ugryzienie wilka… – powiedziała już poważnie.
– Też tak myślę. To coś nie brzmiało jak wilk – odparłam, lekko drżąc.
– Kto cię uratował? Masz jakieś pojęcie?
– Nie wiem, ale nie był z naszej watahy – szepnęłam, wspominając jego zapach i brzmienie głosu.
– Serce ci wali – zauważyła Sloane, patrząc na mnie z ciekawością. Spojrzałam na nią; nie miałam przed nią tajemnic. Mówiłyśmy sobie wszystko.
– Jego głos był seksowny… tak naprawdę, niesamowicie seksowny… – powiedziałam, opadając na łóżko. Oczy Sloane rozszerzyły się, gdy uklękła na materacu, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem.
– Wow, serio? Taki, od którego majtki same spadają? – zapytała. Uniosłam brew.
– Raczej taki, od którego robi się mokro w majtkach. Czy to w ogóle jest określenie?
Sapnęła i klepnęła mnie w nogę.
– Kurczę, żałuję, że… – urwała, a na jej twarzy odmalowało się poczucie winy. Wiedziałam, co chciała powiedzieć.
– Przestań. Ja też żałuję, że go nie widziałam… jeśli jego wygląd choć trochę dorównuje głosowi i zapachowi, to musi być niesamowicie przystojny – powiedziałam, wpatrując się w sufit. Światło z mojej brokatowej lampy rzucało na niego migoczące wzory.
– Co powiedział?
– Powiedział, że to on mnie uratował… – wydęłam wargi, przypominając sobie jego słowa. Położyła się obok mnie, kładąc ramię na moim pasie. – Teraz, jak o tym myślę, nazwał mnie szczeniakiem. foch. – Odwróciłam się na bok, niezadowolona z tego określenia. Sloane zaśmiała się.
– Cóż, jestem pewna, że gdybyś pokazała mu trochę więcej siebie, zamiast próbować się zakryć, zrozumiałby, że nie jesteś tylko szczeniakiem.
– Sloane! Idź spać! – jęknęłam.
– Dobra, dobra! – mruknęła za moimi plecami i wiedziałam, że zaraz odleci.
Wyłączyłam pozostałe lampki przełącznikiem przy łóżku, wpatrując się w srebrny brokat pływający w różowej wodzie. Oddech Sloane stał się rytmiczny i rzeczywiście, bardzo szybko zasnęła. Ja jednak nie mogłam zmrużyć oka, wciąż przeżuwając te same myśli.
Kim on był i dlaczego znajdował się na naszym terytorium?






