Przez chwilę Gen zastanawiała się, czy w ogóle ją usłyszał. Kontynuował picie swojej whiskey powolnymi, rozmyślnymi łykami, przerywanymi jedynie sporadycznym zaciągnięciem się papierosem.
– Słuchaj – kontynuowała Gen. – Nie musisz zabierać mnie do domu. Po prostu wyjdź ze mną z baru. To nie tak, że muszę nagrać naszą sesję czy...
– Więc jak zamierzasz sprawić, żeby ci uwierzyły?
Gen skrzyżowała ramiona. – Uwierzą mi na słowo.
Znów parsknął. – Wątpliwe. Jak już mówiłem, jesteś kiepską pokerzystką.
– W porządku, to powiedz mi, jaki jest twój ulubiony trik na zaciągnięcie dziewczyny do łóżka, a ja im to przekażę.
– To tajemnice zawodowe.
– A może dasz mi swoje bokserki?
– Lubię te bokserki.
– Okej – przeciągnęła Gen, ponownie stukając paznokciami w blat baru i zastanawiając się. – Daj mi swój numer telefonu, a jeśli uznają, że muszą zadzwonić i to sprawdzić, będziesz mnie kryć.
– A co, jeśli zapytają o to, jak się spisałem?
Miała już na końcu języka ciętą ripostę, kiedy w końcu nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Każdy jej tok myślenia nagle wypadł z torów. Doszło do kolizji w powietrzu, splątane sterty podkładów kolejowych trzaskały i pękały, podczas gdy jej myśli runęły w wodną toń poniżej. Jego złotawo-orzechowe oczy skrywały w sobie plamki w tylu odcieniach, ile emocji ciążyło na okrywających je powiekach. Białka jego oczu były przekrwione, a na ich powierzchni lśniła szklista powłoka. Uderzyło ją ich melancholijne piękno. Uniósł na nią gęstą, ciemną brew, jednocześnie unosząc kącik ust po tej samej stronie.
– Ja... – jej umysł wreszcie wrócił na właściwe tory. – Będę mówić ogólnikami, nie martw się.
– Ogólnikami? Tak mało wiary w zupełnie obcego faceta? – zapytał, a jego głos, z tym lekkim włoskim akcentem, przypominał płynny miód.
– Jestem pewna, że jesteś bardzo... – Szukała słów, co sprawiło, że jego wyraz twarzy stał się jeszcze bardziej rozbawiony. – Utalentowany. Mam po prostu nadzieję, że zachowam twarz, nie poświęcając przy tym swojej godności.
– Mogę cię zapewnić, że noc ze mną nie nadszarpnęłaby twojej godności. Właściwie, to doprowadziłaby twoje koleżanki tam, do szaleństwa z zazdrości.
Gen skrzyżowała ramiona. – Czy to nie ja powinnam cię podrywać?
Pokiwał głową na boki. – Przypuszczam, że tak. Wolałabyś, żebym udawał niedostępnego?
– To sprawiłoby, że byłoby to wyzwaniem.
– Więc wolisz gonić króliczka?
– To o wiele bardziej ekscytujące.
– Trudno się z tym nie zgodzić. Gdybym nie miał tak gównianego dnia, pewnie spędziłbym całą noc, próbując zabrać cię do domu... bez względu na zakłady.
– Pochlebstwa, co?
– Myślę, że szczerość popłaca.
– W takim razie, powinieneś wiedzieć – powiedziała, zniżając głos do szeptu. Przysunęła się bliżej, przesuwając palcami w górę po guzikach jego białej koszuli i ocierając się piersią o jego ramię, by móc szepnąć mu do ucha: – Nie lubię przegrywać, a zwłaszcza z puszczalskimi blondynkami, którym wydaje się, że zniechęci mnie mężczyzna siedzący samotnie i ponuro przy barze... Bez względu na to, jak grzesznie pociągający by nie był.
Mięśnie Tajemniczego Mężczyzny napięły się pod materiałem eleganckich spodni, a jego oczy śledziły jej palce, które zsunęły się z powrotem wzdłuż jego koszuli, by ostatecznie spocząć na barze. Gen wyjęła papierosa z jego palców, zaciągnęła się, po czym zgasiła go w popielniczce, zanim usiadła z powrotem. Mężczyzna znów utkwił wzrok w pustce, w którą wpatrywał się, kiedy do niego podeszła.
– Nie wiesz, kim jestem, prawda?
Gen próbowała to rozgryźć. Nie oglądała zbyt wiele telewizji. Z pewnością nie był członkiem żadnego z zespołów, których słuchała. Prawdę mówiąc, nie miał w sobie nic z aktora ani muzyka. Może był politykiem? Z pewnością roztaczał aurę kogoś, kto potrafi zdominować każde pomieszczenie, nawet siedząc przy barze i zapijając swój ewidentny ból.
– Nie mam pojęcia, przepraszam – powiedziała, lekko wzruszając ramieniem.
Jego wzrok podążył za tym ruchem i skupił się na cienkim ramiączku, które zsunęło się z jej ramienia przy tym geście. Wyciągnął rękę i zahaczył palcem o ramiączko. Gen westchnęła cicho na uderzenie gorąca jego palca na jej nagiej skórze. Jego oczy powędrowały w górę, wydając się teraz być w odcieniu ciemniejszego brązu niż wcześniej. Kiedy nie dostrzegł w nich strachu, lecz raczej ciekawość, jego wzrok ponownie opadł, a on powoli przesunął ramiączko z powrotem na swoje miejsce. Znów spojrzał przed siebie. Potarł kciukiem nasadę nosa.
