Reszta braci Crawfordów zmrużyła oczy na dźwięk słów Anthony'ego.
Gilbert rozluźnił nadgarstki i strzelił knykciami; Edward, inżynier architekt z porywczym charakterem i śniadą cerą, prychnął i chwycił nie wiadomo skąd jakiś pręt zbrojeniowy.
"Jesteśmy praworządnymi obywatelami. Jak możemy tak otwarcie kogoś napadać w miejscu publicznym?" – odezwał się łagodnie Bryson, dobrotliwy kapitan. Zaczepił przechodzącą pielęgniarkę i zapytał: "Przepraszam, czy w magazynie mają państwo może jakiś jutowy worek?"
Pielęgniarka zająknęła się: "T-tak... tak... w aptece mamy foliowy worek i kilka kartonów". Zaproponowała kartony, zakładając, że chcieli coś przechować.
Bryson uśmiechnął się i odparł: "Dziękuję. Jutowy worek w zupełności wystarczy."
Bracia Crawfordowie pomyśleli jednogłośnie, że worek idealnie nada się do sprania kogoś na kwaśne jabłko.
W tym czasie Stephen trząsł się z zimna, czekając pod oddziałem VIP. Klął w duchu: Siedzę tu całą noc, zaraz będzie świtać. Gdzie do cholery są ci Crawfordowie?
Richard wyszedł wcześniej, bo nie mógł już znieść zimna. Zanim odszedł, przypomniał Stephenowi, by nie ruszał się z miejsca i zademonstrował ich szczerość.
Wiosenne noce były chłodniejsze od zimowych. Z każdym oddechem nieświeżego powietrza Stephen czuł przeszywające zimno w płucach. Długie oczekiwanie sprawiło też, że był głodny i wyczerpany. Chciał jedynie wrócić do domu, wziąć ciepły, relaksujący prysznic i przespać resztę dnia.
Sytuacja stawała się jeszcze bardziej nieznośna, gdy myślał o przytulnym otoczeniu, w jakim mógłby się znajdować. Kiedy minęła kolejna godzina, Stephen uznał, że dalsze czekanie nie ma sensu.
Mężczyzna rozmawiał przez telefon, idąc do podziemnego parkingu. "Pamiętaj, by do mnie zadzwonić, kiedy Crawfordowie wyjdą..." Zanim zdołał dokończyć, otoczyła go całkowita ciemność. Na głowę naciągnięto mu jutowy worek!
"Co u licha! Kim jesteście?" — krzyczał z bólu Stephen, podczas gdy jego napastnicy wymierzali potężne ciosy.
Sprawcami napadu byli nie kto inny, jak ośmiu braci z rodziny Crawfordów. Zazwyczaj nie brudzili sobie rąk, ale nie potrafili się powstrzymać na myśl o nieszczęsnym położeniu Lilly. Ich uraza rosła, gdy przypominali sobie o obrażeniach dziewczynki i o tym, jak ostrożnie pytała, czy będzie dla niej jedzenie, gdy wróci do domu, i czy będą chcieli ją uderzyć.
"Przestańcie!" błagał Stephen. Był bezradny i całkowicie zdany na łaskę swoich oprawców. "Wiecie kim jestem? Jestem prezesem Ador Hatcher Corporation. Jak śmiecie mnie atakować! Przysięgam, że ja..."
Anthony prychnął i poluzował krawat. Następnie dał braciom znak, by przerwali atak. Wszyscy podporządkowali się jego poleceniom, a Edward trzymał w pogotowiu pręt zbrojeniowy, gotów w każdej chwili wznowić napaść.
Stephen odetchnął z ulgą, gdy wydawało się, że napastnicy się wycofali. Ku jego całkowitemu zaskoczeniu, pręt zbrojeniowy uderzył z ogromną siłą w jego nogę.
"Aaa!" Jego przeraźliwe krzyki rozległy się po całym parkingu.
Chociaż Stephen przeżył atak, został pobity tak dotkliwie, że musiano go wnieść do szpitala na noszach. Sytuację pogarszał fakt, że nie miał pojęcia, kogo należy za to winić i nie miał jak się tego dowiedzieć. Przeciwnicy nie pozostawili po sobie żadnych śladów zdradzających ich tożsamość.
"Czujesz się już lepiej, Stephen?" Debbie szlochała przy łóżku mężczyzny. Gdyby był przytomny, dostrzegłby brak szczerości w jej oczach. Kobieta udawała zmartwioną żonę, ale w głębi duszy była zrozpaczona nagłą, nową tożsamością Lilly jako członka rodziny Crawfordów.
Debbie wpadła w przerażenie, gdy wczoraj Paula przekazała jej te nowiny. Wściekała się w duchu: Jakim cudem ten bachor okazał się jedyną, ukochaną córką rodziny Crawfordów?!
