Perspektywa Amelii
Kiedy Rebecca wywlekała mnie z lochów, moje serce dudniło o klatkę piersiową z czystego przerażenia. Nawet nie mogłam pomyśleć o poślubieniu Alfy Leonardo, nie tylko dlatego, że był przeklęty, ale również dlatego, że Alfa Brandon był moim przeznaczonym. Sam pomysł wzbudzał odrazę. Lepiej było umrzeć, niż poślubić Alfę Leonardo.
Zbierając resztki energii, które mi jeszcze pozostały, wyrwałam dłoń z uścisku Rebeki i pomyślałam o ucieczce do lasu otaczającego nasze stado. Gdybym stąd uciekła, byłam pewna, że znalazłabym pomoc.
Prawda była jednak okrutna. Wstałam, ale w następnej sekundzie moje nogi zwiotczały i ciało odmówiło posłuszeństwa. Z głośnym łupnięciem upadłam na ziemię, a wraz ze mną moja nadzieja. Kurz zaszczypał mnie w płuca, a łzy natychmiast napłynęły do oczu. – Nie... – szamotałam się.
– Ha, myślisz, że zdołasz uciec? – Rebecca z ogromną siłą chwyciła mnie za gardło, odwracając moją twarz w swoją stronę. Nie widziałam jej wyraźnie, ale założyłam, że gościł na niej zły uśmiech. – Brać ją. – Rozkazała, zanim rzuciła mnie z powrotem na ziemię.
Dwóch wojowników wskoczyło prosto przede mnie. Moje oczy rozszerzyły się z przerażenia. – Proszę, zostawcie mnie w spokoju! – błagałam ich. – Pozwólcie mi żyć.
Jakby moje słowa ją zirytowały, w moim polu widzenia ponownie pojawiła się Rebecca. Rzuciła się prosto na mnie i powaliła na ziemię. Uderzyła mnie w bok i usłyszałam trzaśnięcie. To oznaczało, że jedno z moich żeber pękło. Krzyk wydarł się z mojego gardła, gdy moje ciało zdrętwiało z bólu. – Żyć? Jesteś taka żałosna. Podnieście ją! – rozkazała wojownikom. Jeden z nich przerzucił mnie przez ramię, nie zważając na moje złamane żebro. Gdy krzyczałam, płakałam i błagałam, żeby mnie zostawili, przenieśli mnie aż do małego pokoju w kwaterach omeg i zatrzasnęli za sobą drzwi.
Waliłam w drzwi, krzycząc i kaszląc krwią. – Proszę, zostawcie mnie. Proszę. – Ale nikt nie słuchał. W końcu osunęłam się na podłogę w zakrwawionych ubraniach.
Nie wiem, ile godzin minęło, kiedy usłyszałam skrzypienie otwieranych drzwi. Podniosłam głowę, tylko po to, by zobaczyć uzdrowiciela stada. – Luna Margaret przysłała mnie do ciebie. Wypij ten wywar – rozkazał. – Zmniejszy twój ból.
– C... czy mogę z nią porozmawiać? – zapytałam.
Zacisnął szczękę i nie odpowiadając mi, zmusił mnie do wypicia wywaru, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Czułam się tak słaba i bezradna, że oparłam się o ścianę, a z moich oczu popłynęły świeże łzy. – To niesprawiedliwe, bogini – powiedziałaś na głos. – To nie moja wina, że obdarzyłaś mnie Alfą Brandonem jako moim przeznaczonym. – Alfa Leonardo był najbardziej bezlitosnym Alfą na północy. – Co mi zapisałaś w tym życiu?
Drzwi otworzyły się ponownie i tym razem wszedł Alfa Brandon. Zmrużył na mnie oczy i skrzywił się. Kręcąc głową, powiedział: – Jak Bogini Księżyca mogła uczynić ciebie moją przeznaczoną? To musiała być jakaś pomyłka. Jesteś taka żałosna!
Z szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w niego, podczas gdy w mojej klatce piersiowej wrzała wściekłość. Czułam się okropnie pod jego spojrzeniem, więc odgryzłam się: – Nie jestem żałosna. Ty jesteś żałosny! Odrzucasz swoją księżycową przeznaczoną.
Wydał z siebie warkot i w ułamku sekundy chwycił mnie swoimi wielkimi dłońmi za gardło. – Amelio! – krzyknął. – Jak śmiesz mówić tak do swojego Alfy? Miałaś czelność uciec i przeciwstawić się moim rozkazom.
