Perspektywa Amelii
SUV dudnił na żwirowej drodze, gdy wyruszyliśmy w stronę stada Obsydianowego Kła. Nikt z mojego stada nie przyszedł mnie pożegnać. Byli radzi, że wreszcie się mnie pozbyli. Kiedy samochód z dużą prędkością opuszczał teren mojego stada, wyjrzałam po raz ostatni, czując ucisk w żołądku. Czy kiedykolwiek wrócę? Bardzo w to wątpiłam, ponieważ nikt by mnie tu nie przywitał z otwartymi ramionami. Zbierało mi się na płacz, ale zamrugałam, by pozbyć się łez i odwróciłam głowę, by wyjrzeć przez okno. Wypłakałam już wystarczająco dużo dla tych, którzy mnie nie chcieli.
Po kilku godzinach ujrzałam terytorium stada Obsydianowego Kła i zauważyłam, że jego ziemie ciągną się w nieskończoność w każdym kierunku.
Moje serce zabiło szybciej, gdy w zasięgu wzroku pojawił się imponujący kompleks – masywne budynki wykonane z ciemnego kamienia, otoczone wysokimi ogrodzeniami. Całe to miejsce wręcz krzyczało o władzy, kontroli i bogactwie. Stado było o wiele większe niż stado Szkarłatnego Półksiężyca, biorąc pod uwagę fakt, że nasz samochód jechał już od godziny, a my wciąż nie dotarliśmy do domu Alfy.
Alfa Leonardo siedział obok mnie. Jego oczy były wpatrzone w okno, a szczęka zaciśnięta w twardą linię. Odkąd opuściliśmy Szkarłatny Półksiężyc, nie powiedział ani słowa, a jego milczenie było ogłuszające. Co do mnie, kuliłam się w kącie, bojąc się nawet oddychać w obecności najsilniejszego Alfy na Północy. Oplotłam ramiona wokół małej torby, w której znajdował się cały mój dobytek.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, Leonardo wysiadł pierwszy, a jego ruchy były ostre ze złości. Zawaham się, ale jego Beta, Tristan, otworzył mi drzwi i dał znak, bym podążyła za nim.
– Tędy – powiedział Tristan oschłym tonem, taksując mnie wzrokiem.
Główny budynek był równie przerażający, co sam Alfa – wysokie sufity, posadzki z białego marmuru i powietrze, które zdawało się miażdżyć, jeśli zatrzymało się w nim zbyt długo. Leonardo szedł z przodu, a jego długie kroki zaniosły go do pokoju z eleganckimi meblami i masywnym kominkiem.
Zatrzymal się przy gzymsie kominka. – Chcę, żebyś nas zostawił – powiedział do Tristana. – Muszę z nią porozmawiać na osobności.
Tristan ukłonił się i wyszedł, zostawiając mnie samą z Alfą Leonardo. Zalała mnie fala przerażenia.
– Siadaj – rozkazał, nawet na mnie nie patrząc.
Przysiadłam na brzegu skórzanego fotela, nerwowo mnąc dłonie na kolanach. Cisza przedłużała się, dopóki Alfa Leonardo w końcu nie odwrócił się do mnie z twarzą ciemną jak chmura burzowa.
– Nie prosiłem o to – zaczął niskim warknięciem. – Nie wiem, w jaką grę gra Alfa Brandon, ale zrozum jedno: nie chcę Luny, a już na pewno nie chcę ciebie.
Wzdrygnęłam się na jego słowa, ale pozostałam cicho.
Oparł się o gzyms ze skrzyżowanymi ramionami. – Starszyzna mojego stada chce dziedzica. To jedyny powód, dla którego się na to zgodziłem. Więc oto jak to będzie wyglądać: weźmiemy ślub dla zachowania pozorów, a ja cię oznaczę. Publicznie będziemy zachowywać się jak prawowity Alfa i Luna. Ale poza tym masz schodzić mi z drogi.
Skinęłam głową i drżącym głosem powiedziała: – Dobrze.
Leonardo zmrużył oczy. – Dobrze? I to wszystko?
Lekko przechyliłam głowę. – Tak – odpowiedziałam potulnie. Czego innego oczekiwał, że powiem?
Jego frustracja się pogłębiła, ale kontynuował. – A oto zasady: Nie będziesz miała nic do powiedzenia w sprawach stada. Zamieszkasz w zachodnim skrzydle, z dala od moich kwater. Nie będziesz ze mną przebywać. Nie będziesz ze mną jeść. A co ważniejsze, nie będziesz niczego ode mnie wymagać. Rozumiesz?