Prawda była taka, że to nie Lilly była odpowiedzialna za poronienie; Debbie celowo zaaranżowała swój upadek ze schodów, aby pozbyć się dziecka. Wiedziała, że Hatcherowie zmagali się z trudnościami finansowymi, a Stephen, mając na karku liczne długi, znajdował się na skraju bankructwa. Debbie wierzyła, że jako młoda i piękna kobieta ma spore szanse na znalezienie nowego męża; kogoś bogatszego i potężniejszego niż Stephen. Gdyby miała dziecko, ponowne małżeństwo byłoby znacznie trudniejsze. W związku z tym musiała znaleźć sposób na pozbycie się ciąży, unikając przy tym jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Debbie zdawała sobie sprawę, że Lilly była samotnym, przez nikogo niekochanym dzieckiem. Od momentu jej narodzin, Hatcherowie nigdy nie traktowali jej dobrze. Stephen, upojony alkoholem, sam przyznał kiedyś, że nienawidzi jej obecności. Dlatego Debbie uznała, że bezpiecznie będzie zrzucić winę za utratę dziecka właśnie na Lilly. Nie miała jednak pojęcia, że dziewczynka należy do rodu Crawfordów.
Po plecach Debbie przeszedł dreszcz na samą myśl o urażeniu jednej z czterech najwspanialszych rodzin. Co powinnam zrobić? Będę w poważnych kłopotach, jeśli odkryją prawdę. Muszę wymyślić, jak zmusić Lilly do milczenia na zawsze...
Na oddziale VIP Lilly ponownie otworzyła oczy. Tym razem pokój był całkowicie pusty i panowała w nim grobowa cisza. Poczuła niepokój i niepewność, sądząc, że wszyscy już sobie poszli.
Kilka chwil później rozległo się ciche pukanie do drzwi. Jej twarz rozjaśniła się, gdy zobaczyła wchodzącego do pokoju Gilberta. Hugh polecił im czekać na zewnątrz, aby uniknąć tłoku i poprawić wentylację na sali.
"Jak się czujesz, Lilly? Przynieść ci śniadanie?" – zapytał ciepło Gilbert. Gdy Lilly skinęła głową, zlecił podanie posiłku.
Hałas obudził resztę Crawfordów, którzy natychmiast weszli do pokoju, by sprawdzić, co u dziewczynki.
"Co chciałabyś zjeść, Lilly? Mamy kanapki, pączki, owsiankę..." zapytał czule Hugh.
Edward przepchnął się do przodu i wykrzyknął: "A co powiesz na spaghetti z klopsikami? Jest pyszne!"
Hugh zganił Edwarda, uderzając go laską po nogach. "Lilly dopiero co się obudziła. Jak ty to sobie wyobrażasz, żeby jadła spaghetti z klopsikami?" Wziął do ręki talerz i zaproponował: "Może kilka kanapek? Są naprawdę smaczne."
Bryson uśmiechnął się, podnosząc miseczkę. "Owsianka też by jej dobrze zrobiła."
Lilly zacisnęła usta, a w jej oczach zalśniły łzy. Zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że może od teraz ma już własną rodzinę. Pociągnęła nosem i ostrożnie powiedziała: "Chciałabym dostać trochę kanapek, dziadku."
"Wspaniale! Proszę bardzo, zjedz kanapki!" Hugh żywiołowo pokiwał głową, a jego zaczerwienione od płaczu oczy wpatrywały się w Lilly, która przypominała mu młodszą Jean. Jednak w przeciwieństwie do Lilly, Jean jako mała dziewczynka była uparta i nadpobudliwa. Wiodła beztroskie życie i często sprzeczała się z braćmi. Natomiast dziewczynka przed nim była melancholijna i bardzo uważała na słowa. Z pewnością wiele przeszła, by w wieku zaledwie trzech i pół roku zyskać taką dojrzałość.
Crawfordowie opuścili pokój dopiero wtedy, gdy Lilly zjadła swój posiłek i ułożyła się wygodnie w łóżku. Jednak gdy tylko zamknęła oczy, usłyszała tuż przy uchu jakiś głos. "Tulipanku! Tulipanku!"
Otworzyła oczy, ale okazało się, że w pokoju nie ma nikogo. Lilly próbowała ponownie zasnąć, głęboko wierząc, że musiała po prostu znaleźć się w objęciach snu. Gdy tylko zamknęła oczy, głos znów powrócił. "Lilly, Lilly, Tulipanku!"
Nerwowo ściskając pościel, Lilly z niepokojem omiotła wzrokiem cały pokój, desperacko próbując zlokalizować źródło głosu.