Zaczęłam parskać i kaszleć, gdy ścisnął moje drogi oddechowe.
– Brandon! – Margaret wpadła do pokoju i krzyknęła na niego. – Nie rób tego. Jutro odejdzie na zawsze!
Alfa Brandon odepchnął mnie i wstał, wciąż warcząc. A potem padły zatrute słowa.
– Ja, Alfa Brandon Reed ze Stada Szkarłatnego Półksiężyca, odrzucam cię, Amelio Crawford, jako moją przeznaczoną.
– Nieeee! – wrzasnęłam, gdy ostry ból przeszył mój brzuch i serce. Obraz mi się rozmazał i zgięłam się wpół, nie mogąc się poruszyć. Przez zamazane widzenie dostrzegłam Alfę Brandona i Margaret, wpatrujących się we mnie zimno. Margaret uśmiechnęła się złośliwie i, trzymając go za rękę, wyszła z pokoju, zamykając mnie na klucz.
– Jutro rano wyślę Rebeccę, żeby ją ubrała – usłyszałam jej głos, zanim zemdlałam.
Kiedy obudziłam się następnym razem, czułam drętwienie całego ciała. Sophia wyła i skomlała przez całą noc, aż w końcu zwinęła się w kłębek i schowała gdzieś, gdzie nie mogłam do niej dotrzeć. Była zraniona jeszcze bardziej niż ja.
Przez okno wpadało poranne światło. To był poranek zagłady. Nie miałam siły wstać ani nic zrobić. Straciłam apetyt. Kiedy drzwi znów się otworzyły, zobaczyłam wchodzącą Rebeccę z pudełkiem w ręku, a za nią pokojówkę.
Zachichotała. – Co za żałosna suka! – Podniosła mnie brutalnie. – Luna Margaret przysłała mnie, bym cię ubrała. Ale najpierw musisz się wykąpać. Śmierdzisz jak zgniła padlina.
Zaciągnęła mnie do łazienki, gdzie odkręciła prysznic z zimną wodą. Trzęsłam się pod nim niekontrolowanie, ale ona zupełnie się tym nie przejmowała. Kiedy wyszłam, rzuciła we mnie sukienką. – Załóż to. Alfa Leonardo będzie tu za godzinę.
Wpatrywałam się w nią z przerażeniem. Alfa Leonardo przyjeżdżał tak wcześnie?
Sukienka luźno zwisała na moich ramionach. Po jej zapachu wiedziałam, że należała wcześniej do Margaret.
Twarz Rebeki rozjaśniła się przebiegłym uśmiechem. – Gratulacje, Amelio. Wychodzisz za mąż za najbardziej niechcianego Alfę na Północy. Uważaj się za szczęściarę, że pożyjesz jeszcze rok, służąc mu za rozpłodową sukę.
Po moich plecach przeszły ciarki na sam sposób, w jaki to powiedziała, a kolana zrobiły się miękkie. Szłam za nią chwiejnym krokiem, aż dotarłam do głównego holu.
Miejsce tętniło życiem. Wszystkie omegi przygotowywały się na przyjazd Alfy Leonardo. Margaret wydawała im polecenia, a gdy tylko mnie zobaczyła, zachichotała. Wskazała podbródkiem na Rebeccę, która skinęła głową i zaprowadziła mnie w kąt pokoju. Mój wzrok padł na Alfę Brandona, który rozmawiał z kilkoma osobami. Dlaczego to odrzucenie wpłynęło na mnie, a nie na niego? Czy jego wilk nie czuł bólu? Do moich oczu znów napłynęły łzy, ale tym razem nie pozwoliłam im wypłynąć, bo nie chciałam sprawić im satysfakcji, widząc mnie złamaną i zniszczoną.
Kilka minut później wyszedł, a kiedy wrócił, towarzyszył mu Alfa Leonardo. Najbardziej przerażająco piękny wilk, jakiego w życiu widziałam.
Górując nad wszystkimi swoimi ponad sześcioma stopami wzrostu, jego szerokie ramiona i wyrzeźbiona sylwetka emanowały surową mocą. Kruczoczarne włosy okalały zimną, ostrą, kanciastą twarz z ciemnymi oczami, które zdawały się przenikać na wskroś twoją duszę. Na jego muskularnych ramionach widniały tatuaże pnączy i cierni. Jego obecność była magnetyczna, a zarazem groźna, niczym cichego, niebezpiecznego drapieżnika spowitego w urok.
Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, nabrałam głośno powietrza, a moje policzki zapłonęły.






