Punkt widzenia Amelii
Tristan pojawił się z powrotem i wyprowadził mnie na zewnątrz; na jego twarzy malowała się życzliwość połączona z ostrożnością. – Nie bierz tego do siebie – powiedział cicho, gdy szliśmy długim korytarzem. Podsłuchiwał nas? Ale biorąc pod uwagę jego wyostrzony słuch, czegóż innego mogłam się spodziewać po Becie najpotężniejszego Alfy?
– Nie wzięłam – skłamałam. Mimo że Leonardo był oschły, zdystansowany i gniewny, czułam się tu bezpieczniej niż kiedykolwiek wcześniej w Szkarłatnym Półksiężycu.
Tristan prowadził mnie przez wspaniałe hole siedziby watahy, a kroki jego butów odbijały się echem od wypolerowanych podłóg. Szłam tuż za nim, wbijając wzrok w ziemię, by nie gapić się na piękne, acz onieśmielające otoczenie. Wszystko w tym miejscu wydawało się niegościnne, zupełnie jak tutejszy Alfa. Powrócił smutek po odrzuceniu przez Alfę Brandona; wzięłam głęboki wdech, by powstrzymać się od płaczu.
Sprytnie nie tylko odrzucił mnie, omegę, jako swoją partnerkę, ale również upewnił się, że umrę za rok. Jednocześnie, dzięki mnie, zawarł sojusz z Alfą Leonardem.
Kiedy właśnie opuszczałam watahę, Brandon przyszedł do mojego pokoju. Stanął zbyt blisko mnie i obrysował palcami linię mojej żuchwy. Chciałam się do niego przytulić, ale powstrzymałam się po tym, co mi zrobił. – Lepiej dobrze spełnij swoje zadanie, Amelio. Jeśli dowiem się, że uciekłaś, osobiście cię wytropię i zabiję. – A potem pochylił się i musnął wargami moje policzki. Zrobiło mi się niedobrze, więc go odepchnęłam, ale on tylko zachichotał i odszedł niespiesznym krokiem.
– To będzie twój pokój – powiedział Tristan, wyrywając mnie ze wspomnień. Dotarliśmy do drzwi na samym końcu korytarza. Zatrzymał się i odwrócił do mnie, po czym je otworzył.
Zajrzałam do środka, na wpół spodziewając się czegoś ponurego, ale było tam zaskakująco czysto, wygodnie i lepiej niż w jakimkolwiek miejscu, w którym dotąd mieszkałam. W pokoju znajdowało się łóżko z pluszowym kocem, prosty drewniany stół pod oknem i szafa. Przez okno wlewało się światło słoneczne, sprawiając, że przestrzeń wydawała się cieplejsza, niż sobie wyobrażałam.
– Jeśli chcesz, możesz zwiedzić siedzibę watahy – kontynuował Tristan spokojnym, ale życzliwym głosem. – Ale trzymaj się z daleka od północnego skrzydła. To kwatery Alfy Leonarda, a on nie życzy sobie, by mu przeszkadzano. Zrozumiano?
Skinęłam szybko głową, nie chcąc zrobić złego wrażenia. – Tak, rozumiem. Dziękuję.
Tristan przyglądał mi się przez chwilę, jakby próbował zrozumieć, dlaczego jestem tak ugodowa. Bez słowa odwrócił się i wyszedł, a drzwi zatrzasnęły się za nim z cichym kliknięciem.
Stanęłam na środku pokoju, wypuszczając ciche westchnienie ulgi. Ten pokój wydawał się bezpieczną przystanią. Był piękny, ale co najważniejsze – był mój, nawet jeśli tylko na ten moment.
Na myśl o tym, że zostawiono mnie w spokoju, uśmiechnęłam się lekko. Nie musiałam oglądać Alfy Leonarda ani znosić jego gniewu. Nie musiałam wysłuchiwać ostrych słów Rebeki, oglądać okrutnych uśmieszków Margaret ani doświadczać odrzucenia Alfy Brandona. Tutaj mogłam po prostu być cicha i niezauważalna.
Po włożeniu mojej niewielkiej torby do szafy zauważyłam drzwi z boku pokoju. Zaintrygowana, otworzyłam je i znalazłam łazienkę. Wanna wyglądała na czystą i zachęcającą, a lśniący kran błyszczał w świetle.