– A co, jeśli nie wystarczy mi tylko wyprowadzenie cię za drzwi? – zapytał.
– Ja...
– A co, jeśli chcę zrobić coś skrajnie nietypowego dla mnie i zabrać cię do siebie? – zapytał, ponownie przenosząc na nią swoje orzechowo-brązowe oczy, by przeanalizować jej reakcję. – Nie dla zakładu, ale z moich własnych, niezwykle samolubnych pobudek?
Ponownie zrzuciła winę na alkohol, który sprawił, że jej ciało oblało się gorącem pod wpływem jego sugestywnego spojrzenia. Nigdy nie uważała się za typ dziewczyny, która wraca do domu z całkowicie obcym facetem. A jednak, gdy jego wciąż zmieniające się oczy lustrowały jej twarz w oczekiwaniu na odpowiedź, zdała sobie sprawę, że może dla tego jednego faceta mogłaby być taką dziewczyną.
Przyglądała się jego dłoniom, zastanawiając się, jak by to było poczuć je na swoim nagim udzie. Jej wzrok prześlizgnął się po silnych mięśniach jego ramion i szlachetnej linii pleców, skrytych pod nienagannie wyprasowaną koszulą. Czy miał wyrzeźbiony brzuch? Czy byłby delikatny, czy też wziąłby ją ostro, ponieważ byłaby to tylko nic nieznacząca przygoda? Potrząsnęła głową. Nie wypiła przecież aż tak dużo.
– Co proponujesz? Bo cenię się trochę wyżej, niż bycie gotową pieprzyć się z kimś przez zakład – syknęła Gen.
Zarechotał. – Nigdy nie wspominałem nic o pieprzeniu się, Kobieto.
– Więc... Co masz na myśli?
Westchnął głęboko, a dźwięk ten zdawał się nieść w sobie najprawdziwsze głębie depresji i wyczerpania. Zacisnęła dłonie w pięści, by powstrzymać się przed kojącym gładzeniem go po plecach.
– Mam problemy ze snem. Zawsze miałem. Tabletki nie pomagają. Alkohol to jakiś żart. Jedyną rzeczą, która okazuje się działać, jest...
– Seks?
Zachichotał, a ona mogłaby przysiąc, że na jego policzkach wykwitł delikatny rumieniec. – Towarzystwo.
– Towarzystwo – powtórzyła z powątpiewaniem.
Rozejrzał się po sali, jakby chciał się upewnić, że nikogo nie ma na tyle blisko, by usłyszeć to, co miał zamiar powiedzieć. – Pomaga mi, kiedy mam kogoś obok siebie. – Pociągnął głęboki łyk drinka, mrucząc po nosem coś o tym, jak głupi był, że powiedział to na głos.
Jej umysł zaczął gorączkowo analizować możliwości i nagle uznała, że to wszystko nie ma sensu. Była zbyt pijana, a on zbyt pogrążony w smutku. To mogło skończyć się tylko źle. – Zapomnijmy o tym. Mimo wszystko, dzięki.
Gen odwróciła się i zrobiła kilka kroków z powrotem w stronę stolika. Skrzyżowała ramiona i rzuciła gniewne spojrzenie Mallory, która ostentacyjnie zdejmowała wszystkie swoje pierścionki, żeby móc założyć ten należący do Gen. Zatrzymała się i poczuła ucisk pierścionka matki na swoim ramieniu. Łzy wezbrały w jej oczach. Odchyliła głowę do tyłu i przeklęła samą siebie za to, że doprowadziła do takiej sytuacji. Odwróciła się na pięcie i energicznym krokiem ruszyła z powrotem do mężczyzny przy barze.
– W porządku – syknęła, wpatrując się w brudną podłogę, byle tylko nie spotkać jego pochłaniającego spojrzenia.
– Wrócisz ze mną do domu? – zapytał.
– Tylko na tę jedną noc.
– Jak masz na imię?
– Bonnie – skłamała.
Usłyszała, jak cicho chichocze. – Czyli używamy fałszywych imion?
Jej spojrzenie powędrowało w górę; zobaczyła, że daje on znak ręką jednemu z mężczyzn stojących przy drzwiach. – Nie jest fałszywe. – Spojrzał na nią z powrotem, unosząc jedną brew z powątpiewaniem. – Naprawdę nie jest!
– No dobrze – ustąpił, a na jego ustach błąkał się cień uśmiechu. Cieszyła się przynajmniej, że nie miał nastroju na pełny uśmiech. Jeśli jego uśmieszek miał być jakąkolwiek wskazówką, ten szczery sprawiłby, że rozpłynęłaby się na podłodze. Skinął raz głową, jakby właśnie decydował o czymś wielkiej wagi, i wyciągnął do niej dłoń. – Mów mi Matteo – powiedział.
– Idziemy, Matteo? – zapytała.
Błysk czegoś, co przypominało tęsknotę, przemknął przez jego zmęczone oczy na dźwięk swojego imienia, ale zniknął, zanim zdążyła to przeanalizować. Podał jej ramię, a ona oplotła dłonią jego przedramię. Matteo pomachał zalotnie ponad jej ramieniem do przerażonej grupy przyglądających się im kobiet. Gen obejrzała się i dostrzegła na twarzy Jady wyraźny wyraz paniki. Wtedy zauważyła, że wszyscy inni mężczyźni w barze przygotowują się, by wyjść razem z nimi. Kim był ten facet? Kiedy Matteo poprowadził ją przez drzwi baru wprost na rześki, nowojorski wiatr, zastanawiała się, w co też mogła się właśnie wpakować.