Przełknęłam ślinę, ale znów skinęłam głową. – Rozumiem.
Zmarszczył brwi, jakby nie spodziewał się, że tak łatwo się zgodzę. – I odpowiada ci to...?
Zamrugałam, autentycznie zdezorientowana. Przywiózł mnie tutaj w tym celu. – Tak, jest w porządku – odpowiedziałam. Przynajmniej tutaj nikt nie wtrąci mnie do lochów za przypalenie tosta czy zapomnienie o odpowiednim ułożeniu poduszki.
– Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę z powagi tej sytuacji? – zapytał.
Zmarszczyłam brwi. – Tak. Powiedziałeś, że jutro bierzemy ślub, a ja mam nie wchodzić ci w drogę, chyba że będziesz potrzebował... dziedzica. – Moje policzki spłonęły przy ostatnim zdaniu i szybko spuściłam wzrok.
Leonardo z irytacją wypuścił powietrze, szczypiąc się w nasadę nosa. – Świetnie. W porządku – wymamrotał. – Na tym zostańmy. Tristan pokaże ci twój pokój. Ślub odbędzie się jutro. Ktoś cię do niego przygotuje.
Wstałam z wahaniem, niepewna, czy powinnam mu podziękować, czy po prostu wyjść. – Alfo Leonardo?
– Dziękuję – powiedziałam cicho, mimo wszystko.
Zmarszczył brwi. – Słucham? – zapytał, nie mogąc uwierzyć, że dziękowałam mu za moją sytuację.
Zawaham się. Następnie zadałam szczere pytanie. – Mam jedno pytanie. A jeśli zgłodnieję? Czy będę mogła wchodzić do kuchni, czy mam czekać, aż ktoś przyniesie mi jedzenie? Nie chciałabym cię zdenerwować zakradaniem się do spiżarni. – Co więcej, ponieważ w moim stadzie rzadko dostawałam posiłki dwa razy dziennie, zastanawiałam się, czy da mi dobre posiłki, skoro byłam tylko rozpłodową suką.
Oczy Alfy Leonardo rozszerzyły się. – W tym momencie martwisz się o jedzenie?
– Cóż, tak – powiedziałam, a moje policzki rozgrzały się pod jego intensywnym spojrzeniem.
Leonardo wpatrywał się we mnie, a jego twarz wyrażała mieszankę niedowierzania i irytacji. – Nie. Żadnego zakradania się. Jedz, kiedy tylko zechcesz. Po prostu schodź mi z drogi.
– Och, to akurat proste – powiedziałam. – Trudno cię przeoczyć – wyrzuciłam z siebie bez namysłu.
W jego oczach błysnęła irytacja. – Co masz na myśli?
Przygryzłam wargę, zdając sobie sprawę za późno, co zrobiłam. Aby złagodzić sytuację, dodałam: – Jesteś jak... chmura burzowa?
Alfa Leonardo zmrużył oczy. – Chmura burzowa?
Znowu się zaczerwieniłam, mnąc dłonie. – To komplement. Chmury burzowe są potężne i... dramatyczne. – Bogini, niech ktoś powstrzyma moją słowną biegunkę.
Zacisnął szczękę tak mocno, że zastanawiałam się, czy nie połamał sobie zębów trzonowych. – Jesteś niesamowita. – Jego dłonie zacisnęły się w pięści wzdłuż ciała. – Nieważne. Po prostu pamiętaj, co powiedziałem. Nie oczekuj niczego więcej niż to, co zaproponowałem.
Skinęłam głową ze szczerością w szeroko otwartych oczach. – Zrozumiałam.
– Dobrze – powiedział i wymaszerował z pokoju.
Patrzyłam, jak odchodzi, a moje serce biło nieco szybciej pomimo jego gniewu. Mógł być przerażający i surowy, ale nie wtrącił mnie do lochu. To już było znacznie lepsze niż to, do czego przywykłam.
Gdy drzwi zamknęły się za nim, opadłam z powrotem na fotel, a moje policzki płonęły. Jakoś przetrwałam tę rozmowę, ale miałam przeczucie, że życie tutaj nie będzie wcale łatwe.
Nagle w brzuchu głośno mi zaburczało.