Perspektywa ciepłej kąpieli była zbyt kusząca, by się jej oprzeć. Napełniłam wannę i weszłam do środka, a gorąco natychmiast złagodziło napięcie moich obolałych mięśni. Nigdy wcześniej nie zaznałam takiego komfortu. Zamknęłam na chwilę oczy, pozwalając wodzie zmyć z siebie nie tylko brud, ale i ciężar minionych dni.
Kiedy w końcu wyszłam i owinęłam się miękkim ręcznikiem, poczułam się lżejsza, jakbym zrzuciła z siebie warstwę zmartwień. Szybko się osuszyłam i przeszłam do pokoju.
Wtedy to zauważyłam — zapach jedzenia.
Na małym stoliku pod oknem stała taca po brzegi zastawiona chlebem, parującą zupą, świeżymi owocami, a nawet małym talerzykiem z czekoladowym deserem. Mój żołądek zaburczał głośno, przypominając mi, że odkąd wrzucono mnie do lochów, nie zjadłam niczego porządnego.
Podeszłam bliżej, początkowo pełna wahania. Ostrożnie wzięłam kawałek chleba, zastanawiając się, czy to nie sen, i ugryzłam. Był miękki i ciepły – to było jedzenie, jakiego nigdy wcześniej nie miałam okazji kosztować. Był to dla mnie luksus, a z całą pewnością nie sen.
Zanim się zorientowałam, pochłaniałam wszystko, delektując się każdym kęsem, jakby to była prawdziwa uczta. Zupa fasolowa była gęsta i kremowa. Owoce soczyste i słodkie. Kiedy dotarłam do deseru, miałam policzki wypchane jak wiewiórka.
Ale nie dbałam o to. Byłam głodna, a jedzenie smakowało tak niebiańsko.
Jednak, gdy sięgnęłam po ostatni kawałek chleba, mój żołądek się zbuntował i zanim się zorientowałam, zaczęłam mieć odruchy wymiotne. Pobiegłam do łazienki i wszystko z siebie wyrzuciłam. Zdezorientowana usiadłam na podłodze, dysząc ciężko. Najwyraźniej mój żołądek nie był w stanie znieść tak obfitego posiłku po tak długim czasie głodowania. Wzięłam głęboki oddech i wypłukałam usta.
Nagle moją uwagę przykuł słaby dźwięk. Skrzypnięcie za drzwiami.
Zamarłam. Powoli wyszłam z łazienki, by to sprawdzić.
Moje drzwi były lekko uchylone, a szpara wystarczająco szeroka, by po podłodze przemknął cień. Moje serce zamarło. Kto tam był? Otworzyłam drzwi na tyle szeroko, by wyjrzeć na zewnątrz, i usłyszałam oddalające się ciężkie kroki. Zdjęta strachem, szybko zamknęłam drzwi i przekręciłam zamek od środka.
Czułam się psychicznie i fizycznie wyczerpana, dowlekłam się więc do łóżka i padłam na nie. Rozciągnęłam się na materacu, zamknęłam oczy i niemal natychmiast zapadłam w głęboki sen. W moich snach pojawił się wilk o jedwabiście czarnym futrze i złotych oczach, wyższy ode mnie, który szedł u mojego boku, mrucząc. Co zaskakujące, w jego obecności czułam tak ogromne ciepło i ukojenie. Usiadł obok, a ja zwinęłam się w kłębek, tuląc do jego grubej, futrzastej sierści.
Nie wiem, jak długo spałam, ale pukanie do drzwi wyrwało mnie ze snu. Zeskoczyłam z łóżka i podbiegłam do drzwi, by je otworzyć. Ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu ujrzałam w nich Alfę Leonarda.
Jego wzrok opadł na ręcznik, którym byłam luźno owinięta. Gwałtownie spuściłam wzrok na swoją klatkę piersiową i zaczerwieniłam się aż po dekolt, widząc, jak w dużej mierze odsłonięte są moje piersi. Szybko się zakryłam, ciaśniej otulając się ręcznikiem.
– Alfo Leonardo – wykrztusiłam, z trudem łapiąc jego spojrzenie, umierając ze wstydu.
Byłam naprawdę zaskoczona, że przyszedł się ze mną zobaczyć, skoro to on nakazał mi trzymać się od niego z daleka. – W czym m–mogę pomóc?
Przez zaciśnięte zęby wycedził: – Nasz ślub zostaje odroczony o tydzień.






